W podręcznikach zajmujących się integracją gospodarczą mówi się o rosnącym stopniu integracji: najpierw obszar wolnego handlu, potem unia celna, wspólny rynek towarów, kapitału i pracy, wspólny budżet, a wreszcie unia monetarna. Ta podręcznikowa sekwencja ma sens. Najpierw bowiem powinno się zapewnić wspólne dochody i wydatki, by gospodarkę łatwiej utrzymać w stanie równowagi, a dopiero potem tworzyć wspólną walutę. Jeśli tego się nie zrobi, to jedne kraje zachowają dyscyplinę budżetową, a inne rozkręcą wydatki – i inflację. Za rozrzutność jednych zapłacą wszyscy.

Kraje członkowskie UE postąpiły odwrotnie. Nie chcąc państwa federalnego ze wspólnym budżetem i podatkami, ale chcąc dalszej integracji, najpierw stworzyły unię monetarną. I stąd właśnie biorą się kłopoty z Grecją. Dostrzegając rysujące się problemy, od połowy lat 90., przed stworzeniem strefy euro, w zachodniej Europie toczyły się dyskusje. Zespoły robocze rozważały warunki, które należałby spełnić, aby uniknąć problemów, z jakimi kraje strefy obecnie zaczynają się borykać.

Z inicjatywy kanclerza Kohla powstał erzsac wspólnej polityki podatkowej i budżetowej, jakim jest pakt stabilności i rozwoju. W oryginalnej wersji zobowiązywał kraje członkowskie strefy euro do utrzymywania deficytów budżetowych poniżej 3 proc. PKB, określał, jak szybko kraje mają wrócić do tego poziomu, jeśli zdarzyło im się przekroczyć ów limit, nakładał kary finansowe na te kraje, które opóźniały powrót do stabilności.

Politycy są tylko politykami. Pierwsza Francja, nie przejmując się niczym, ogłosiła dłuższy okres powrotu do limitu 3 proc. Wkrótce potem Niemcy też zaczęły mieć kłopoty, chociaż w przypadku obu tych krajów przekroczenia były rzędu 1,5 – 2 proc. PKB, a nie 9 – 10 proc. PKB, jak w przypadku Grecji. W rezultacie zamiast wystawiać się na krytykę społeczeństwa za „przykręcenie śruby”, politycy postanowili „rozmiękczyć” pakt i złagodzili jego wcześniejszy rygoryzm.

Zresztą grzech przymykania oka na niewypełnianie kryteriów zaczął się przed stworzeniem strefy euro: przyjęto do niej Belgię i Włochy, które miały (i mają nadal!) dług publiczny powyżej 100 proc. PKB (limit na wejściu do strefy euro wynosi 60 proc. PKB). Po trzech latach przyjęto też Grecję, mimo iż nadal miała około 100 proc. PKB długu publicznego. I tak „od rzemyczka do koniczka” doszliśmy do kryzysu greckiego. Tak jak globalny kryzys finansowy jest on następstwem działań (i zaniechań!) polityków.

Życie ponad stan jest zawsze ryzykowne. W którymś momencie przychodzi rachunek do zapłacenia. Można wprawdzie pożyczyć od innych, ale to tylko odkłada ten nieprzyjemny moment nadejścia rachunku. Można pożyczać, nie mając zamiaru oddać, łudzić się, że „jakoś to będzie”, ale to komplikuje przyszłość.

Taki jest mniej więcej stan aktualny rozważań pod tytułem: pomagać Grecji czy nie?

>>> Czytaj więcej:  "Grecja jak polskie stocznie"