Chodzi o wycenę tzw. CDS-ów (credit default swap), czyli umów, w których za określone wynagrodzenie (liczone w punktach bazowych od wartości długu) jedna ze stron przejmuje na siebie ryzyko spłaty zadłużenia wierzycielowi – który jest drugą stroną umowy – na wypadek, gdyby nie poradził sobie z tym dłużnik. Inwestorzy już wyceniają ryzyko polskiego długu niżej niż portugalskiego, czy hiszpańskiego.

Notowania polskiego zadłużenia są już takie jak przed kryzysem finansowym. Według wczorajszych notowań wartość kontraktów CDS dla pięcioletnich polskich obligacji denominowanych w euro wynosiła 96 pkt. Tymczasem CDS portugalski wyceniano na 137 pkt, hiszpański na 108,8 pkt, a irlandzki na 131 pkt. Dla porównania: wycena ryzyka dla polskich papierów w najtrudniejszym momencie kryzysu – czyli pod koniec lutego ubiegłego roku – wynosiła aż 415 pkt.

– To tylko pokazuje, jak bardzo ważne jest postrzeganie kraju przez rynek. Jeszcze rok temu Europa Środkowo-Wschodnia traktowana była jak miejsce, w którym lada moment wybuchnie pożar – mówi Krzysztof Izdebski, analityk PKO BP. Dodaje, że Polska nie jest jedynym krajem, który korzysta ze zmiany nastrojów inwestorów. Dobrze wyceniane są też CDS-y Czech, nieźle Węgier czy Rosji.

– Teraz ostatnimi uczniami w klasie są kraje z Południa – mówi Krzysztof Izdebski. Jego zdaniem naszemu regionowi pomaga kryzys grecki i związane z nim napięcia w strefie euro: część kapitału lokowana dotąd w takich krajach jak Portugalia czy Grecja przenosi się na Wschód.

Ministerstwo Finansów już odcina kupony. Najlepszy dowód: ostatnia emisja euroobligacji. Udało się ją sprzedać w kilka godzin i pozyskać jako inwestorów banki centralne, które zawsze skrupulatnie wybierają inwestycje.

– Mamy komfortową sytuację. To może jeszcze potrwać kilka miesięcy – mówi Krzysztof Izdebski.