Rosjanie starają się wykorzystać tragiczną sytuację ekonomiczną sąsiada, aby wymóc na niej korzystne dla siebie rozwiązania w wielu obszarach gospodarki i polityki. A rządzącej Partii Regionów (PR) zależy na czasie, ponieważ już tej jesieni odbędą się nad Dnieprem ważne wybory lokalne. – My się spieszyć nie będziemy, to im powinno zależeć – mówi nam wiceprzewodniczący komisji ds. związków z WNP w rosyjskiej Dumie Konstantin Zatulin.

Ukraina liczyła początkowo na to, że Gazprom obniży cenę gazu dla tego kraju o 1/3 w zamian za obietnicę przekazania własności naddnieprzańskich gazociągów unijno-ukraińsko-rosyjskiemu konsorcjum. W jego skład miałyby wejść Gazprom, Naftohaz Ukrajiny oraz przedstawiciele zachodnioeuropejskich odbiorców paliwa. – Projekt stosownej ustawy jest już faktycznie gotowy – mówił 19 marca wicepremier Andrij Klujew. Moskwie jednak to nie wystarcza. Tym bardziej, że wbrew jej nadziejom ukraiński pomysł nie zakłada oddania konsorcjum prawa własności nad infrastrukturą.

Niekorzystna umowa

Rosjanie zorientowali się też, że tak dobra okazja do wymuszenia na partnerze dużo dalej idących ustępstw politycznych może się już nie powtórzyć. Zwłaszcza, że renegocjacja kontraktu gazowego była jedną z najważniejszych obietnic przedwyborczych obecnego prezydenta Wiktora Janukowycza. – 19 stycznia 2009 r. Julia Tymoszenko podpisała nieodpowiadające naszym interesom narodowym porozumienie gazowe z Rosją – mówił w rozmowie z DGP były premier, a obecnie wpływowy polityk PR Anatolij Kinach. – To porozumienie obniża nasze bezpieczeństwo energetyczne i konkurencyjność gospodarki oraz pozycję Ukrainy jako strategicznego kraju tranzytowego – dodawał. Umowa jest niekorzystna przede wszystkim ze względu na wysoką cenę gazu (Ukraina płaci więcej niż odbiorcy z Europy Zachodniej). Ale to nie wszystko: Kijów musi płacić kary za paliwo niewykorzystane, ale zakontraktowane (Rosja w 2009 r. „wspaniałomyślnie” odstąpiła od nałożenia kary). W razie problemów Naftohazu z płatnością Gazprom może także przejść na system przedpłaty – Ukraińcy musieliby wówczas płacić z góry za dostawy na cały miesiąc.

Baza w zamian za tani gaz

Rosja nie widzi jednak powodu do dyskusji o zmianie kontraktu. – Umowa gazowa podpisana w ubiegłym roku nas w zupełności satysfakcjonuje – oświadczył szef Gazpromu Aleksiej Miller, zaś anonimowo jeden z rosyjskich urzędników dodawał w rozmowie z Kommiersantem: – Zanim zgodzimy się na zmiany, musimy się dowiedzieć, co otrzymamy w zamian. – Skoro mamy w jednym miejscu stracić jakieś pieniądze, gdzie indziej powinniśmy je zarobić – twierdzi przedstawiciel Gazpromu, który również odmówił podania personaliów.

Azarow przyjechał do Moskwy zaledwie dzień po tym, jak w Rosji gościli szef Naftohazu i ukraiński minister energetyki. – Ci ludzie nie mają jednak kompetencji, aby dyskutować o pełnej gamie tematów (politycznych, a nie tylko ekonomicznych – red.) – tłumaczy DGP Zatulin. – Dlatego konkretne rozmowy powinni przeprowadzić wyżej postawieni politycy – dodaje. Tacy jak Azarow i jego rosyjski odpowiednik Władimir Putin. Zdaniem Zatulina w zamian za obniżkę cen gazu Rosja będzie się domagać obietnicy przedłużenia dzierżawy czarnomorskiej bazy wojskowej w Sewastopolu, podwyższenia statusu języka rosyjskiego w regionach z rosyjskojęzyczną większością, a także zdecydowanego odcięcia się od gloryfikującej UPA polityki historycznej Wiktora Juszczenki, poprzednika Janukowycza na urzędzie prezydenta (choćby przez odebranie Stepanowi Banderze tytułu bohatera Ukrainy).

Inni eksperci dodają do tej puli tematy gospodarcze: Gazprom może zażądać prawa do bezpośredniej sprzedaży gazu ukraińskim firmom (w tej sprawie w zeszłym tygodniu lobbowała nawet rosyjska Cerkiew prawosławna). W latach rządów premier Tymoszenko Władimir Putin niejednokrotnie domagał się od Kijowa zwrotu rosyjskiemu Tatnieftowi 60 proc. udziałów w naftowym gigancie Ukrtatnafta, które firmie z Tatarstanu zostały odebrane decyzją sądu w Kijowie.

Azarow może na to pójść – w czasach Leonida Kuczmy od jego nazwiska ukuto termin „azarowszczyna”, na który składały się m.in. ciągoty do ręcznego sterowania gospodarką. Rosjanie muszą jednak uważać – inną charakterystyczną cechą „azarowszczyny” było także łamanie i niedotrzymywanie powziętych zobowiązań.

Dziesięć lat starań o konsorcjum gazowe

Idea konsorcjum gazowego, które miałoby zmodernizować pamiętający czasy sowieckie ukraiński system przesyłowy i zarządzać nim, powstała w 2000 r. Podczas rządów Leonida Kuczmy Kijów prowadził nawet z Władimirem Putinem poważne rozmowy, zakończone podpisaniem w 2002 r. umowy w tej sprawie. Trzecim partnerem był kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder. Z założenia konsorcjum miałoby być korzystne dla wszystkich stron: Moskwa poszerza zakres kontroli nad postsowieckim gazem, Ukraina zyskuje unijne pieniądze na modernizację infrastruktury, zaś UE – pewność, że nie zostanie odcięta od dostaw paliwa w razie niesnasek na linii Kijów – Moskwa.

Idea została zarzucona po pomarańczowej rewolucji: Wiktor Juszczenko nie chciał nawet myśleć o tym, by dopuścić Rosjan do gazociągów. Wrócono do niej po rosyjsko-ukraińskiej wojnie gazowej z 2009 r. Rosja, UE i Ukraina mają jednak różne pomysły na konsorcjum. Rosjanie domagają się, aby przejęło ono 36 tys. km gazociągów na własność, czego zakazuje ukraińska konstytucja. Bruksela zaś koncentruje się raczej na fatalnej sytuacji fiskalnej kolejnych państw członkowskich i nie ma ani ochoty, ani energii, aby angażować się w infrastrukturalne projekty w Europie Wschodniej.