Ekonomia i polityka

Ekonomia i polityka to dziedziny nierozłączne i wzajemnie na siebie oddziałujące. Ta koegzystencja bywa niełatwa. W czasach gospodarczego boomu konflikty ujawniają się niezbyt często i nie są zbyt silne. Można obserwować je w na ogół raz w roku, przy okazji uchwalania budżetu i doraźnie, w przypadku, gdy konieczne jest przeprowadzenie zmian w dziedzinie finansów lub życia społecznego. W czasach prosperity pieniądze wydaje się łatwo, a gdy ich brakuje, zaciąga się długi, nie przejmując się tym, co będzie później. Jednak w czasach, gdy koniunktura słabnie lub się załamuje, ten mechanizm się zacina. W przypadku wielu państw, które nie potrafiły utrzymać finansowej dyscypliny oraz przeprowadzić koniecznych reform, to później przyszło właśnie teraz. W przypadku niektórych widać to wyraźnie. Dla nich nie ma już innego później, poza bankructwem. Choć w odniesieniu do państw takie pojęcie zostało już zapomniane, to jednak mieliśmy z nim do czynienia już nie raz, a przypomnienie sobie o nim może być bolesne. I z tego zdają sobie sprawę i ekonomiści i częściowo politycy. By uniknąć najgorszego, wzięli się ostro do roboty.

>>>> Niemcy wstrzymują pomoc Europy dla Grecji i żądają skutecznego planu cięć

Na pierwszy ogień, ze zrozumiałych względów poszła Grecja. Tam sprawy zaszły zdecydowanie za daleko i stało się jasne, że bez drastycznych posunięć się nie obędzie, a zwlekanie z ich wprowadzeniem mogło oznaczać tylko tyle, że następne będą jeszcze bardziej drastyczne. Politycy zostali przyciśnięci do muru i z ich strony nie było protestów. A przecież repertuar niepopularnych politycznie i społecznie posunięć był wyjątkowo szeroki. Redukcje zatrudnienia i płac w sektorze publicznym, zmniejszenie emerytur i świadczeń socjalnych, podniesienie wieku emerytalnego, reformy rynku pracy, podwyżki podatków.

Równie radykalne decyzje zmuszona była podjąć Irlandia. Przyjęty pod koniec listopada czteroletni plan zakłada zarówno oszczędności budżetowe, jak i zwiększenie podatków. Oszczędności mają przynieść budżetowi 10 mld euro, a przychody z wyższych podatków dadzą 5 mld euro. Zdecydowano się pozostawić na dotychczasowym, wynoszącym 12,5 proc. podatek płacony przez firmy, za który Irlandia była tak bardzo krytykowana i oskarżana o podatkowy dumping. Głosowanie nad przyjęciem tego programu przez parlament ma odbyć się 7 grudnia.

Premier Hiszpanii Jose Luis Zapatero 1 grudnia zapowiedział , że rząd przyjmie wkrótce nowy pakiet reform, przewidujący między innymi obniżenie podatku małym i średnim firmom, sprzedaż 49 proc. akcji spółki obsługującej lotniska i 30 proc. pakiet akcji operatora gier losowych oraz rezygnację z wypłacania zapomóg bezrobotnym, którzy utracili prawo do zasiłku. To już drugi pakiet antykryzysowy zaproponowany w ostatnim czasie. Poprzedni został przyjęty ponad pół roku wcześniej. Oszczędności, jakie ma on przynieść szacowane są na 15 mld euro. Portugalski parlament 26 listopada zatwierdził oszczędnościowy budżet na 2011 r., zakładający cięcia płac i świadczeń socjalnych oraz podwyżkę podatków. Rząd zamierza zredukować deficyt budżetowy z 7,3 proc. do 4,6 proc. w przyszłym roku.

>>> Raport: Kryzys w Irlandii

To tylko niektóre przykłady działań podejmowanych przez rządy europejskich państw najbardziej zagrożonych kryzysem finansowym. I to wcale nie najbardziej drastyczne, jeśli przypomnieć sobie o Litwie, Łotwie i Estonii. Tam płace w sektorze budżetowym, emerytury i świadczenia społeczne w niektórych przypadkach zmniejszyły się o niemal jedną trzecią. Załamanie tamtejszych gospodarek przyszło najszybciej, było najbardziej dramatyczne i najbardziej drastyczne były podejmowane tam kroki. Nie wszystkich bowiem stać na kurację, którą funduje sobie Ameryka, czyli kolejne pakiety stymulacyjne, finansowane dodrukiem pieniądza. Zresztą i tam takie działania budzą opór części polityków.

Ale nie tylko kraje znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji, stojące o krok od niewypłacalności, decydują się na politykę doprowadzanie swoich finansów do porządku, aplikując programy oszczędnościowe. Należą do nich także Niemcy i Francja. W Wielkiej Brytanii zdecydowano się na system mieszany. Z jednej strony gospodarka wspierana jest wciąż przez programy stymulacyjny, podobny do amerykańskiego, czy japońskiego, z drugiej zaś w dość szerokim zakresie wprowadza się oszczędności budżetowe i zwiększa przychody dzięki podnoszeniu podatków. O ile we Francji program cięć nie jest zbyt radykalny, choć zakłada zmniejszenie deficytu z 8 do 3 proc. PKB w ciągu trzech lat i 10 mld euro z likwidacji różnego rodzaju przywilejów podatkowych, to w Niemczech niewiele mniejszą kwotę zamierza się zaoszczędzić na samych tylko wydatkach na wojsko. Cały program sanacji finansów państwa zakłada redukcję wydatków o 80 mld euro do 2014 r. Jednym z mniejszych, ale jakże symbolicznych jego elementów, jest ograniczenie dobrze znanego i w naszym kraju becikowego. Nasi zachodni, znacznie zamożniejsi sąsiedzi, zamierzają obciąć ten przywilej nie tylko najbogatszym, ale także pozostającym bez pracy. Wychodzą z racjonalnego, choć może niezbyt humanitarnego punktu widzenia, że świadczenia należą się tylko tym, którzy pracują i płacą podatki.

Księgowi i politycy

Choć polityka i politycy najczęściej utrudniali zrównoważone funkcjonowanie gospodarki, a w szczególności systemów finansowych wielu krajów, to obecnie zagrożenia ze strony systemów politycznych, a ściślej mówiąc ich niestabilności, zaczynają być coraz bardziej widoczne i poważne. I kto wie, czy kolejną odsłoną kryzysu nie staną się wkrótce chwiejne rządy i układy polityczne w wielu krajach, uniemożliwiające dokonywanie niezbędnych do przywrócenia równowagi posunięć i reform. A takich ognisk niestabilności systemów władzy politycznej i rządowej widać coraz więcej. I to po obu stronach barykady, czyli zarówno w tych krajach, które muszą zaciskać pasa, jak i w tych, które muszą finansować pomoc dla tych najsłabszych i najbardziej zagrożonych.

Najlepszym przykładem tego ostatniego zjawiska mogą być Niemcy. Kanclerz Angela Merkel napotkała na bardzo poważny opór i polityczny i społeczny w czasie największej eskalacji kryzysu finansowego w Grecji. To między innymi postawa opozycji powodowała przeciąganie rozmów i decyzji w sprawie międzynarodowej pomocy Atenom. A niepewność z tym związana jeszcze bardziej podsycała napięcie. Gdy sięgnęło ono zenitu i zaczęto coraz poważniej mówić o rozpadzie strefy euro i upadku wspólnej waluty, doszło do zgody na ratowanie Grecji. Pozycja Angeli Merkel i rządzącej koalicji wystawiona jednak została na ciężką próbę i dopiero argumenty najcięższego kalibru były w stanie doprowadzić do kompromisu.

Zagrożenia dla reform obawiano się po wiosennych wyborach w Wielkiej Brytanii

Okazało się, że było ono nieco wyolbrzymione. Trudno się jednak dziwić, skoro po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej, do rządzenia tym krajem trzeba było koalicji. I to koalicji, która znajduje się w stanie dość wątłej równowagi. Gdy doszło do prezentacji przez rząd programu pomocy dla Irlandii w Izbie Gmin, nie obyło się bez krytyki nie tylko ze strony opozycji, ale i części parlamentarzystów partii popierającej rząd. Wśród argumentów znalazły się takie, mówiące o tym, że za pieniądze brytyjskich podatników będzie finansowane uczestnictwo Irlandii w strefie euro oraz że tak naprawdę brytyjska pomoc ma na celu ochronę interesów rodzimych banków, które w wyniku irlandzkich kłopotów stały się poważnie zagrożone.

Bardzo interesujący przypadek stanowi Belgia. Po pierwsze, choć rzadko na razie się o tym wspomina, może mieć ona bardzo poważne problemy finansowe. Zdaniem ekonomistów mogą być one nawet większe, niż w przypadku Portugalii. Kłopot polega też na bardzo wysokim zadłużeniu tego kraju. W przyszłym roku do wykupu przypadają obligacje skarbowe o wartości 17,4 proc. PKB. Oczywiście nie ma mowy o ich wykupie przez rząd, tylko o refinansowaniu. Ale to potężne kwoty, a refinansowanie z pewnością będzie możliwe na znacznie gorszych warunkach, czyli przy wyższym koszcie. A to spotęguje kłopoty. Do tego dochodzą problemy polityczne. I to bardzo poważne. Tak poważne, że grożą nie tylko bankructwem, ale wręcz rozpadem państwa. Podział na część walońską i flamandzką, w swej istocie polityczny, jest tam tak mocny, że dla obu stron brak zgody na przyjęcie budżetu nie jest wcale największym problemem. Przez długi czas po tegorocznych wyborach parlamentarnych nie można było sklecić koalicji i powołać nowego rządu. Krajem administruje więc stary.

W październiku fiasko międzypartyjnych rozmów w sprawie budżetu Portugalii na przyszły rok omal nie doprowadziło do zaognienia kryzysu nie tylko w tym kraju, ale i w całej Unii Europejskiej. Portugalski rząd nie ma w parlamencie poparcia większości. Postawienie sprawy przez premiera Jose Socratesa na ostrzu noża przyniosło sukces. Ale kwestia przedterminowych wyborów wciąż wisi nad Portugalią. A takie rozwiązanie jest niemal przesądzone w Irlandii. Choć premier Brian Cowen zamierza rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory, zapowiedział, że nie zrobi tego, dopóki dotychczasowy nie uchwali budżetu i planu budżetowych oszczędności. Z kolei opozycja odgraża się, że jeśli w przedterminowych wyborach zwycięży, doprowadzi do zasadniczej rewizji plan oszczędnościowy. To tylko wycinek, ilustrujący o wiele szersze w Europie zjawisko politycznych zagrożeń w podejmowaniu działań mających prowadzić do wychodzenia z kryzysu i powrotu na ścieżkę zrównoważonego rozwoju gospodarczego.

Polityczne kłopoty ujawniły się niedawno nie tylko w skali poszczególnych krajów, ale też znacznie szerszej, czyli wspólnotowej. W połowie listopada fiaskiem zakończyły się negocjacje między Parlamentem Europejskim a rządami krajów wchodzących w skład Unii, w sprawie budżetu Wspólnoty na przyszły rok. W efekcie Unia będzie działać przez kilka miesięcy na podstawie prowizorycznie uzgadnianych miesięcznych planów, co oznacza poważne utrudnienia w funkcjonowaniu całego zintegrowanego systemu finansowego. W tym przypadku chodzi nie tyle o kwestie merytoryczne, czyli budżetowe rachunki, ile o spory instytucjonalne i kompetencyjne między unijnymi strukturami. Ale generalnie chodzi o pieniądze, gdyż o bojkot budżetu oskarżane są Wielka Brytania, Holandia i Szwecja, które sporo do unijnej kasy dokładają.

Jeśli do tego wszystkiego dodać niedawną utratę przez Demokratów większości w amerykańskim Kongresie na rzecz Republikanów, bardzo krytycznie nastawionych do polityki gospodarczej prowadzonej przez Baracka Obamę, można obawiać się, że kłopoty z uzgadnianiem stanowisk i podejmowaniem istotnych decyzji ekonomicznych, mogą stanowić zagrożenie dla procesu wychodzenia z gospodarczego i finansowego kryzysu.