Socjalizm z zadymionych kawiarni przemyka się z powrotem do głównego nurtu światowej polityki. Czy w 20. rocznicę upadku Związku Radzieckiego, zamiast świętować moralny triumf kapitalizmu, przyjdzie nam uznać natrętną rzeczywistość państwowego interwencjonizmu?

Historia nie przestaje płatać nam figli. Nie minęło nawet jedno pokolenie od wolnych wyborów w Polsce, upadku muru w Berlinie i ostatniego zjazdu KPZR, a dogmaty ideologii, która sprowadziła nam na kark ten najbardziej destrukcyjny z systemów, znowu znalazły sobie wpływowych wyznawców. I to w zaskakujących miejscach.

Prezydent najbardziej liberalnego społeczeństwa wprowadza w Stanach Zjednoczonych obowiązkową służbę zdrowia. Wielka Brytania, której potęga wyrosła na nieskrępowanej wymianie handlowej i globalnym fiskalizmie, decyduje się na 50-proc. podatek od „nadmiernego bogactwa” i okazuje się być adwokatem paneuropejskiego podatku bankowego. Premier Hiszpanii o inwestorach handlujących obligacjami mówi „dotknięci zaraźliwą infekcją chciwości”. Banki centralne w Europie i w Ameryce na potęgę dodrukowują pieniądze, a rządy wykupują za to długi prywatnych instytucji finansowych. Nawet jeżeli ich nie nacjonalizują, poddają tak ścisłej kontroli, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się bank, a zaczyna interes państwa. Donald Tusk i jego liberalny mentor Jan Krzysztof Bielecki dowodzą, że zabierając nasze pieniądze z prywatnych kont emerytalnych i wkładając je do państwowej kasy ZUS, zrobią nam przysługę. Szef polskiego rządu nie jest jedynym przywódcą państw dawnego obozu komunistycznego zauroczonym socjalistycznymi rozwiązaniami. Węgierski premier Viktor Orban nie tylko znacjonalizował już prywatny system emerytalny, ale wprowadził też bezprecedensowe opłaty karne dla najlepiej prosperujących branż, jak telekomunikacja, banki czy energetyka. Pogonił niezależnego szefa banku centralnego, a mediom, które go krytykowały, narzuca kaganiec cenzury.

Trzy wersje interwencjonizmu

Jak to możliwe, że w ciągu jednego roku kapitalizm z bohatera stał się przekleństwem? System, który pomógł obalić mur berliński, pokonał głód w Indiach, rozmiękczył maoistowski terror, rozmontował dyktatury w Ameryce Południowej, a nas wszystkich zbliżył do siebie – „spłaszczył ziemię”, jak pisał Thomas Friedman w bestsellerze o globalizacji – jest winiony za całe zło tego świata: od bezrobocia przez długi na kartach kredytowych po globalne ocieplenie. Tymczasem interwencjonizm, odpowiedzialny za rozregulowanie systemu bankowego, niebotyczne zadłużenie państw, rujnowanie przemysłu rolnego i podsycanie nienawiści klasowych, przeżywa dni chwały.

Zapomniany i ośmieszony dogmat moralny o postkapitalistycznej sprawiedliwości powtarzany jest przez lewicowe środowiska. I to nie zwykłe kawiarniane przekory, ale ludzi z dyplomem ekonomii, jak prof. Grzegorz Kołodko. Słyszę, że bogactwo nie jest już tylko prywatną własnością człowieka, który je wypracował, ale wszystkich, którzy w jego tworzeniu uczestniczyli. I jako dobro wspólne powinno być równo dzielone przez urzędników. Zgodnie ze słowami prezydenta Obamy – bogaci muszą się teraz trochę posunąć. Gdzie? Jak wielkie mają być ustępstwa?

Tygodnik „Economist” zaprezentował ostatnio badania na temat społecznej akceptacji zamożności. Okazuje się, że najlepiej odbieramy dziś tych, którzy jak Bill Gates czy Warren Buffett oddali fortunę biednym. Pozostałych uważamy za chciwych i obarczamy ich odpowiedzialnością za problemy finansowe państwa. Miliarderzy oddający swoje majątki na potrzeby fundacji nawet nie zdają sobie sprawy, jak groźna społecznie może być ich ekscentryczność. Jeżeli oni mogli, to dlaczego wy nie możecie? Skoro im wystarczy na życie 5 proc. rocznych dochodów, to wam, zwykłym milionerom, wystarczy 10 proc. A prezesom na wysokich pensjach może 15, no, niech będzie 20 proc.

Jak zauważył w ostatnim numerze „Liberte” Piotr Beniuszys, za niedostatki życia codziennego coraz częściej obwiniamy skąpych bogatych, a nie trwoniące nasze podatki państwa. Peter Sloterdijk, niemiecki filozof, wybitny obserwator przemian kulturowych współczesnego świata, w książce „Bezinteresowny rewanżysta” jako jeden z pierwszych dostrzegł niebezpieczeństwo lewicowej czkawki po globalizacji. To jemu zawdzięczamy termin cywilizacyjnej kleptokracji dla opisania systemu dającego moralne świadectwo każdemu, kto ściga bogatych za to, że ośmielili się być bogaci.

Kleptokracja, interwencjonizm – różnie nazywamy dziś socjalistyczne zapędy, bo też z różnym natężeniem wkraczają one w nasze życie. Rząd Donalda Tuska wciąż prywatyzuje, chętnie mówi o redukowaniu biurokracji i wspieraniu przedsiębiorczości. Wyraźnie przestawił już jednak akcenty swojej polityki. Podniósł podatki, żeby móc dalej finansować system faworyzujący jedne grupy społeczne kosztem innych. W 2011 r. z prywatnych kont funduszy emerytalnych chce przesunąć połowę naszych pieniędzy, tak aby pokrywały nadmierne wydatki państwa.

Ale to wciąż jest miękka wersja interwencjonizmu. Bo istnieje też wersja twarda – węgierska czy francuska. Mamy również wersję koktajlową. Koktajli Mołotowa rzucanych w Atenach, Rzymie, Madrycie. Tam ludzie wychodzą na ulicę, żeby bronić anachronicznych świadczeń socjalnych dla wybrańców systemu: działaczy związkowych, nauczycieli, pracowników uczelni i rozdętej administracji. Przed kim? Przed państwem, które jeżeli wierzyć protestującym w Londynie, nie dąży do uzdrowienia finansów, wyrównując szanse i równo traktując wszystkich obywateli, ale jest prowadzone na pasku przez kapitalistów.

Ta retoryka towarzyszyła odbieraniu greckim urzędnikom specjalnych bonusów za to, że co najmniej trzy razy w tygodniu przychodzą do pracy na czas, albo przepisom nakazującym francuskim dokerom pracować więcej niż 15 godzin w tygodniu. Z polskiej perspektywy może i brzmi to śmiesznie, ale nasi związkowcy broniący absurdalnych przywilejów dla górników niewiele różnią się w sposobie myślenia.

Kryzys nie może pójść na marne

Roszczeniowa postawa w równym stopniu dotyczy lewicującej młodzieży rzucającej petardami na ulicach Londynu i całych narodów. Greków, Włochów, Hiszpanów domagających się od Niemców większych ofiar na rzecz krajów potrzebujących. Poważne gazety, a nie jakieś lewicowe brukowce, dowodziły w tym roku, że Niemcy mają moralny obowiązek finansować rozrzutny styl życia Hiszpanów czy Greków w zamian za prawo do sprzedawania im swoich lepszych narzędzi czy samochodów. Nawet w Polsce politycy, przy okazji debaty nad eurobudżetem, raczyli nas oksymoronami w stylu: „egoistyczni płatnicy netto”. To autentyk wypowiedziany przez premiera Tuska na spotkaniu z grupą publicystów. Coś jak chciwi darczyńcy.

Premier Hiszpanii, mówiąc o niezgodzie kanclerz Merkel na emisję euroobligacji, użył terminu „destrukcyjny narodowy kapitalizm”. Jak żywy powraca Karol Marks. Wywód o wolnym rynku niszczącym naturalne więzi między ludźmi stanowił logiczną oś „Manifestu komunistycznego”. „Kapitalizm – pisał Marks – doprowadził do rozkwitu środków produkcji, rozwinął technologię komunikacji i przyciągnął do naszej cywilizacji nawet najbardziej barbarzyńskie narody”. Po tych słowach, które można by dopisać do współczesnych przemyśleń Thomasa Friedmana o globalizmie, Marks dodawał, że to właśnie witalność ustrojowa jest przyczyną całego zła. „System stworzył zbyt wielkie obszary cywilizacji w zbyt krótkim czasie”. Świat, gdzie szacunek do człowieka wyznacza pieniądz.

Myśl ta już wtedy dla wielu była bałamutna. Ale po doświadczeniach radzieckiego komunizmu, który deptał najmniejsze nawet przejawy ludzkiej godności, wydawało się, że trudno będzie przywrócić blask marksistowskiej ideologii. Przeciwnie. Na Wielkiej Depresji 1929 r. wyrosła nowa hodowla lewicowych proroków. Wśród nich ekonomista John Maynard Keynes, który w 1930 r. pisał za Marksem o obrzydliwej cesze ludzkiego charakteru – o „człowieku motywowanym żądzą pieniądza” i o „potrzebie interwencjonizmu państwowego”. Według Paula Krugmana, ucznia Keynesa i późniejszego laureata Nagrody Nobla, New Deal Roosevelta i interwencjonizm ocaliły Amerykę przed komunistyczną rewolucją. Jeżeli to prawda, byłaby to jedyna zasługa zapoczątkowanej przez niego przemiany myślowej. Bo drugą konsekwencją była najdłuższa jak dotychczas recesja i gospodarcza destrukcja zachodniej cywilizacji. W prostej drodze prowadząca do II wojny światowej.

Może to tylko przypadek, ale dzieło Keynesa doczekało się niemieckiego wydania wkrótce po dojściu Hitlera do władzy. I była to jedna z książek, której nie kazano palić. Wypowiedzi Keynesa, że nowe zasady gospodarcze można szybciej i skuteczniej wprowadzić w życie w systemie totalitarnym, jak i nowa teoria tworzenia miejsc pracy, znalazły szybko zastosowanie w III Rzeszy. Wśród licznych współczesnych ideologów i lewicowych publicystów tak chętnie wracających do Keynesa niewielu pamięta, że jego myśli były dla Hitlera tym, czym teorie Marksa dla Lenina. Na historycznej Międzynarodówce Socjalistycznej w 1933 r. przedstawiciele Rzeszy byli witani entuzjastycznie.

Amerykański filozof Richard M. Salsman w najnowszej książce „Altruism: The Moral Root of the Financial Crisis” (Altruizm: Moralne korzenie kryzysu finansowego) dowodzi, że to socjalizm i kapitulacja wobec roszczeniowych postaw lewicowych grup nacisku politycznego jest źródłem wszystkich kryzysów, w tym również ostatniego. Krachy na giełdzie w 1929 r. czy 2008 r. nie byłyby tak groźne w skutkach, gdyby nie interwencjonizm państwa. Filozofia tak dosadnie wyrażona przez szefa gabinetu prezydenta Obamy Rahma Emanuela, zwolennika państwowego interwencjonizmu: „Nie można pozwolić, żeby taki dobry kryzys poszedł na marne”. I nie pozwolili. Pośrednimi efektami tego są dziś najwyższe od ćwierć wieku bezrobocie, największe w historii ludzkości zadłużenie państwa, ale też największe od czasów Wielkiej Depresji konflikty klasowe.

Friedrich Hayek w „Drodze do zniewolenia” przestrzegał przed równią pochyłą państwa socjalnego. Przed socjalizmem i agresywnym interwencjonizmem, który nieuchronnie prowadzi do państwa totalitarnego. Dziś ze zdumieniem obserwujemy, co na Węgrzech robi premier Orban z wolnymi mediami, ale przecież to znów ta sama droga, która ludzkość przechodziła już tyle razy.