Szefom największych partii została tylko ponura gawęda. O Tusku, co zaprzedał ojczyznę obcym imperiom, i o pisowskim smoku, którego pokonać może tylko Tusk. Propaganda jak propaganda, problem tylko, że każda z nich tyle razy była opowiadana, że nie sposób już wykrzesać emocji. Stąd pewnie 194 strony programu wyborczego PO i program podatkowy PiS. Jak nie uczuciem, to może ich rozumem. Mniejsza, że forma jednego i drugiego programu przerasta treść, gorzej, że intelektualnie są niespójne. Jarosław Kaczyński, który głosi konieczność uproszczenia podatków i ulżenia biednym, proponuje kolejne ulgi, które pojąć mogą tylko doradcy podatkowi służący wielkim korporacjom. Z kolei Donald Tusk, który wieszczy walkę z populizmem, wpisuje sobie do programu nowy podatek bankowy, czyli bankową opłatę ostrożnościową. Jarosław Kaczyński obiecuje sprawną administrację, a w swoim programie zapowiada rozbudowę i tak już ociężałych struktur. Donald Tusk mówi o tanim państwie, a do programu wpisuje podwyżki dla budżetówki, na której jeszcze kilka miesięcy temu miał oszczędzać. Będzie też kasa na nowe świetlice, na szerokie łącza, na szkolne planetaria, nowe ulgi emerytalne, pieniądze na aktywizację zawodową seniorów. Będzie specjalny urząd do spraw gazu łupkowego, będzie Rada Ryzyka Systemowego.

Premier Tusk chce też po wyborach powołać „pogotowie antybiurokratyczne”. Urząd z szefem w randze pełnomocnika premiera,pędzący na pomoc obywatelom przygniecionym biurokracją. Mam nadzieję, że dostaną kilka karetek antybiurokratycznych. Niezależnie od tego, który z nich wygra, to 24 godziny na dobę będą musiały nas wszystkich reanibiurokratyzować.