Ale każde z nich jest traktatowo zobowiązane do przyjęcia wspólnej waluty. Będą również współdecydowały o renegocjowaniu traktatu lizbońskiego, do którego Niemcy i Francuzi chcą wpisać nowe zasady działania rządu gospodarczego strefy. Zmiana Lizbony musi być jednogłośna, zatem koalicja krajów bez euro mówiąca o euro tylko z pozoru wydaje się egzotyczna.

Wszystkie państwa mają w ręku poważne argumenty: chcemy w przyszłości być w strefie, zatem musimy mieć wpływ na jej kształt. Jak mówił polski minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz, koalicjanci podzielają pewne obawy co do inicjatyw dotyczących unii walutowej – to aluzja do francusko-niemieckiej propozycji zacieśniania zarządzania gospodarczego.

Jeśli sojusz siedmiu będzie trwały i nie rozpadnie się na zaplanowanym na październik szczycie UE poświęconym rządowi gospodarczemu, pojawia się szansa pozostania w głównym nurcie integracji europejskiej.

Polski rząd reklamuje koalicję jako sukces. W rzeczywistości werbowanie partnerów do realizacji swoich celów w polityce europejskiej to dopiero dobry początek. Siedem państw regionu różni niemal wszystko. W efekcie sojusz jest podatny na rozłamy. Czechy są np. przeciwne zwiększaniu budżetu unijnego po 2013 r., Polska jest za. Płatnikowi netto, jakim są Niemcy, i zarazem głównemu graczowi przy budowaniu rządu gospodarczego łatwo takie różnice rozgrywać.

Inny przykład to pogrążone w kryzysie Węgry. Gdy pojawił się projekt paktu dla euro plus, Polska ochoczo go poparła, dokładnie z tych samych pobudek, z których teraz buduje koalicję siedmiu. Budapeszt do paktu nie przystąpił. Wysokiej rangi przedstawiciele ministerstwa gospodarki w rządzie Viktora Orbana przekonywali w rozmowie z nami, że nie chcą paktu, bo pozbawi on Węgry suwerenności w polityce podatkowej. Dodawali również, że jeszcze długo nie będą zainteresowani euro. W tej sytuacji trudno się spodziewać determinacji Budapesztu podczas szczytów UE, na których ma być wykorzystana koalicja siedmiu. Jeśli polskiemu rządowi uda się utrzymać jej spójność i konsekwentnie przedstawiać jednolite stanowisko w sprawie zmian w unii walutowej, będziemy mówić o sukcesie naszej dyplomacji. Jeśli nie, słowa ministra Dowgielewicza pozostaną tylko deklaracjami.