Średni współczynnik, czyli stosunek wielkości funduszy własnych do aktywów ważonych ryzykiem, wyniósł 13,6 proc. wobec 14 proc. miesiąc wcześniej. Z tak znaczącą obniżką nie mieliśmy do czynienia od blisko dwóch lat.

Współczynnik wypłacalności to podstawowa miara bezpieczeństwa w bankach. Jego minimalny poziom to 8 proc. (poniżej tego poziomu bank musi rozpocząć program naprawczy), ale po wybuchu kryzysu nadzór chce, by banki utrzymywały wskaźnik powyżej 12 proc. Czy czerwcowa obniżka oznacza wzrost ryzyka w działalności banków? Nie – to efekt zaostrzenia wymogów dotyczących kredytów walutowych. W połowie 2011 r, jeszcze za kadencji poprzedniego szefa KNF Stanisława Kluzy, nadzór zdecydował o podwyższeniu z końcem czerwca 2012 r. wymogu kapitałowego dla walutowych kredytów dla klientów indywidualnych z 75 proc. do 100 proc. Oznacza to, że na każde 100 zł kredytu walutowego bank musi mieć już nie 6 zł, a 8 zł kapitału.

W skali całego sektora kredyty walutowe dla gospodarstw domowych przekraczają 200 mld zł. Efekt? Całkowity wymóg kapitałowy zwiększył się o ok. 4 mld zł. Problem dotyczył takich banków, jak Getin Noble, BRE czy Millennium. Np. w tym ostatnim współczynnik wypłacalności wynosił w końcu czerwca 11,2 proc. wobec 12,5 proc. w marcu. Przy okazji prezentacji wyników wiceprezes Fernando Bicho tłumaczył, że spadek związany jest właśnie z nową regulacją nadzoru.

Według Tomasza Bursy, analityka domu maklerskiego Ipopema, współczynnik wypłacalności obniżył się również z powodu dywidend wypłacanych przez banki, które zmniejszają ich kapitały.

Zdaniem specjalisty teoretycznie duży spadek wskaźnika może doprowadzić do ograniczenia tempa akcji kredytowej. – Ale regulacja weszła w życie w takim momencie, w którym nie spodziewamy się dużego popytu na kredyty, więc negatywny efekt nie będzie widoczny. Sądzę, że w ciągu roku banki odbudują sporą część utraconego bufora i wtedy ograniczenia dla rozwoju kredytów już nie będzie – wyjaśnia Bursa.

Podwyższony wymóg kapitałowy może okazać się natomiast gwoździem do trumny dla sprzedaży walutowych hipotek, która i tak od dłuższego czasu spada. – Do tej pory one były traktowane preferencyjnie. Teraz banki muszą angażować więcej kapitału, a dodatkowo znacznie wyższe niż kilka lat temu są koszty pozyskania finansowania na takie kredyty. Zapewne one pozostaną w ofercie, ale jako produkt niszowy, dla bogatszych klientów, czyli taki, jakim powinien być od początku – kończy Bursa.