Wszystkie trzy udane ostatnio kampanie (George’a W. Busha, Billa Clintona i Ronalda Reagana) toczyły się w cieniu inflacji niższej niż w roku pierwszego zwycięstwa wyborczego.

Ważnymi wyznacznikami są również cena galonu benzyny, bezrobocie i wzrost gospodarczy. W trakcie trzech ostatnich nieudanych starań o druga kadencje (George’a H.W. Busha, Jimmy’ego Cartera i Geralda Forda) cena benzyny była znacząco (nawet o ponad połowę) wyższa niż cztery lata wcześniej. W omawianych dwóch przypadkach na trzy niższy był tez wzrost gospodarczy. Jak na tym tle wygląda sytuacja Baracka Obamy?

>>> Polecamy: Wybory w USA: relacja na żywo

Wzrost ceny benzyny nie przedstawia się zatrważająco, ale należy pamiętać, ze po 2008 r. jej ceny na amerykańskich stacjach znacznie spadły, by odbić się od dna w 2011 r. Bezrobocie pozostaje na rekordowo wysokim poziomie, choć nieznacząco wyższym niż przed czterema laty. Także dlatego wyścig o Biały Dom do ostatniej chwili jest nierozstrzygnięty.

Do zwycięstwa w USA potrzeba 270 elektorskich głosów. Obama ma ich obecnie 240, Romney – 190. O wyniku przesądzą głosy z tzw. stanów swingujących, czyli takich, które co sezon zmieniają barwy polityczne. To właśnie tutaj rozgrywa się kluczowe bitwy. Korespondentka DGP przyjrzała się jednemu z nich – Kolorado.

Do tej pory Obama wypracował minimalną przewagę w swingującej Newadzie, Romney prowadzi w Północnej Karolinie. Wciąż do wzięcia pozostaje Kolorado. Według najnowszego sondażu dziennika „Wall Street Journal” obaj kandydaci mają tu po 48 proc. poparcia. Kolorado to tylko 9 elektorskich głosów, ale mogą się okazać bezcenne. We wtorek Mitt Romney wynajął za 100 tys. dol. słynny amfiteatr Red Rocks na obrzeżach Denver, by urządzić największą jak do tej pory w swej kampanii fetę. „Obama broni nie was, lecz lalki z Ulicy Sezamkowej!” – krzyczał do 12-tysięcznego tłumu pod sceną. Emocje podkręcał rapujący za jego plecami Kid Rock. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. „Vote! Vote! Vote!” – krzyczał już następnego dnia do 16 tysięcy fanów w centrum Denver zachrypnięty Obama. Od początku roku to już jego jedenasta wizyta w Kolorado.

Aby do wtorku

Sami mieszkańcy Denver polityki mają już dość. – Marzę, by zasnąć i obudzić się po wyborach – mówi Mike Nelson. – Ulice i autostrady na okrągło są gdzieś pozamykane, bo mamy wizyty kandydatów. Polityczny spam wylewa się ze skrzynek pocztowych kilogramami. Co wieczór przy kolacji mam po kilkanaście telefonów z obu kampanii, a aktywiści na ulicach atakują gorzej niż na wojnie – dodaje.

Słowo „wojna” nie jest nadużyciem. Obaj kandydaci są o krok od przekroczenia progu miliarda dolarów wydanych na negatywne reklamy – głównie w stanach swingujących. 16 października ktoś strzelał do sztabu Obamy w Denver. W Fort Collins, 80 kilometrów na północ, policja walczy z „politycznymi wandalami”, którzy kradną lub opisują wyborcze tablice zatykane przez mieszkańców w przydomowych ogródkach na znak solidarności z wybranym kandydatem.

Popularne jest wypisywanie przydomków „komunista” i „antychryst” na plakatach Obamy oraz symboli Ku-Klux-Klanu na tablicach Romneya. – Tak źle jeszcze nie było – mówi rzecznik szeryfa miasta John Schulz.

Liz i Eric Stevens, zwolennicy Obamy, znaleźli niecodzienne rozwiązanie. Są zdesperowani. Swoją tablicę powlekają świeżą warstwą wazeliny. – Mogą ją nam przewrócić, ale przynajmniej nie zamażą wulgaryzmami – mówią.

Cztery lata temu Kolorado poparło Obamę, podobnie jak reszta stanów swingujących: Ohio, Wisconsin, Floryda, Iowa, Wirginia, Karolina Północna i Newada. Wcześniej było częścią konserwatywnego tzw. pasa biblijnego – konsekwentnie głosowało na kandydatów republikańskich.

Zwyczaj po stronie Obamy

Amerykanie zwykle zostawiają urzędującego prezydenta na drugą kadencję w Białym Domu. Tak może być i tym razem pomimo utrzymującego się rozczarowania stanem gospodarki, finansów publicznych i rynku pracy. Na początku października Obama nieroztropnie jednak stracił całą przewagę nad Romneyem, dając mu się roznieść na kawałki podczas pierwszej prezydenckiej debaty. Nie odrobił strat, mimo iż dwie następne potyczki wygrał, a Romney zaliczył wpadki.

Znawcy amerykańskich kampanii są przekonani, że przy tak wyrównanej walce o wyniku zadecyduje frekwencja wyborcza. – Im mniejsza, tym lepiej dla Romneya, im większa – dla Obamy. Zwłaszcza jeśli do urn pójdą Latynosi, z których aż 70 proc. popiera prezydenta – mówi DGP analityk z Uniwersytetu Stanowego Kolorado John Straayer.

Sztab Obamy pokłada też wielkie nadzieje w praktyce tzw. przedterminowego głosowania, dostępnej w większości stanów. Było ono kluczowe dla jego zwycięstwa cztery lata temu. Euforii na razie nie ma, bo w Kolorado, Wirginii i na Florydzie, gdzie wyborcy oddali już łącznie kilkaset tysięcy głosów, prowadzi Mitt Romney. Obama wygrywa jednak w Ohio, które ma renomę narodowego papierka lakmusowego pokazującego, kto zwycięży. Kto bierze Ohio, wygrywa wybory – głosi ludowa mądrość, i jak do tej pory jeszcze nigdy nie zawiodła. Przewaga nie jest jednak wielka. Według sobotniego sondażu Reutersa/Ipsos demokrata ma 46 proc., a republikanin – 45.

Sondażowy trend na rzecz demokraty

Swing states, czyli stany wahające się. To one mają decydujący wpływ na wybory. W Wirginii Obama prowadzi przed Romneyem 48 proc. do 45.

Z kolei w Kolorado Romney prowadzi z 47 proc. wobec 45 proc. Obamy.

Na Florydzie obaj powinni uzyskać po 47 proc. Najważniejsze jest jednak Ohio. Jak pisaliśmy, według sondażu Reutersa/Ipsos demokrata – urzędujący prezydent ma 46 proc., a republikanin – 45. Tendencja jest jednak niekorzystna dla tego ostatniego. Według sondażu NBC News/Wall Street Journal/Marist większą przewagę zyska Obama. W Ohio powinien uzyskać 51 proc. głosów, podczas gdy Romney – 45 proc. MWP