Mitt Romney przez całą kampanię przekonywał, że kolejne cztery lata rządów Baracka Obamy to prosta droga do bankructwa kraju. Pomysł, że największa gospodarka świata i jedyne światowe supermocarstwo mógłby spotkać los Grecji, brzmi nieco dziwacznie – ale tylko na pierwszy rzut oka. Żeby zobaczyć, co oznacza bankructwo po amerykańsku, wystarczy pojechać do Kalifornii, gdzie niewypłacalność lokalnych władz stała się wręcz plagą.

Niespełna 300-tysięczne Stockton, 13. co do wielkości miasto w Kalifornii. W łazienkach ratusza i innych budynkach publicznych często brakuje papieru toaletowego, podobnie jak sprzątaczek. Zatrudnienie w urzędzie miasta zmniejszono o 43 proc., wstrzymano wypłaty emerytur i świadczeń w całym sektorze publicznym. Największym problemem jest jednak bezpieczeństwo. Policja i straż pożarna straciły na skutek cięć po 30 proc. ludzi. Już w sierpniu widać było efekty. – Staliśmy się łupem dla wszystkich kryminalistów z okolicy. Rabunek pół biedy, ale nas tutaj mordują – mówi DGP Richard Smith z bogatej dzielnicy Weston Ranch. Przestępczość w Stockton jest dzisiaj porównywalna do Chicago i Detroit, liderów kryminalnej statystyki. Sytuacja przestała pogarszać się dopiero wtedy, gdy policji zaczęli pomagać „Guardian Angels” – ochotnicze służby bezpieczeństwa.

Amerykańskie prawo dopuszcza bankructwo jednostek samorządowych. Prawo uchwalono w 1937 r. i miało pomóc tym, którym wichry Wielkiej Depresji przetrąciły finansowe kręgosłupy. Od tego czasu zarejestrowano ponad 600 takich przypadków – bankructwa zarówno miast, jak i całych hrabstw. Rozpoczęty w 2008 r. kryzys rozpoczął kolejną falę w całym kraju, ale sytuacja w Kalifornii najbardziej niepokoi ekonomistów. Po pierwsze nastąpiła seria upadłości na niespotykaną do tej pory skalę. Przed Stockton upadło 100-tysięczne Vallejo, potem było 200-tysięczne San Bernardino, wreszcie małe, ale znane miłośnikom nart miasteczko Mammoth Lakes w górach Sierra Nevada. Rosną obawy, że niewypłacalność ogłoszą wkrótce 100-tysięczne Compton, 200-tysięczne Modesto, a nawet półmilionowe Fresno. Po drugie kondycja kalifornijskiej gospodarki jest papierkiem lakmusowym dla reszty kraju. Tymczasem stan, podobnie jak jego miasta, już na kilka lat przed kryzysem stanął na skraju zapaści finansowej i odnotowuje deficyt rzędu 15–20 mld dol. rocznie.

Przyczyny katastrofy finansowej wszędzie są identyczne: kryzys i bańka nieruchomościowa z 2008 r., które okroiły wpływy do budżetów, złe zarządzanie, najbardziej zaś obligacje emerytalne strzeżone przez unie pracownicze. Od 1999 r. zobowiązania te wzrosły 20-krotnie i w niektórych miastach oraz hrabstwach pożerają dziś nawet do 75 proc. budżetów.

Finansowe tarapaty Kalifornii mogą dziwić. Stan wciąż jest gigantem, samodzielnie byłby ósmą największą gospodarką świata, wypracowuje 13 proc. PKB całych Stanów Zjednoczonych (1,9 bln dol. w 2010 r.). Eksperci przypominają jednak, że liczby te zmieniają znaczenie, jeżeli spojrzymy na nie przez pryzmat demografii. – W Kalifornii mieszka 11 proc. populacji USA, ale zarazem 30 proc. ludzi żyjących z socjalu i korzystających z darmowej opieki medycznej Medicaid – mówi DGP Victor David Hanson z Instytutu Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda.

Jeśli Kalifornia zbankrutuje, reperkusje odczuje cały świat – tąpnie dolar, giełda, a Amerykanie z reszty stanów dostaną po kieszeni. Dale Fritchen, radny Stockton, żałuje, że wcześniej nie wpadł na pomysł, z którym dziś wychodzi do wyborców. – Powinniśmy przegłosować poprawkę do konstytucji miasta o obowiązkowym wpłacaniu procentu budżetu na specjalne konto oszczędnościowe. Na czarną godzinę – mówi.

Rada jest wyśmienita także dla samego prezydenta USA, bez względu na to, kto wygra wybory. Dług publiczny USA przekracza 16 bln dol., czyli jest większy niż roczny PKB.