Choć start kampanii wyborczej przewidziano na 4 stycznia, prezydent Correa rozpoczął starania o trzecią kadencję już w ubiegłą sobotę, organizując w stolicy kraju Quito wiec, na którym ogłosił chęć kandydowania.

Correa obiecywał położenie kresu nierównościom społecznym. "Naszym obowiązkiem jest skończenie z głodem i biedą, wsłuchiwanie się zawsze uważnie w głosy najbardziej potrzebujących" - mówił do wielotysięcznego tłumu swoich zwolenników. Argumentował, że chce wygrać wybory, aby dokończyć rozpoczęte reformy i zmienić niesprawiedliwą strukturę społeczną.

Rejestrując w tym tygodniu swoją kandydaturę, Correa przedstawił w zarysie program wyborczy, składający się z 35 punktów, w którym główny nacisk położył na dalsze przemiany polityczne i społeczne. Za największe osiągnięcia swojej prezydentury uznał zmniejszenie biedy i odzyskanie nadziei przez naród. Zapewnił, że nadal będzie wspierał "wolność opartą na sprawiedliwości i pokoju". Jednocześnie zaapelował do swoich zwolenników, aby nie popadali w triumfalizm. "W wyborach jest to największy błąd, jaki możemy popełnić" - mówił.

Poruszył też kwestię obrony suwerenności Ekwadoru przed zagranicznymi wpływami. Podejmowane przez niego w ostatnich latach akcje i wypowiedzi przeciw nadużyciom popełnianym przez obcy kapitał przysporzyły Correi wielu sympatyków w kraju. "Już nigdy więcej obcokrajowcy nie będą mieszać się do naszych spraw" - powtarzał.

Uwagę świata skupił na Correi m.in. spór dyplomatyczny z W. Brytanią w związku z udzieleniem przez Ekwador azylu twórcy demaskatorskiego portalu WikiLeaks Julianowi Assange'owi, przebywającemu od czerwca w ambasadzie Ekwadoru w Londynie.

Correa jest zdeklarowanym zwolennikiem "socjalizmu XXI wieku" - szerszej redystrybucji dochodu narodowego przez państwo oraz politycznej i gospodarczej niezależności od zachodnich potęg. W Ameryce Łacińskiej postrzegany jest jako następca Hugo Chaveza w przypadku, gdyby ten musiał oddać władzę z powodu pogorszenia się stanu zdrowia (wybrany w październiku ponownie na prezydenta Wenezueli Chavez zmaga się z nowotworem).

Pozycja Correi i jego ugrupowania przed lutowymi wyborami wydaje się niezagrożona. Plany stworzenia przez opozycję wspólnego frontu, który stanowiłby realną alternatywę dla jego rządów, nie powiodły się. W efekcie w wyścigu o fotel prezydencki wezmą udział: Alberto Acosta z koalicji lewicy, Guillermo Lasso z ruchu konserwatywnego CREO, Lucio Gutierrez z Towarzystwa Patriotycznego, Alvaro Noboa z prawicowej partii PRIAN, Norman Wray (Ruptura) i Mauricio Rodas (SUMA).

Komentatorzy w Ekwadorze zgadzają się, że takie rozdrobnienie sił zdecydowanie faworyzuje Correę. Analityk polityczny Jorge Leon w wypowiedzi dla "El Comercio" źródeł tradycyjnego rozproszenia politycznego dopatruje się w podziałach społecznych. "Mieszkańcy wybrzeża i interioru wyraźnie różnią się pod względem orientacji politycznej. Ci pierwsi głosują na populistów i prawicę, drudzy sympatyzują z partiami centrowymi i lewicowymi" - wyjaśnia. Popularność Correi tłumaczy faktem, że Ekwadorczycy z reguły głosują na silną i wyrazistą osobowość - wodza kreującego się na obrońcę kraju.

Analityk Luis Verdesoto dodaje, że tak duża liczba kandydatur opozycyjnych to wynik konsekwentnej, twardej i autorytarnej strategii Correi, który umiejętnie nie dopuszcza do połączenia sił przez swoich politycznych oponentów. Co więcej, spycha ich na margines i dlatego samodzielny start staje się dla nich jedyną szansą na zaistnienie w polityce.

W tej sytuacji Correa ma duże szanse wygrać już w pierwszej turze (tak jak w 2009 r.; w 2006 r. potrzebował drugiej tury).