Przygotowana przez niego książka to dowód, że autor polskiej transformacji nadal niezachwianie stoi na raz przyjętych pozycjach.

„Odkrywając wolność” nie sposób pominąć milczeniem. Leszek Balcerowicz funkcji publicznych nie pełni już od pewnego czasu, ale pozostaje w obiegu myśli osobą wpływową. Media go uwielbiają, a on chętnie zabiera głos w ważnych debatach. Na dodatek całe średnie pokolenie renomowanych polskich ekonomistów i menedżerów (od Ryszarda Petru z PwC po prezesa PKP Jakuba Karnowskiego) wywodzi się z jego stajni. Z tego powodu nie będzie przesady w stwierdzeniu, że duch Balcerowicza unosi się nad polską gospodarką nie tylko z powodu pakietu ustaw przyjętych 28 grudnia 1989 r., które położyły podstawy pod wolny rynek nad Wisłą.

Czytając tę książkę, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to dla Balcerowicza coś więcej niż kolejna publikacja. To raczej osobisty manifest. Przytłaczającą większość objętości tej pokaźnych rozmiarów (1000 stron) książki stanowi wybór tekstów ekonomicznych i filozoficznych. Z różnych epok i spod piór różnego formatu autorów. Od Davida Hume’a i Alexisa Tocqueville’a po Janusza Korwin-Mikkego. Wszystko kręci się wokół pojęcia wolności gospodarczej. Ale tak naprawdę prawdziwym dynamitem jest tutaj pierwsze 60 stron. To prawdziwe Balcerowiczowskie credo.

Brzmi ono mniej więcej tak: nasza cywilizacja najpierw przeszła przez bezhołowie średniowiecznego feudalizmu. Suweren mógł wtedy zrobić z jednostką wszystko. Ale potem człowiek powiedział „nie". Najważniejszym składnikiem rewolucyjnych zmian były wolności ekonomiczne. Uwolniona w ten sposób kreatywność i pomysłowość jednostek przyniosła Zachodowi erę bezprecedensowego rozwoju. Niestety dar wolności okazał się zbyt wymagający. Ludzie zaczęli tęsknić za zniewoleniem, idąc na lep różnych lewicowych pomysłów i ideologii (że mieli wiele socjalnych powodów, by dać się na nią złapać, profesor niestety nie dostrzega). Dlatego trzeba – zdaniem Balcerowicza – bardzo się pilnować. Najlepiej ze wszystkich sił zwalczając państwo, bo to monstrum. I uwierzyć w kreatywność czowieka oraz niewidzialną rękę rynku.

Gdyby te słowa zostały napisane w latach 90. albo jeszcze przed wybuchem kryzysu 2008 r., pewnie by nie zaskakiwały. Dziś trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pisząc je, Balcerowicz zamyka oczy na wiele faktów. Na pękanie baniek spekulacyjnych, po których systemy bankowe wciąż nie mogą się pozbierać, albo na powiększanie różnic dochodowych pomiędzy biednymi i bogatymi (to na Zachodzie) czy horrendalne ceny mieszkań oraz wysokie bezrobocie, pomimo daleko idącej liberalizacji rynku pracy (Polska).

Balcerowicz często gra też nie fair. Zarzuca zwolennikom państwa, że je idealizują. Jednocześnie sam idealizuje wolny rynek. W dodatku nie mierzy się z kłopotliwymi kontrargumentami. Mówi na przykład, że państwo socjalne to głównie obciążenia i niewielkie korzyści. A jak wyjaśni np. fenomen społecznej gospodarki rynkowej, gdzie panuje wiara w to, że jeśli się da bezrobotnemu rozsądną pomoc, to on kupi gazetę (by znaleźć ogłoszenie o pracę) i pójdzie do fryzjera przed rozmową kwalifikacyjną? Dzięki temu zyska nie tylko on, lecz zarobią także dziennikarz i fryzjer, a z nimi cała gospodarka.

Argumentom Balcerowicza nie sposób odmówić spójności. Nie będzie chyba jednak wobec profesora nietaktem, jeśli tu i ówdzie czytelnik pozwoli sobie, by się z nimi nie zgodzić.