Ukraina

Ukraina

źródło: ShutterStock

- Biznesmeni nie proszą o pomoc państwa, proszą żeby państwo im nie przeszkadzało. Państwo jest bankrutem, więc oczekiwanie, że stworzymy realne a nie deklaratywne programy stymulowania przedsiębiorczości byłoby po prostu nierealne. Dlatego należy nie przeszkadzać biznesowi, a on sam poradzi – oświadczył Ajvaras Abromavicius, minister rozwoju gospodarczego i handlu.

Rząd chce, by w ciągu dwóch najbliższych lat Ukraina awansowała w rankingu Doing Business Banku Światowego z 96. miejsca do pierwszej pięćdziesiątki. W założeniu ma to sprawić, że zagraniczny kapitał zajęty dziś zamykaniem projektów i ucieczką z ogarniętego wojną i przeżartego korupcją kraju poczuje się nad Dnieprem komfortowo. Pomóc ma w tym deregulacja gospodarki i radykalne zwalczanie korupcji. Na razie urzędnicy słabo biorą sobie do serca słowa ministra odpowiedzialnego za biznesowy klimat.

Jak wynika z danych opublikowanych w połowie maja przez ukraiński rząd wobec zmasowanego ataku struktur państwowych przedsiębiorcy masowo ukrywają się w szarej strefie – w 2014 roku sięgnęła ona poziomu najwyższego od 2007 r. – przypadało na nią aż 42 proc. PKB Ukrainy, co stawia pod tym względem naszego sąsiada na równi z krajami Ameryki Łacińsiej i Afryki. Jeszcze w 2012 r. na szarą strefę przypadało 32 proc., a rok później 35 proc. ukraińskiego PKB.

W raporcie przygotowanym przez ministerstwo rozwoju gospodarczego, jako jeden z głównych czynników powodujących taki stan rzeczy, wymieniono zwiększenie nacisków administracyjnych na biznes.

>>> Czytaj też: Po co Rosja kopie rowy na granicy z Ukrainą?

Haracz ustawowy

Ministerstwo rozwoju gospodarczego zapowiedziało przedstawienie planu deregulacji w ramach którego zlikwidowanych ma zostać 177 licencji i zezwoleń uciskających dziś przedsiębiorców.

– Najprawdopodobniej powołamy niezależną komisję, która będzie sprawdzać istnienie korupcyjnej składowej w działalności służb państwowych, to czy ich działalność odpowiada standardom UE i praktyce wolnego rynku – zapowiedział minister Ajvaras Abromavicius.

Diagnoza sytuacji przedstawiona przez rząd jest bardzo trafna. Rząd stawia na uproszczenie procedur związanych z zakładaniem i prowadzeniem działalności gospodarczej, ograniczenie koniecznych zezwoleń, zmniejszenie wpływu organów państwa na działalność przedsiębiorców, wzmocnienie ochrony praw inwestorów. Między rozpoznaniem problemów a ich rozwiązaniem nad Dnieprem nadal jest jednak ogromna przepaść.

Parlament przyjął w lutym ustawę o uproszeniu warunków prowadzenia biznesu. Nowa ustawa upraszcza warunki poprzez kasowanie ośrodków państwowego regulowania, harmonizację ustawodawstwa z normami UE, zmniejszenie administracyjnego obciążenia przedsiębiorstw i zmniejszenie korupcyjnego ryzyka dla biznesu – przekonuje minister Abromavicius. Jego zdaniem finansowy efekt zmian, jaki mają odczuć przedsiębiorcy do 2020 r. może sięgnąć 40-60 mld hrywien, czyli 1,3-2 mld dolarów. Ustawa zlikwidowała 38 certyfikatów i licencji nie potrzebnych nikomu poza urzędnikami biorącymi łapówki za ich wydanie.

Zdaniem krytyków „haczyk” zawarty w nowym prawie niemal całkowicie przekreśla jednak jej pozytywy. Ustawa zakłada bowiem przekazanie części funkcji organów państwa dotyczących wydawania zezwoleń i prowadzenia rejestracji wyspecjalizowanym „centrom obsługi” – zewnętrznym firmom, które mają pracować za dodatkową opłatę za „wyższy standard”.

Nikt nie ma najmniejszej wątpliwości, że w wersji ukraińskiej teoretycznie dobrowolne korzystanie z ich pośrednictwa będzie faktycznie przymusowe, same firmy pośredniczące będą należały do osób z okręgów władzy, zaś opłata wnoszona przez przedsiębiorców będzie faktycznie zalegalizowaną łapówką za wydanie zezwolenia. Tym bardziej to prawdopodobne, że właśnie tego przepisu rząd bronił jak lew.

Pierwszy etap zmian, jak na razie, bardziej więc wygląda na pokazówkę na użytek zachodnich widzów niż na realną reformę.

>>> Czytaj też: Ukraina i UE podpisały porozumienie ws. pomocy makrofinansowej

Nowe życie po staremu

Ukraińska minister finansów Natalia Jaresko wciąż zachęca zachodnich inwestorów, by nie zważając na trwającą wojnę wykładali kapitał na biznes nad Dnieprem. Jej zdaniem najbardziej perspektywiczne są sektory rolny, energetyczny, branża IT oraz inwestycje w rozbudowę infrastruktury.

Inwestorzy zachodni ewidentnie mają dosyć tego, co nad Dnieprem robią politycy. W połowie maja wiceminister sprawiedliwości Anton Janczuk przyznał, że w zeszłym roku aż 21 firm zachodnich złożyło w sądach międzynarodowych pozwy przeciw Ukrainie. Łączna kwota jakiej się domagają to 170 mld hrywien czyli ok. 8 mld dolarów. To ogromna kwota – dla porównania: denominowany w hrywnach dług, który w tym roku musi spłacić Ukraina to 90 mld hrywien. Jeszcze wyraźniej widać skalę niezadowolenia inwestorów, jeśli porównać ich obecne roszczenia z sumą pozwów w poprzednich latach – 30 mld hrywien w 2012 r. i 20 mld hrywien w 2013 r. co przy ówczesnym kursie dolara stanowiło odpowiednio 3,75 i 2,5 mld dolarów.

Biznes ukraiński, pozbawiony możliwości obrony z zachodnich sądach, po prostu wymiera. Według lokalnych mediów zamknięcie grozi nawet największemu w Ukrainie rynkowi sprzedaży hurtowej „7 kilometr” w Odessie. Kolejni hurtownicy plajtują, 1/3 trzecia punktów handlowych już nie działa, a większość z pozostałych działa raz w tygodniu. Za przedłużenie dzierżawy stanowisk handlowych rok po upadku reżimu Janukowycza urzędnicy domagają się łapówek – „taryfa” wynosi tysiąc dolarów miesięcznie (w ekwiwalencie hrywnowym wzrosła w ciągu roku przeszło dwukrotnie).

Zerwanie z korupcyjnym spadkiem minionej epoki miało być znakiem rozpoznawczym nowej ekipy. Tymczasem o podobnych sytuacjach, jak ta w Odessie słychać w kraju niemal codziennie. Przedsiębiorcy skarżą się, że poziom korupcji i przekonania o swojej bezkarności urzędników w rok po obaleniu reżimu Janukowycza jest znacznie większy niż pod jego rządami.

Na początku lutego na sali obrad parlamentu jeden z fotoreporterów zrobił zdjęcia pokazujące sms-ową korespondencję Witalija Chomutinnika, człowieka dawniej związanego z partią obalonego prezydenta Janukowycza. Chomutinnik, jak ujawniono, miał w niej instruować mianowanego już przez prezydenta Poroszenkę szefa administracji obwodowej w Odessie, jak prawidłowo „załatwiać sprawy na cle”, „kto, komu i ile powinien przynosić”. W jednym z sms-ów wskazał pośrednika zajmującego się przekazywaniem zabranych łapówek szefostwu służby celnej. Pośrednikiem miał być dyrektor departamentu zajmującego się przeciwdziałaniom naruszeniom celnym. Parlamentarzysta przekonywał media, że tylko informował gubernatora o znanych sobie nieprawidłowościach.

Sprawa nabrała takiego rozgłosu, że ostatecznie premier Arsenij Jaceniuk odwołał całe kierownictwo Państwowej Służby Fiskalnej, której podlega służba celna.

>>> Czytaj też: Bondar: Jeżeli Rosja pokona Ukrainę, pójdzie dalej - do Polski i na Litwę

Biznes się burzy

– Rynki towarowe kurczą się, handel detaliczny pokazuje negatywną dynamikę, spadły przewozy towarów. Przedsiębiorcy skarżą się na brak sygnałów ze strony władz i jasnych reguł gry pozwalających planować działania z wyprzedzeniem. W konsekwencji biznes wstrzymuje nowe inwestycje, a to z kolei odbija się na bilansie płatniczym Ukrainy –ekonomista Andriej Dligacz z kijowskiego uniwersytetu im. Tarasa Szewczenki na Kongresie Ukraińskiego Biznesu.

Jak podkreśla Dligacz, w dalszym ciągu w ukraińskiej gospodarce funkcjonuje znana z minionych lat instytucja „smotriaszczich” – nadzorców biznesu działających w imieniu osób z ekipy rządowej, administracji prezydenta i parlamentu zajmujących się na poziomie regionów wyznaczaniem wysokości haraczy płaconych politykom przez firmy, nadzorowaniem korupcyjnych przepływów pieniędzy i organizowaniem bezprawnych przejęć firm.

Przedsiębiorcy, którzy zwołali kongres sformułowali postulaty wobec władz:

– oczekują traktowania ich jako pełnoprawnych podmiotów uczestniczących w debacie na temat planowanych reform,

– chcą daleko idącej deregulacji i liberalizacji zasad prowadzenia biznesu,

– domagają się reformy podatkowej uwzględniającej koncepcje przedsiębiorców

– żądają zdecydowanej walki z korupcją.

Nikt im jednak nie udzielił odpowiedzi. W tej sytuacji trudno się dziwić, że nastroje przedsiębiorców radykalizują się. W Charkowie miejscowi przedsiębiorcy, by bronić się przed skorumpowanymi władzami, powołali do życia „lotne brygady” złożone z prawników i dziennikarzy, które mają w trybie alarmowym wyjeżdżać z interwencją do firm atakowanych przez przedstawicieli władz. „System kolektywnego bezpieczeństwa biznesu Ukrainy” ma działać na terenie całego kraju.