Nie lubimy – ba, nienawidzimy! – wielu instytucji państwowych. Narzekamy na policję i sądy, na parlament i skarbówkę, która zabiera nam pieniądze. Jednak na tej długiej liście znienawidzonych są niekwestionowani liderzy. Narodowy Fundusz Zdrowia, który zgodnie przeklinamy, ustawiając się w kolejkach do lekarzy. I Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Ten ostatni jest – polski paradoks – nielubiany przez wszystkich. Przez pracodawców, ale też pracowników. Przez emerytów. Chorych i rekonwalescentów. Nawet przez jego pracowników. A także, co dość zabawne, przez polityków. Tych znajdujących się obecnie przy władzy, jak i tych do niej podążających. Boją się, że jest niczym odbezpieczona, coraz głośniej tykająca bomba, która lada moment wybuchnie i wysadzi ich z siodła.

Dlaczego NFZ i ZUS? Sprawa jest oczywista. Zdrowie, zabezpieczenie na starość czy na wypadek choroby to najistotniejsze kwestie egzystencjalne. Boimy się o przyszłość. A te nasze lęki podsycane są paliwem katastroficznie brzmiących przemów polityków, którzy umiejętnie na tym żerują. Podlewane benzyną przekazu płynącego zewsząd: tego uznali za zdolnego do pracy, choć nie ma ręki i nogi, tamta po latach pracy dostała 200 zł emerytury. Nic się tak nie klika w sieci jak teksty ze skrótem ZUS w tytule. To, że miliony dostają co miesiąc świadczenie na konto, przestaje się liczyć. Ważniejszy jest przypadek, że jeden nie dostał. W ten sposób zamiast racjonalnie zmieniać system tam, gdzie zawodzi, hodujemy sobie we własnych głowach zusowskiego potwora. Który doczekał się nawet męczenników.

>>> Czytaj też: Pół miliarda złotych na utrzymanie systemu. ZUS zapowiada gigantyczny przetarg informatyczny

ZUS gorszy niż skarbówka

Grzegorz Sowa, przedsiębiorca budowlany z Gorzowa, który – jak opowiada –firmę prowadzi od 1991 r., trzy lata temu zaczął walkę o to, by móc się wypisać z tej instytucji. – Nie chcę od nich niczego. Ani świadczeń zdrowotnych, ani emerytury – zarzeka się. Jedyne, czego oczekuje, to żeby mu dali spokój i nie domagali się jego pieniędzy. Na razie sądy stają po stronie ubezpieczyciela, ale Sowa nie rezygnuje. Jeździ po kraju, organizuje pikiety, zagrzewa innych do boju. – Jak przyjdzie do mnie komornik, poszczuję psem – zapowiada. Zapewnia, że jest gotów nawet iść siedzieć. – Najwyżej zostanę męczennikiem w walce z tą instytucją i debilnym prawem. Inni mnie popierają, myślą tak samo jak ja, ale się boją mówić o tym głośno – dodaje.

Faktycznie, większość moich rozmówców pragnie pozostać anonimowa. Bo a nuż wpadnie kontrola zusowska do ich firmy, a te kontrole, jak twierdzą, są gorsze niż wizyty inspektorów skarbowych. Skarbówka posiedzi tydzień, ale jak nie kombinowałeś nadmiernie, da się przeżyć. Natomiast ci, jak zaczną kopać, to zawsze coś znajdą. I puszczą z torbami. I jeszcze większość interlokutorów – choć twierdzi, że na nic nie liczy – to jednak chciałaby dostać kiedyś emeryturę. Choć argumenty przeciw ZUS, jakie padają, sięgają górnej, konstytucyjnej, półki.

– Demokracja ma swoje granice. Jedną z nich jest wolność jednostki. Jeśli ja nie chcę być ubezpieczony w ZUS, nikt nie ma prawa kwestionować tej decyzji – wyłuszcza Wojciech, architekt prowadzący firmę na wschodzie Polski. Uważa, że obowiązkowe ubezpieczenie to łamanie praw człowieka. – I lewacki punkt widzenia: nie mam prawa do niebycia w szponach państwa. W zamian dostaję śmieszne „prawa” do opieki medycznej, za którą, jeśli potrzebuję, i tak muszę prywatnie zapłacić. To rozbój w biały dzień – kończy.

Ubezpieczenie? – To zwyczajny podatek – przekonuje Krzysztof Woźniak, autor Analogowego Vloga na kanale Wideoprezentacje, podejmujący tematy ekonomiczne i społeczne. Bo czymże jest podatek: obowiązkową daniną, której płatnik niczego nie może żądać w zamian. I z ZUS jest tak samo. – Niech pani idzie do lekarza i zażąda, żeby panią przyjął. Natychmiast, bo nigdy pani się nie spóźniła ze składkami. Gość umrze ze śmiechu – ironizuje vloger. I wywodzi dalej, że ze skarbówką sprawa jest jasna: zarabiasz, płacisz od tego ustalony procent. Nie zarabiasz, nie płacisz. Koniec. W przypadku składek zusowskich nikt cię nie pyta, czy masz na koncie choćby pięć złotych. Teoretycznie można zawiesić działalność, ale trzeba by z góry wiedzieć, że w danym miesiącu biznes nie wyjdzie. I nie oszukujmy się, że płaci się z dołu, za miniony miesiąc. Każdy, kto prowadził kiedyś jakąś firmę, wie (pod warunkiem że nie jest to Google czy Coca-Cola), że z płynnością finansową bywa różnie. Mało kto jest w stanie odłożyć tyle kasy, żeby móc regulować składki także w ten czas, kiedy przyjdzie bieda.

>>> Czytaj też: Wysokie ceny idą w parze z niskimi płacami

Za dużo chcą, za mało dają

Tematem, który wzbudza wiele emocji, jest wielkość składek. Dla tych, co je płacą, za wysoka. Dla tych, co liczą, śmiesznie niska – już dziś nie wystarcza na wypłatę emerytur uprawnionym. Ale jak widać, niezależnie, z którego miejsca patrzeć, główny przekaz pozostaje ten sam: ZUS zły.

– Nie wiem, co zrobię, kiedy skończy mi się zniżka na ZUS – martwi się Marek, 27-latek, który po studiach założył firmę. A raczej jednoosobową działalność gospodarczą, która w jego przypadku, podobnie jak u większości osób figurujących w statystykach jako firmy, oznacza samozatrudnienie. Faktycznie pracuje w korporacji, w call center. Przychodzi codziennie do firmy, odbija kartę, ma szefów. Przysługuje mu zniżka w stołówce, może nabyć ze zniżką kartę Benefit. Znacie to? Taka ściema. Marek zarabia w granicach 3 tys. zł miesięcznie, z czego ok. 500 zł to składki zusowskie. Do tego podatek. Zostaje więc dwa z kawałkiem. Ale za chwilę wskoczy w normalną stawkę, czyli ponad 1100 zł. Więc jego sytuacja finansowa zasadniczo się zmienia. Te 600 zł różnicy oznacza czynsz za mieszkanie, które wynajmuje z przyjaciółmi. Wobec tego już wie: wyjeżdża. Do Wielkiej Brytanii.

Michał, starszy kolega Marka, wyjechał już kilka lat temu. W Londynie założył własną działalność. Składki zdrowotne i emerytalne ubezpieczenie kosztowały go, jak wylicza, 21 funtów miesięcznie. Paczka papierosów z małym okładem. A jak mu się gorzej wiodło, mógł poprosić o półroczne zwolnienie z opłacania składek. Teraz znalazł pracę na kontrakcie, zarabia 23 tys. funtów rocznie, czyli niecałe 2 tys. miesięcznie. Jego miesięczna składka to 166 funtów, z czego 36 to prywatny fundusz emerytalny. Wypas. – I jest różnica w proporcjach, prawda? – zauważa nieco złośliwie.

Oczywiście można dyskutować, czy faktycznie stawki ZUS są takie zabójcze, czy może po prostu za mało zarabiamy? Oraz kogo i w jakim stopniu objąć ulgami? Ale Marka, Michała i tysięcy im podobnych to nie obchodzi. Oni, mówiąc prosto, są klientami systemu i uważają, że nie są należycie obsługiwani, więc wypisują się z niego, wyjeżdżając z kraju. Dlatego w zusowskiej kasie coraz głośniej hula wiatr.

Krzysztof Woźniak, ten od Analogowego Vloga, zauważa, że państwo na swojej chciwości traci, i to kilka razy. Jak zauważa, wielu jest młodych ludzi, jeszcze mieszkających przy rodzicach, którzy chętnie by sobie dorobili na zasadzie, jak to się nazywa z angielska, self-employed. Odprowadzili od tego mały podatek i małe składki ubezpieczeniowe. Ale nie mogą, więc albo działają w szarej strefie, albo wsiadają w samolot. On sam także zwlekał z założeniem firmy, przerażały go te daniny. Czasem trudno jest zarobić na sam ZUS, a gdzie reszta?

Także prawdziwi przedsiębiorcy, ci, którzy dają pracę innym, zgrzytają zębami, kiedy mowa o Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Dla nich także (a założyliśmy na początku, że nie są gigantami typu Coca-Cola) wysokość obowiązkowych składek jest zbyt obciążająca.

Karolina, bizneswomen prowadząca siłownię i fitness club na Śląsku, wylicza: jeśli jej najlepiej opłacana pracownica zarabia 3 tys. zł brutto, to na rękę dostanie ok. 2150 zł. Ją jako pracodawcę ten etat kosztuje ponad 3,6 tys. Skąd ta różnica – niemal 1,5 tys. zł? To są składki na ZUS. – Ja bym jej chętnie dała wyższą pensję, ale mnie na to nie stać – mówi. I przyznaje, że daje swoim ludziom premie w kopertach pod stołem. Jak wszyscy.

I jak wszyscy przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tego, iż przez to mniej spływa do tej wspólnej kasy. Ale liczy się tu i teraz.

>>> Czytaj też: Kompromitacja z wyborem prezesa ZUS. Konkurs konkursem, wygrać musi ktoś inny

Brak pewności i pokrętne przepisy

Polak jest sobiepanem, nie lubi, jak ktoś go do czegoś zmusza. No i jeszcze, jako genetyczny warchoł, nie lubi przestrzegać terminów. Tzn. działa to w jedną stronę. Jeśli on nie dostanie pieniędzy w terminie, zgroza. On się spóźnia, widocznie inaczej się nie da. Inna sprawa, że niektóre przepisy związane z opłacaniem składek są chore. Albo specjalnie tak ułożone, aby generować jak największe zatrudnienie w zakładzie.

Dobrze to oddaje kawałek znaleziony w sieci. Ten wpis bił rekordy popularności na portalu Wykop.pl: „Do 10 każdego miesiąca, jak każdy szczęśliwy i »dobrowolnie« ubezpieczony w ZUS przedsiębiorca, muszę zapłacić składkę. Na dzień 10 maja (sobota) nie miałem pełnych środków do opłacenia haraczu. Stwierdziłem więc, że zapłacę w poniedziałek.

12 maja (poniedziałek) otrzymałem środki i od razu opłaciłem składkę.

13 maja ZUS dostał moje pieniądze.

W czerwcu przy rozliczaniu moich dokumentów przez księgową wysłałem pismo z potwierdzeniem płatności przelewu z dnia 12 maja oraz podaniem powodu nieopłacenia składki w terminie (brak środków). Wyraziłem też skruchę i prosiłem o przywrócenie mnie do ubezpieczenia. Dzisiaj, tj. 10.07, otrzymałem pismo. W rozmowie telefonicznej z podpisaną pod pismem pracownicą ZUS-u dowiedziałem się, że muszę dokładnie opisać całą sytuację oraz udowodnić, że na dzień 9 maja nie miałem pełnych środków na koncie i nie mogłem opłacić dobrowolnego haraczu. Zamiast, kuźwa, po otrzymaniu mojego pisma załatwić sprawę w minutę i odhaczyć mnie w komputerze jako »tak – zapłacił składkę«, ZUS chce teraz ingerować w moją prywatność, sprawdzać moje prywatne przelewy, transakcje i stan konta. Oczywiście po przesłaniu mojego wytłumaczenia i wyciągów pisma zostaną przesłane do komisji, która będzie rozpatrywać mój wniosek. Mam sprawę w ZUS-ie – kuźwa, jestem przestępcą!!! Z niecierpliwością czekam na rozwój sytuacji!”. A sprawa jest poważna, gdyż choćby jeden dzień opóźnienia oznacza, że ubezpieczenie ustaje z mocy ustawy.

To także jakiś sposób na oszczędność, choć nie da się ukryć, że nie robi instytucji dobrego PR. Znajomy żurnalista irytuje się na Facebooku: „Miałem niewielką nadpłatę, ok. 120 zł, i jakoś nie udało mi się ich przekonać do uznania tego faktu. Ale niedopłatę dwudziestu paru złotych wyegzekwowali bez wahania”. Pod jego wpisem zaraz pojawiają się następne i następne. Hasło ZUS aktywizuje bardziej niż prośba o pomoc dla bezdomnego kundelka.

Inna znajoma zawiadamia, że kiedy będąc na samozatrudnieniu, odważyła się zajść w ciążę, ZUS przetrzepywał wszystkie dokumenty firmowe, starając się udowodnić, że jej wysokie zarobki przed ciążą były fikcją mającą na celu wyłudzenie świadczenia. – Miałam firmę od sześciu lat, a nie sześciu miesięcy, więc sobie poradziłam. Ale można poronić ze stresu – kwituje. Dostała świadczenie? Dostała. Ale oczywiście za małe.

>>> Czytaj też: ZUS idzie na wojnę z "lewymi" L4. Pomogą elektroniczne zwolnienia?

Arogancja, czyli to, co w oczy kłuje - o największych "grzechach" ZUS-u czytaj na następnej stronie