Od wielu już lat mówi się o spadku poziomu nauczania i spadku wartości dyplomu studiów wyższych. W raporcie „Mobilność społeczna i przestrzenna w kontekście wyborów edukacyjnych”, autorzy skupili się na niskiej mobilności polskich studentów. Według raportu, aż 85% studentów podejmuje naukę w szkole wyższej w tym samym województwie, gdzie ukończyło szkołę średnią. Oznacza to, że młodzi Polacy przemieszczają się na niewielkie odległości – od 40 do 90 km. Czyli idąc na studia nie kierują się renomą uczelni, ale raczej jej bliskością. Z brakiem mobilności studentów wiąże się również to, że większość studentów zarówno na początku (66%), jak i na końcu studiów (57%) mieszka z rodzicami lub innymi członkami rodziny. Te dane są alarmujące, ponieważ mobilność społeczna jest często silnie związana z mobilnością przestrzenną. Przeprowadzka do większego ośrodka to dla młodych, zdolnych osób pochodzących z terenów wiejskich często jedyna szansa na poprawienie swojej sytuacji zawodowej i społecznej (move out to move up).

Potrzeba stabilności

Ten brak mobilności wśród młodych ludzi ma bardzo wiele przyczyn. Głównym czynnikiem jest to, że jako Polacy nie jesteśmy chętni do przeprowadzek. Należymy do mało mobilnych narodów- prawie dwie trzecie z nas mieszka w miejscowości, z której pochodzi (CBOS). Jeżeli już się przeprowadzamy to zazwyczaj tylko przy okazji wyprowadzenia się od rodziców, ale i tak zazwyczaj są to migracje na niewielkie odległości- nie więcej niż 50 km od poprzedniego miejsca zamieszkania. Jeżeli już Polacy migrują dalej, to zazwyczaj są to wyjazdy poza granice kraju, co związane jest z kwestiami ekonomicznymi i chęcią poprawy warunków życiowych, co można zaobserwować na przykładzie ponad dwumilionowej emigracji. Rzadko kiedy Polacy decydują się emigrować z własnej woli, a częściej jest to związane z szeroko pojmowanymi problemami finansowymi.

Nasz brak mobilności widać szczególnie, przyglądając się rynkowi nieruchomości. Większość Polaków poszukuje własnego mieszkania, zazwyczaj zakupionego, dzięki kredytowi hipotetycznemu, który będą spłacać przez kilkadziesiąt lat. Własne mieszkanie wiąże się ze stabilnością i stałością zamieszkania. W Polsce praktycznie nie istnieje rynek najmu w stosunku do sytuacji w krajach Europy Zachodniej. Wynajem jest traktowany jako coś nieopłacalnego i bezsensownego, bo po co płacić, skoro można wziąć kredyt na mieszkanie. Jedynym wyjątkiem od reguły jest studiowanie w dużym mieście przez ludzi z małych miejscowości, kiedy jest konieczne, aby rodzice dali pieniądze dzieciom na wynajęcie mieszkania. Nie świadczy to jednak o tym, żeby rodzice bardzo doceniali zalety samodzielnego mieszkania, raczej chodzi o nieopłacalność codziennego dojeżdżania na uczelnię. To podejście dobrze obrazują rodzice dzieci z dużych miast, którzy traktują możliwą przeprowadzkę jako fanaberię. Uznają, że nie ma potrzeby płacić za mieszkanie kilkuset złotych, aby dziecko mieszkało samo kilka kilometrów od swojego domu. Rodzice nie dostrzegają wartości mieszkania samodzielnego, które uczy niezależności. Co gorsze młodzi ludzie również jej nie cenią, a przynajmniej nie na tyle, by pracować w celu zdobycia pieniędzy na wynajem mieszkania.

Po co się starać?

Kolejnym czynnikiem powodującym ograniczenie mobilności młodych ludzi jest niski poziom polskich uczelni. W szczególności chodzi tu o to, że brak w Polsce naprawdę renomowanych uniwersytetów (Najlepsze dwa: Uniwersytet Warszawski i Jagielloński są w czwartej setce listy szanghajskiej). Brak wyróżniających się uniwersytetów powoduje, że młodzi ludzie z dużych miast nie widzą potrzeby, by szukać uczelni w innych metropoliach, ponieważ różnica w poziomie jest niewielka, a trzeba dodatkowo płacić za życie. Bardzo dobrze takie podejście pokazuje wypowiedź jednego ze studentów, przytoczona w raporcie: „Nigdy nie myślałam poza obrębem Wrocławia. Ponieważ Wrocław to moje miasto, tutaj zawsze żyłam, więc wybierałam. Nawet nie myślałam o tym, żeby się gdzieś przeprowadzać. Tym bardziej, że miałam tutaj mieszkanie. Nie musiałabym za nie płacić, prawda? W związku z tym byłam na pewno tutaj, więc nie myślałam pod względem, tak, pod względem lokalizacji. Nie interesowało mnie to, że są jakieś inne szkoły”. Ten cytat można byłoby uznać za głos dzisiejszego pokolenia młodych ludzi z dużych miast. Pokazuje on szerszy problem, który polega na tym, że w Polsce nie traktuje się uczelni jako inwestycji, za którą warto zapłacić, ale jako coś danego, co trzeba „odbębnić”.

>>> Czytaj też: Języki skandynawskie to żyła złota

Z kolei mobilność ludzi z małych ośrodków hamuje rozbudowana sieć szkół prywatnych, które pojawiły się nawet w niewielkich miasteczkach. Taka dostępność „wyższego” wykształcenia powoduje, że młodzi ludzie nie mają ambicji, by spróbować swoich sił na studiach publicznych w największych polskich miastach. Większości poza tym nie chodzi o poziom nauczania, ale o „papier”, który uczelnia ma dać. Takie podejście jest zgodne z hipotezą tzw. screeningu, według której studenci przykładają większą wagę do uzyskania dyplomu niż do jakości uczelni, a nawet perspektyw zawodowych po jej zakończeniu. W takiej sytuacji wybór uczelni często wynika z chęci minimalizowania kosztów, na przykład związanych z opłatami za wynajem mieszkania, co kończy się studiowaniem w bliskiej odległości od domu rodzinnego.

Takiej minimalizacji kosztów jesteśmy uczeni od dzieciństwa. Przez całą swoja drogę edukacyjną, większość dzieci uczy się tylko po to żeby mieć spokój, żeby zaliczyć, żeby rodzice byli zadowoleni. To zachowanie absolutnie racjonalne, bo skoro większości młodzieży nie wierzy w sensowność uczenia się, to po co miałaby się starać. Z tego samego założenia wychodzą studenci, którzy widząc spadek wartości studiów, starają się zdobyć dyplom jak najmniejszym nakładem sił.

Oczywiście istnieje grupa młodych ludzi, którzy korzystają z wielu możliwości i wyjeżdżają studiować za granice (głównie dzięki programowi Erasmus), jednak można powiedzieć, że w każdym społeczeństwie istnieje pewna grupa, która jest otwarta na nowe wrażenia, kultury i ludzi. Istotne jest to, że takich ludzi jest bardzo mało i są oni na tyle energiczni, że sami poszukują takich możliwości. Problemem jest to, że w Polsce ludzie mają do czynienia z przeszkodami, które ograniczają ich perspektywy. Nie każdy musi chcieć podróżować po świecie, woląc zamiast tego żyć z bliskimi w miejscu, w którym się wychowali. Chodzi jednak o to, żeby człowiek miał wybór, a często jest tak, że młodzi ludzie nawet nie biorą pod uwagę zmiany miejsca zamieszkania, co znacznie ogranicza ich szanse w przyszłości.

Co słychać w Ameryce?

Zupełnie inne podejście do studiowania ma kultura anglosaska, w której studia mają nie tylko dać wiedzę, ale przede wszystkim, rozwinąć młodych ludzi jako osoby. Bardzo ważna w osiągnięciu tego celu jest tradycja wysyłania młodych ludzi na studia, często z dala od domu rodzinnego. Takie „oderwanie” od korzeni ma służyć rozwinięciu samodzielność wśród młodych ludzi, która jest tak ważna w krajach anglosaskich. Większość studentów amerykańskich spędza swój czas na studiach w kampusach, wśród innych studentów (W Polsce tylko około 10% mieszka w akademikach). Oprócz samodzielności taki model nauki powoduje, że łatwo nawiązywać znajomości, które zawiązywane są niekiedy na całe życie.

Jak dużą wagę przykłada się do więzi wytworzonych podczas studiów, widać szczególnie wśród lepszych uczelni, które publikują regularnie dzienniki z osiągnięciami swoich studentów i organizują zjazdy absolwentów.

W Polsce natomiast studia często są tylko pewnym dodatkiem do życia, które każdy prowadzi oddzielnie. Studenci rzadko utożsamiają się ze swoimi uczelniami, więc ciężko oczekiwać, że będzie istniała jakaś większa więź pomiędzy studentami. Na słabe więzi wpływa również to, że nasze uczelnie, przyjmują uczniów o bardzo zróżnicowanym poziomie. Od początku lat 90. liczba osób studiujących zwiększyła się pięciokrotnie, współczynnik skolaryzacji netto wzrósł z 9,8% do 40,2%, a liczba szkół wyższych wzrosłą ze 112 do 453 (GUS, 2013).

Taka powszechność studiowania, a także to, że uczelnie dostają pieniądze za każdego studenta spowodowała, że uczelnie rozrosły się do pokaźnych rozmiarów. Jednak ten wzrost został okupiony niższymi progami rekrutacyjnymi, co w konsekwencji spowodowało, że na studiach istnieje bardzo duży rozrzut pomiędzy studentami. Ciężko o tworzenie się więzi na studiach, gdy ludzie na tym samych kierunkach są często z różnych kręgów społecznych. Co ważniejsze, często dysponują zupełnie innym potencjałem intelektualnym.

>>>> Czytaj też: Na studia z łapanki. Więcej miejsc niż chętnych

Widoki na przyszłość

Mogłoby się wydawać, że zabrakło w tej analizie przyczyn niskiej mobilności polskich studentów rzeczy najważniejszej. Pieniędzy. Jednak wskazywanie pieniędzy jako głównego czynnika nie oddaje rzeczywistości. Oczywiście dla pewnych rodzin posłanie dziecka na studia może być niezwykle trudne, ale dla większości (patrząc na wskaźniki sekularyzacji) nie stanowi to większego problemu. Naturalnie pieniędzy zawsze jest za mało i można narzekać na wysokie ceny najmu mieszkań, i na za małe stypendia. Jednak nie są to główne problemy ograniczające mobilność młodych Polaków. Student zawsze może dorabiać, mieszkać w kilka osób, czy też otrzymywać stypendium socjalne, a także naukowe.

Największym problemem jest to, że mało kto traktuje studia na poważnie jako inwestycję w siebie, od której zależy przyszłość. Skoro młodzi ludzie nie wierzą w to, że studia mogą być dla nich trampoliną do lepszego życia, to nic dziwnego, że niespecjalnie chcą poświęcać pieniądze i wysiłek, aby wyjechać do lepszych uczelni.

Ta mała mobilność polskich studentów powoduje, że ciężko mówić, aby studia dawały możliwość awansu społecznego. Co więcej niski poziom studiów i mała mobilność razem tworzą pewnego rodzaju błędnego koło, które będzie miało negatywne skutki w przyszłości. Jednak oprócz kłopotów związanych z edukacją należy zwrócić uwagę, że młodzi ludzie w Polsce nie uczą się samodzielności. Co gorsze wielu ludzi nie uważa tego za problem i to właśnie jest największy problem.