Polityka prorodzinna to jeden z motywów kampanii wyborczych dwóch największych partii. „Wprowadzimy dodatkowe ułatwienia dla rodzin, które decydują się na wynajem mieszkania. Podniesiemy zasiłki rodzinne. Zwiększymy inwestycje w budowę nowych żłobków i ułatwimy organizację opieki dzieci do lat 3. Zaangażujemy pracodawców we wspólne tworzenie systemu wsparcia dla rodziców. Młodzi, którzy dziś myślą o założeniu rodziny, będą mieć pewność, że za 10 lat nadal będą mogli liczyć na wsparcie ze strony państwa” – przekonuje Platforma Obywatelska. Wtóruje jej Prawo i Sprawiedliwość, które w programie wylicza swoje obietnice: „Sieć szkolnych stołówek, medycyna szkolna, bezpłatne przedszkola, rodzicielstwo pod szczególną opieką państwa. Zerowa stawka VAT na ubranka dziecięce. Zwiększenie dostępu do świadczeń rodzinnych, powszechny dodatek rodzinny 4 proc. PKB na politykę prorodzinną”.

Politycy wiedzą, że na rodzinie można daleko zajechać, bo dziś to ona jest jedną z największych bolączek Polaków. Choć należymy do najbardziej rodzinnych narodów na świecie, jednocześnie jesteśmy wśród najszybciej wymierających.

W ostatnich latach nic nie oburzyło Polaków bardziej niż reforma obniżenia wieku szkolnego, którą od 2008 r. w bólach próbuje wprowadzić Platforma Obywatelska. Wokół, a właściwie na kontrze do sprawy, zawiązał się ruch, który pociągnął wielu rodziców i stał się poważnym problemem dla partii rządzącej. I choć jego przedstawiciele przynosili do Sejmu setki tysięcy podpisów pod postulatem referendum edukacyjnego w sprawie sześciolatków, ich głos został przez parlamentarzystów zignorowany. Reforma sześciolatkowa po prostu musiała wejść w życie. Myli się jednak ten, kto politykom przypisze troskę choćby o wiejskie dzieci (badania pokazują, że to im wyprawa do szkoły w wieku 6 lat może pomóc najbardziej). Jednym z najważniejszych motywów wprowadzenia sześciolatków do pierwszych klas było efektywne wydłużenie wieku pracy.

O co chodzi? Jeśli ktoś zacznie edukację rok wcześniej, rok wcześniej opuści mury szkoły. Czyli wejdzie na rynek pracy. To lekarstwo na starzenie się społeczeństwa. Według prognoz Eurostatu do 2060 r. liczba ludności naszego kraju skurczy się do 32,6 mln. Będzie nas więc aż o 6 mln mniej niż dzisiaj. Nasze społeczeństwo nie tylko zostanie poważnie przetrzebione, ale też się zestarzeje – grupa Polaków w wieku 65 i więcej lat zwiększy się w ogólnej liczbie ludności z ponad 13 proc. do 36 proc. Jeszcze raz: co trzeci mieszkaniec Polski będzie staruszkiem.

A to z kolei będzie miało poważne konsekwencje. Mniej dzieci w szkołach i młodzieży na studiach. Mniej dorosłych na rynku pracy. Więcej emerytów, którzy powinni otrzymywać godne świadczenia. Więcej pieniędzy wydawanych na służbę zdrowia. A więc i większe obciążenia dla tych, którzy pracują (albo konieczność zupełnej przebudowy systemu).
W czasie debaty o podniesieniu wieku emerytalnego jasno przedstawił to ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak (PSL). Zapytany o przyszłe świadczenia, odpowiedział dziennikarzom TVN: – Staram się zabezpieczyć swoją przyszłość przez oszczędności i przez dobre relacje z moimi dziećmi. To będzie pewniejsze niż te różne państwowe chimeryczne rozwiązania. Nie za bardzo wierzę w państwowe emerytury.

Można się zżymać, że sześciolatek musi usiąść w ławce z siedmioletnim kolegą. Albo że pracować będziemy do 67. roku życia. Ale w zasadzie sami sobie zgotowaliśmy ten los, budując model, który opiera się na zastępowalności pokoleń. Według demografów co roku nad Wisłą powinno przychodzić na świat 600–650 tys. dzieci. Tymczasem w tym roku urodzi się ich zaledwie 370–380 tys. Już za pokolenie na jednego emeryta przypadać będzie zaledwie dwóch pracujących, podczas gdy dziś jest ich czterech.

W żadnej innej kwestii indywidualne decyzje nie wpływają tak mocno na losy zbiorowości. Dlaczego więc nie decydujemy się na dzieci? Próbowaliśmy odpowiedzieć w ubiegłym roku, kiedy prowadziliśmy w DGP akcję „Bądź człowiekiem, miej dzieci”.

Za hasło dostaliśmy zresztą mocno po głowie od czytelników. „Kpina. Chrzanić akcje w stylu mieć dzieci!” – pisała nam pani Barbara. „Polecam sprawdzić np. w Warszawie, jakie są szanse na poród po ludzku. Jakie są szanse na dostanie się do szkoły rodzenia, mając inny meldunek? A później – jazdy bez trzymanki ciąg dalszy – żłobki i przedszkola dla tych dzieci, których tatuś ma grupę inwalidzką, a już najlepiej jak tatusia nie ma, bo jeśli ma, to zostaje żłobek lub przedszkole prywatne. To są kpiny. Tu nie ma w ogóle mowy o polityce prorodzinnej. Zresztą, w kraju, w którym jest kilkanaście procent bezrobotnych, państwu nie powinno zależeć i nie zależy na tym, żeby rodzili się nowi”.

Wtórowała pani Justyna: „Propagowanie wielodzietności w mediach poprzez kampanie, to jak »lajkowanie« na rzecz głodujących dzieci. Nic to nie da! Nikt nie lubi, kiedy mu się coś »wciera« w twarz na zasadzie indoktrynacji, kiedy widać, co się dzieje w tym kraju. Polityka prorodzinna oparta na propagandzie – dziękuję, postoję”. I pan Grzegorz: „Wyczyśćmy półki w sklepach, wprowadźmy godzinę policyjną. Na zdrowie, będzie się rodzić więcej dzieci”. W podobnym tonie napisało do nas jeszcze wielu czytelników.

Naszą akcję spotkał podobny los co kampanię społeczną przygotowaną przez fundację Mamy i Taty. Jej główną bohaterką była kobieta sukcesu, która skarżyła się, że zdążyła zrobić karierę, ale nie zdążyła urodzić dziecka. Sieć zalały wyśmiewające ją memy. Ale i to żadna nowość. Już dekadę temu wyśmiewano i oburzano się na inną kampanię społeczną promującą rodzicielstwo. W telewizji emitowano spoty, w których widać było rodzącą młodą kobietę. Po zakończonej akcji na jej brzuchu wylądowało jednak nie niemowlę, a odkurzacz. W kolejnej scenie ze szpitala wychodzili rodzice z telewizorem, który trzymali jak becik. Całość wieńczyło hasło: „Coraz częściej dzieci przegrywają z przedmiotami i karierą. Rodzi się nas mniej, niż umiera. A ty, co jeszcze musisz kupić, zanim zdecydujesz się na dziecko?”. Akcję, która miała wstrząsnąć umysłami pochłoniętych karierą młodych ludzi, wspierał Instytut Matki i Dziecka. W odpowiedzi środowiska feministyczne wystosowały do jej autorów list otwarty, w którym krytykowały: „Otrzymujemy połączenie ewidentnego braku rozpoznania zagadnienia i grupy docelowej, z populistyczną retoryką rządzących partii (wówczas PiS-LPR-Samoobrona – red.), którym wydaje się, że najbardziej skomplikowane problemy społeczne rozwiążą, wyszukując kolejnego kozła ofiarnego i strofując »niesubordynowane« społeczeństwo”. Następnie przerzucały odpowiedzialność na państwo, które powinno zadbać o dobrobyt wszystkich obywateli.

Nie ma to jak zagranicą

O obywateli polskich wybitnie dbają Wielka Brytania, Niemcy czy Norwegia. W ubiegłym roku zarejestrowano w Polsce 32 tys. dzieci urodzonych za granicą – wynika z danych GUS. To 8 proc. wszystkich nowo narodzonych Polaków. A dane te mogą być niepełne. Rodzice rejestrują dzieci, dopiero kiedy potomstwu trzeba na przykład wyrobić paszport. Janusz Kowalski wyliczył na łamach DGP, że prawdopodobne jest, iż już niemal co dziesiąte dziecko urodzone przez Polkę przyszło na świat w innym kraju. Tylko w Niemczech rodzi się 8 tys. małych Polaków rocznie. W Zjednoczonym Królestwie – ponad 11 tys.

I nic dziwnego. Za granicą już w 2011 r. było ponad 760 tys. kobiet w wieku rozrodczym. Jak twierdzą demografowie, na obczyźnie częściej decydują się na dziecko niż ich rówieśniczki w kraju, bo mają tam m.in. lepszy dostęp do żłobków i przedszkoli, lepszą pomoc socjalną i większe zasiłki z tytułu wychowania dzieci. Nasza demograficzna inwazja na Wyspy wzburza zresztą tamtejszą opinię publiczną. To między innymi Polacy przyczynili się do tego, że premier David Cameron chce obniżyć zasiłki i utrudnić dostęp do nich imigrantom. „Przyszedł czas, by spróbować zreformować systemy świadczeń społecznych w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem” – odgrażał się w czasie jednej z konferencji prasowych.

Polscy emigranci są takim obrotem sprawy oburzeni. – Nie chodzi nam o zasiłki, ale o to, że pracując w Wielkiej Brytanii, po prostu stać nas na dzieci. Podam przykład: u nas zarabia tylko mąż, pracuje na uczelni. Ja siedzę w domu z 2-letnią córką i 3-letnim synem. Mamy pieniądze, żeby wynająć skromny domek, wyjechać na wakacje, robić normalne zakupy. I jeszcze coś zostaje na koncie. Niewyobrażalne w kraju – mówi Joanna, która sześć lat temu wyjechała z mężem do Yorku. – My zatrudniamy nianię. Co prawda pochłania ona dokładnie tyle pieniędzy, ile ja zarabiam, ale przynajmniej rozwijam się zawodowo – dodaje mama 6-letniego Ignacego.

Emocje, które narastają wokół tematu rodzicielstwa, utrudniają nawet rzetelną ocenę intencji Polaków. Ankieterzy GUS chcieli w czasie ostatniego spisu powszechnego zapytać o plany prokreacyjne wszystkie Polki w wieku rozrodczym. Pytania dotyczące tej sfery wzbudziły jednak kontrowersje wśród samego zespołu. Finalnie uznano je za szczególnie wrażliwe i ustalono, że ankieterzy mają o plany na dzieci pytać, udzielenie odpowiedzi jednak nie będzie obowiązkowe. Udzielić odpowiedzi nie chciało aż 100 tys. kobiet w wieku 16–49 lat. Temat najbardziej drażliwy był dla pań między 20. a 29. rokiem życia – te nie odpowiadały nawet, czy w ogóle urodziły już dziecko.

Temat rozrodczości jest nieco wstydliwy. Jak pokazała Diagnoza Społeczna prowadzona przez zespół prof. Janusza Czapińskiego, całkiem spora jest w Polsce grupa tych, którzy deklarują, że w przyszłości mogą mieć dzieci, ale na razie jeszcze się nie zdecydują.

Na podstawie 21 kryteriów przyjętych w badaniu prof. Czapiński spróbował stworzyć charakterystykę tej „rezerwy demograficznej”. Czyli osób, które i chciałyby, i boją się. Okazało się, że 40 proc. tej grupy to osoby z wykształceniem wyższym i policealnym, a zaledwie 26 proc. – z podstawowym i zasadniczym zawodowym. Większość osób, które znalazły się na demograficznej ławce rezerwowych, to ci, których gospodarstwa domowe są najbardziej zamożne. Co ciekawe, to też ci, którzy już mają dzieci – najczęściej jedno.

Jak przyznawała w rozmowie z DGP dr Monika Mynarska, demograf z SGH, odkładanie decyzji o drugiej ciąży trudno jest racjonalnie wyjaśnić. – Czynniki, które są ważne przy pierwszym dziecku, to stabilizacja finansowa i zawodowa, trwały związek. Posiadanie jednego oznacza w większości przypadków, że te warunki zostały już spełnione. Co decyduje przy drugim? Te motywacje znamy zdecydowanie słabiej – tłumaczy.

– Obecnie w Polsce na decyzję o posiadaniu dzieci największy wpływ mają warunki materialne, ale nie w sensie obiektywnym, np. wysokość dochodu czy wielkość powierzchni mieszkalnej, lecz w sensie subiektywnym, rozbieżności z aspiracjami życiowymi – zauważył prof. Czapiński i podał przykład: – Kolejne dziecko przy obecnym dochodzie ograniczy możliwość realizowania celów, do których aspirujemy, a przy obecnej powierzchni mieszkania spowoduje zagęszczenie powyżej poziomu uznanego przez nas za dopuszczalny.
Jeśli profesor ma rację, to cięgi, które zebraliśmy za naszą dziecięcą akcję, jednak nie do końca są zasłużone, a emocje zaczynają stawać się zrozumiałe. Z pełną odpowiedzialnością można powtarzać za Zygmuntem Baumanem, że dzieci stały się kolejnym dobrem konsumpcyjnym, a ich posiadanie po prostu stoi w sprzeczności z logiką naszych czasów.
A to wyjątkowo niewygodne. Bo jeśli podejmujemy decyzję o nieposiadaniu dzieci, trzeba być gotowym także, by przyjąć za nią odpowiedzialność.

>>> Czytaj też: Stara, bezdzietna i gościnna. Unijna demografia przeraża socjologów