Czy dziś w Polsce istnieje cenzura? Nie instytucjonalna, rzecz jasna, ale taka, która wynika z nacisku instytucji państwowych, władz lokalnych?

Tak, istnieje taki typ cenzury, zdarzają się naciski na kuratorów i kierowników placówek kulturalnych. Bardzo trudno oszacować jednak skalę tego zjawiska, gdyż często odbywa się to w sposób zakulisowy, nieformalny, np. na telefon i nie wychodzi poza wąskie grono osób. Wynika to m.in. z tego, że nikt nie chce zostać napiętnowany jako cenzor, ale też nikt nie chce być oskarżony o słabość i uleganie naciskom. Na tego rodzaju szantaże szczególnie mocno narażone są ośrodki prowincjonalne, gdzie nie ma szerokiego grona odbiorców sztuki, środowiska inteligenckie są wątłe, nie ma wielu miejsc pracy w kulturze, budżety są małe, politycy zachowują się jak udzielni książęta oraz istnieją silne powiązania towarzyskie, w których biorą udział także lokalni dziennikarze, przez co kuleje kontrolna funkcja mediów.

Czy Polska jest pod względem cenzurowania sztuki wyjątkowa w Europie?

Jeśli chodzi o formalne gwarancje wolności artystycznej, to Polska nie odbiega od innych państw europejskich. Nasza konstytucja gwarantuje wolność wypowiedzi oraz twórczości artystycznej i dostępu do dóbr kultury, i są to zapisy porównywalne do tych obowiązujących w krajach UE. Mimo że w Polsce w ciągu ostatniego ćwierćwiecza kilkadziesiąt razy donoszono o popełnieniu przestępstwa w związku z rozpowszechnianiem dzieł sztuki, prokuratura wniosła bodajże trzy akty oskarżenia, były to sprawy Doroty Nieznalskiej, Krzysztofa Kuszeja oraz Adama Darskiego „Nergala”. Wszystkie zakończyły się prawomocnym uniewinnieniem artystów. Dla porównania znam przykłady nacisków polityków i – może nawet częściej – sponsorów na twórców i instytucje kultury także w państwach „starej” Unii, jestem również w stanie wskazać kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, wytoczonych tam procesów karnych przeciwko artystom w ciągu ostatnich kilku dekad, niektóre z nich kończyły się wyrokami skazującymi. Jednak trzeba pamiętać, że każdy kraj ma własną specyfikę, własne problemy i napięcia, które zmieniają się w czasie, dotyczy to także linii orzeczniczych. Co wyróżniałoby Polskę, to nie tyle sytuacja prawna, co częstotliwość i nasilenie medialnych kontrowersji dotyczących sztuki oraz – na szczęście zwykle nieudane – próby zastępowania krytyki artystycznej czy debaty społecznej pałką prawa karnego. W naszym kraju spór o dzieło sztuki często staje się sporem o wielkie narracje, o Polskę, Naród, Religię, Historię, Prawdę, a w takich sytuacjach sama sztuka, jej specyfika, sposoby działania i kody interpretacyjne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Wiele doniesień do prokuratury jest składanych na dzieła, które obrażają uczucia religijne. Czy w innych krajach istnieją podobne regulacje prawne?

Tak, istnieją. Tego typu regulacje można podzielić co do zasady na trzy kategorie. Po pierwsze, przestępstwo bluźnierstwa, a więc znieważenia Osoby Boskiej; po drugie, obraza uczuć religijnych lub doktryny religijnej, a więc pooświeceniowy wariant bluźnierstwa, w którym nie chroni się już Boga samego, ale dobra osobiste jednostki; po trzecie, przestępstwo wzywania do dyskryminacji lub nienawiści na tle religijnym, gdzie przedmiotem ochrony są nie tyle dobra osobiste, co porządek i pokój społeczny. Wśród sygnatariuszy Europejskiej konwencji praw człowieka niemal wszystkie państwa, w tym Polska, wprowadziły przynajmniej ostatni typ regulacji. Ponadto ochronę uczuć religijnych (odpowiednik polskiego art. 196 k.k.) lub ochronę doktryny religijnej przewidują m.in. ustawodawstwa Niemiec, Grecji, Islandii, Włoch, Holandii, Hiszpanii, Szwajcarii, a bluźnierstwo jest penalizowane (przynajmniej oficjalnie, bo w niektórych krajach przepisy te stały się martwe) np. w Austrii, Danii, Grecji, Irlandii, Holandii czy we Włoszech. W Anglii zapisy o bluźnierstwie, chroniące zresztą wyłącznie religię chrześcijańską, zostały derogowane dopiero kilka lat temu.

>>> Czytaj też: Polskie gminy oszczędzają na kulturze. To ostatnia pozycja samorządowych budżetów

Jak w ogóle można zmierzyć obrazę uczuć religijnych – nawet jeśli jedna czy sto osób poczuje się obrażonych, to nie dotyczy to wszystkich odbiorców danego dzieła.

Nie da się tego w sposób jednoznaczny zrobić, choć doktryna i judykatura w odniesieniu do polskiego art. 196 k.k. starają się wprowadzić różnego typu abstrakcyjne kryteria oceny, np. przeciętny obywatel o przeciętnej wrażliwości, albo tzw. dominujące oceny społeczne. Ale pamiętajmy też, że samo odczucie urażenia nie wystarczy do skazania, muszą jeszcze zostać wypełnione pozostałe znamiona przedmiotowe i znamiona podmiotowe czynu zabronionego, należy wykazać winę oskarżonego oraz to, czy jego czyn był społecznie szkodliwy w stopniu wyższym niż znikomy. Nieostrość art. 196 k.k. skłania niektórych prawników do podważania jego konstytucjonalności. O tym, czy mają rację, dowiemy się na dniach, gdy Trybunał Konstytucyjny rozpatrzy skargę konstytucyjną Dody, która w 2012 r. na podstawie tego przepisu została skazana prawomocnym wyrokiem sądu (TK uznał, że sankcje karne za znieważanie uczuć religijnych nie naruszają konstytucyjnej wolności słowa – red.). Wraz ze współautorką pierwszego tomu książki o cenzurze w sztuce dr Anną Demenko uważamy, że przepis ten powinien zostać znowelizowany, tak by doprecyzować i jednocześnie zawęzić jego stosowanie.

Jak wygląda sytuacja twórców w ostatnich latach w porównaniu z latami 90.? Z tamtego okresu mamy w głowie głośne procesy i skandale: „Pasja” Doroty Nieznalskiej, prace Katarzyny Kozyry, „Naziści” Piotra Uklańskiego, film „Ksiądz”. Teraz podobnych kontrowersji jest chyba coraz więcej.

W moim przekonaniu sytuacja jest zarazem i lepsza, i gorsza jednocześnie. Lepsza, gdyż sądy powszechne, a nawet prokuratura, zdają się lepiej rozumieć skomplikowanie i specyfikę artystycznego języka. Środowiska artystyczne okrzepły, pojawiły się oddolne organizacje dbające o interesy twórców, jak np. Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, ujawniły się również siły społeczne i polityczne o lewicowym charakterze, zdolne do udzielenia artystom wsparcia. Popatrzmy, co się stało po odwołaniu spektaklu „Golgota Picnic”: decyzja dyrektora festiwalu Malta spotkała się z szerokim potępieniem, niemal buntem części społeczeństwa, prewencyjna cenzura przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Z drugiej strony sytuacja jest gorsza, bo samoświadomość zyskali również decydenci – potencjalni cenzorzy, którzy działają dyskretniej, na wczesnych etapach organizacji wydarzeń. Co więcej, zwiększają się dwa typy napięć. Obecnie napięcia ideologiczne w Polsce sięgają zenitu, co nigdy nie służy swobodzie sztuki, gdyż szybko staje się ona jednym z pól bitewnych kulturowej i politycznej wojny. Coraz mocniej narasta również presja rynku. By zdobyć fundusze, trzeba się wpisać w wymagania grantodawców lub sponsorów, którzy raczej niechętnie wspomagają odważną i kontrowersyjną twórczość. Dodatkowo w polskim konserwatywnym społeczeństwie, gdzie rynek sztuki jest płytszy niż Wisła w czasie suszy, niechętnie inwestuje się w sztukę awangardową. Takie sytuacje zawsze – świadomie lub nieświadomie – będą pchać twórców w objęcia konformizmu.

Te kontrowersje często są podkręcane przez media, bo to się dobrze sprzedaje.

Z moich badań wynika, że rola mediów jest z reguły negatywna, co wynika oczywiście ze specyficznej konstrukcji pola dziennikarskiego. Współcześnie rolą mediów nie jest informowanie, tylko zarabianie pieniędzy. Te ostatnie pojawiają się dzięki reklamom, które są tym droższe, im więcej jest odbiorców, a odbiorców jest tym więcej, im bardziej sensacyjny jest materiał. Ilu czytelników przyciągnie pan rzetelną, poważną analizą dzieła sztuki, a ilu krzyczącym nagłówkiem o skandalizującym artyście? Opinia biegłej medioznawczyni w procesie Doroty Nieznalskiej jednoznacznie wskazywała, że materiał nadany przez telewizję TVN, który stał się początkiem ogólnopolskiego skandalu, był bardzo nierzetelny, nieobiektywny i nakierowany na sprowokowanie gwałtownych reakcji u widzów.

Czy w związku z tym próby cenzurowania sztuki nie pojawiają się częściej, gdy mamy do czynienia z głośną wystawą, dużym festiwalem, zaś mniejsze – lub mniej zauważane przez media – wydarzenia przechodzą bez większego echa?

Chyba nie występuje taka zależność. Jak już wspominałem, w małych ośrodkach czy w czasie małych imprez często jest łatwiej bez konsekwencji ingerować w przekaz artystyczny, co nie znaczy oczywiście, że imprezy spektakularne nie pozostają łakomym kąskiem dla populistycznie nastawionych polityków.

>>> Czytaj też: Rewolucja fonograficzna ostatnich 15 lat, czyli jak muzyka stała się darmowa

Na ile takie próby cenzurowania sztuki wynikają z braku wykształcenia kulturalnego? Wielu ludzi atakujących kontrowersyjne dzieła bardzo często tych dzieł nie rozumie, nie rozumie też funkcji, jaką sztuka pełni w społeczeństwie.

Brak wiedzy i przygotowania jest problemem, ale mam wrażenie, że nieusuwalnym nie tylko w skali Polski, ale także świata. Zgadzam się z socjologiem Pierrem Bourdieu, że problem ów należy wiązać z dystrybucją kapitału kulturowego, szkolnego, rodzinnego i last but not least ekonomicznego. Trudno wyobrazić sobie społeczeństwa, w których, dajmy na to, połowa ludzi uczestniczy w awangardowych wydarzeniach kulturalnych. Obieg i fachowa recepcja tego rodzaju komunikatów zawsze będą bardzo ograniczone, chyba że zmienimy podstawy gospodarczo-kulturowe naszych społeczeństw, ale wtedy zapewne zmieniłby się też sens takich pojęć jak awangarda czy kultura wysoka. Natomiast problemem Polski są specyficzne emocje, jakie łączy się z przekazem symbolicznym i polityką. Ich przyczyny mają historyczne podłoże: brak oświeceniowej tradycji, poczucie dziejowej krzywdy wymieszane z niespełnionymi ambicjami i mrzonkami o dziejowych misjach; wreszcie wieki zniewolenia, które narzucały polskiej kulturze zachowawczy, a nie krytyczny rys – jak kontestować podstawy naszego myślenia i funkcjonowania, gdy trzeba walczyć z zaborcami, hitlerowcami, Sowietami, komunistami? Ważną rolę w przetrwaniu odgrywał oczywiście Kościół katolicki. Konsekwencje tych zjawisk odczuwamy dzisiaj.

W książce „Cenzura w sztuce polskiej po 1989 roku” zamieścił pan kalendarium skutecznych i nieskutecznych prób cenzurowania sztuki. Doprowadził je pan do 2010 r. – od tamtej pory pojawiło się wiele kolejnych przykładów: choćby odwołanie spektaklu „Golgota Picnic” na poznańskiej Malcie, ataki na uczestników zbiorowego czytania tego tekstu, wstrzymanie premiery nowej książki Michała Witkowskiego po skandalu, jaki pisarz wywołał swoim strojem (ostatecznie powieść ukaże się pod koniec października), wreszcie całkiem świeże odwołanie spektaklu Karola Tymińskiego w czasie festiwalu Ciało/Umysł. Mieliśmy skandale w Starym Teatrze w Krakowie, potężną dyskusję po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”, po której część – zwłaszcza prawicowych – publicystów dowodziła, że poniekąd francuskim satyrykom się należało. Czy któreś z tych przypadków wydają się panu symptomatyczne lub szczególnie niebezpieczne?

Nie sposób przejść obojętnie obok tego, co stało się w Paryżu, a debata po całym zajściu może budzić niepokój, potwierdzając poziom ideologicznego ekstremizmu. Spór, choćby ocierający się o chamstwo, zostaje zamieniony w mord – to niedopuszczalne i należy to w jednoznaczny sposób potępić, nie zostawiając miejsca na jakieś wątpliwości i próby wyważania racji. Jednak za szczególnie istotne uznałbym wydarzenia związane z „Golgotą Picnic”. Jak już wspominałem, paradoksalnie ważniejsze niż samo odwołanie spektaklu było to, co stało się później – znaczna część społeczeństwa zbuntowała się przeciwko polityczno-ideologicznym interwencjom w wolność sztuki, a zwykle chaotyczne i nikłe protesty osób wspierających artystów zyskały niespotykaną w Polsce skalę oraz stopień zinstytucjonalizowania. Podczas gdy przed kilkunastu laty kontrowersyjne dzieła były natychmiast wycofywane z obiegu, a np. w sporadycznych manifestacjach poparcia dla Doroty Nieznalskiej brało udział kilka osób, dzisiaj społeczeństwo i środowiska twórcze nie wystraszyły się gróźb, protestów i możliwych problemów z prokuraturą. Ludziom chciało się w sposób stanowczy, ale pokojowy powiedzieć: „Stop! – to my będziemy decydować, co chcemy oglądać w teatrach, kinach, galeriach”. To pokazuje, jak zmienia się polskie społeczeństwo, i daje nadzieję na przyszłość.

Część intelektualistów postuluje wpisanie prawa do kultury do Karty praw podstawowych. Oznaczałoby to przede wszystkim zapewnienie dostępu każdego człowieka do dóbr kulturalnych. Czy cenzura – najczęściej prewencyjna, jak odwołanie spektaklu „Golgota Picnic” – nie ograniczałaby takiego dostępu? Czy byłaby to podstawa do wytoczenia procesu osobom lub instytucjom odpowiedzialnym np. za odwołanie premiery spektaklu?

Obecnie polska konstytucja w art. 73 gwarantuje każdemu dostęp do dóbr kultury, ale nie wynikają z tego zapisu żadne pozytywne obowiązki dla państwa, przepis ten traktowany jest tylko jako ogólna reguła interpretacyjna. Z kolei doktryna prawa i orzecznictwo z dystansem podchodzą do tzw. horyzontalnego działania praw i wolności człowieka, zatem do powstania praw podmiotowych po stronie jednostki, a więc i możliwości sformułowania roszczenia wobec organów państwa, konieczne jest naruszenie konkretnych przepisów ustawy. Ocenzurowanie „Golgoty Picnic” formalnie nie naruszało żadnej z ustaw, po prostu dyrektor festiwalu Malta odwołał przedstawienie i miał do tego prawo. Oficjalnym powodem były obawy przed zamieszkami, w rzeczywistości chodziło oczywiście o naciski polityczne, głównie na szczeblu lokalnym i ze strony Kościoła oraz finansowy oportunizm organizatorów festiwalu – ale to są kwestie pozajurydyczne. W takich sytuacjach narzędzia prawne pozostają raczej bezużyteczne, a kluczowym staje się społeczny aktywizm. Należy dać do zrozumienia politykom, że tego rodzaju gierki zmniejszają ich szanse w wyborach. I rzeczywiście, uległość wobec Kościoła katolickiego ówczesnego prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego stała się jednym z powodów jego sromotnej porażki w wyborach samorządowych w 2014 r.

Czy jesteśmy w stanie określić obyczajowe granice tego, co można w sztuce? Zwłaszcza że one cały czas się przesuwają w stronę ekstremalną. W kinie za przykład mogą posłużyć filmy „Love” Gaspara Noégo czy „Nimfomanka” Larsa von Triera. A tymczasem to, co kiedyś było uważane za niemoralne – jak „Pani Bovary” czy „Święto wiosny” – dziś jest szacowną klasyką.

Dopóki nie możemy określić ich w życiu (a nie możemy, gdyż nawet w średnim okresie dynamicznie fluktuują), nie jesteśmy w stanie tego również zrobić w sztuce. Zresztą jestem przeciwny deterministycznemu postrzeganiu dziejów jako pochodu ku większej wolności. Nieustannie zmieniają się relacje władzy i poziomy jej oddziaływania, często nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy jesteśmy manipulowani, nadzorowani, kiedy nasza świadomość, nasze myśli, stają się niewolnikami różnych pewników i nieuświadamianych wykluczeń.

>>> Czytaj też: 10 państw z najgorszą cenzurą na świecie: Erytrea, Białoruś i Iran w czołówce

Dr Jakub Dąbrowski

absolwent Wydziału Prawa i Administracji oraz Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Współautor (z Anną Demenko) książki „Cenzura w sztuce polskiej po 1989 roku” (wyd. Fundacja Kultura Miejsca). Jego esej znalazł się również w wydanej właśnie książce „Piknik Golgota Polska. Sztuka – religia – demokracja” (Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego oraz Krytyka Polityczna)