Choć plan reform fińskiej gospodarki przedstawiony przez premiera Juha Sipila został z zadowoleniem przyjęty przez agencje ratingowe i ekonomistów, jego powolne wdrażanie zaczyna niepokoić fiński biznes.

„Rząd jest niezdecydowany w swoich reformach. Coraz więcej małych i średnich przedsiębiorstw zapowiada, że będą zamrażać inwestycje, ponieważ nie są w stanie przewidzieć, jaki wpływ na koszty pracy będą mieć zapowiadane zmiany” – mówi Juhana Brotherus, ekonomista Hypo w Helsinkach.

Premier Juha Szpila, milioner, który dorobił się fortuny w branży IT, i minister finansów Alexander Stubb deklarują, że ich nadrzędnym celem jest zwiększenie konkurencyjności gospodarki Finlandii. Chcą więc przekonać Finów, że muszą zacząć pracować i produkować więcej za te same pensje. Nie trzeba chyba dodawać, że postulaty te nie zyskały aprobaty wśród społeczeństwa. Związki zawodowe nie zgadzają się na plan redukcji wynagrodzeń o 5 proc. do 2019 roku. W połowie września w Finlandii zorganizowano ogólnokrajowy strajk związkowców. Kraj opanował paraliż komunikacyjny – nie kursowały pociągi i komunikacja miejska, linie lotnicze ograniczały loty, a poczta nie dostarczała przesyłek.

>>> Czytaj też: Prawa najdłuższego cyklu gospodarczego. Wkrótce czeka nas kolejny globalny kryzys?

Ograniczenie płac to nie jedyny punkt programu reform, który rozwścieczył pracowników. Fiński rząd chce też zlikwidować wiele dni wolnych od pracy, za które należy się wynagrodzenie - w tym święto Trzech Króli. Wśród krytykowanych propozycji są też krótsze urlopy pracowników budżetówki, redukcja wynagrodzeń za nadgodziny czy zmniejszenie dodatków socjalnych.

Spór o to, w jaki sposób podnieść efektywność pracy sprawia, że rząd ma trudności z wcielenie w życie zaproponowanych reform. Jak na razie uzgodniono tylko symboliczne zmiany – m.in. plan ograniczania zarobków przedstawicieli rządu.

Gospodarka Finlandii kurczy się już od trzech lat z rzędu. Według szacunków ministra Alexandra Stubba, w 2015 roku także nie uda jej się wyjść nad kreskę. Sam Stubb nazwał swój kraj „chorym człowiekiem Europy”. Kolejny rok recesji prognozuje też agencja Moody’s. W październiku zeszłego roku Standard & Poor’s odebrał Finlandii najwyższy możliwy rating AAA. Pozostałe agencje – Fitach i Moody’s – wciąż jeszcze utrzymują maksymalną notę, jednak jej perspektywa jest negatywna. Głównym problemem nie jest jednak wysoki poziom długu publicznego, który w tym roku może przekroczyć 60 proc. PKB, ale niezdolność rządu do ożywienia gospodarki.

„Najbliższe wyzwania dla Finlandii nie są związane z rosnącym poziomem zadłużenia sektora publicznego, ale z brakiem wzrostu gospodarczego. Cele rządu są słuszne, bo chce zwiększyć konkurencyjność i ożywić eksport. Pojawiają się też niewielkie pozytywne oznaki poprawy sytuacji. Jednak nastroje panujące w przemyśle i biznesie pokazują, że nie powinniśmy się spodziewać szybkiego odbicia gospodarczego” – uważa Juhana Brotherus z Hypo.