Łącznie z prywatnych i publicznych pieniędzy wydajemy na edukację 4,8 proc. PKB. Dla porównania: Norwegia przeznacza na nią 6,5 proc. dochodu narodowego, Wielka Brytania – 6,2 proc., a Portugalia – 5,9 proc. Mimo to uczniowie z każdego z tych krajów przegrywają z Polakami w wynikach międzynarodowych badań umiejętności uczniów – wynika z najnowszego raportu OECD „Education at Glance 2015”. To opracowanie, które porównuje kondycję systemów edukacyjnych z 34 krajów należących do organizacji.

W raporcie wyraźnie widać, że kryzys finansowy odbił się na polskiej edukacji – wydatki zmniejszyły się od 2010 r. o 5 proc. To w Europie nie jest wyjątek. Najwięcej stracił estoński system edukacji – tam wydatki stanowią jedynie 85 proc. tych sprzed pięciu lat. Żadnych zmian nie było natomiast ani w Finlandii, ani w Belgii.

Jak przeliczyli eksperci OECD, ponad 20 proc. wydatków Polski na edukację wyższą to pieniądze, które dokładamy z własnej kieszeni. To niewiele w porównaniu np. z Portugalią, gdzie blisko połowa wydatków na studia to prywatne pieniądze, czy Włochami, gdzie stanowią one ponad 30 proc.

>>> Czytaj też: Polska ma problem: jesteśmy cyfrowymi półanalfabetami. To bariera rozwojowa kolejnej dekady

„Coraz więcej polityków oświatowych przekonuje, że studenci powinni pokryć koszty swojej edukacji przynajmniej częściowo” – piszą autorzy raportu. Są jednak kraje, które nie ulegają temu trendowi – w Danii, Finlandii czy Austrii całe szkolnictwo jest finansowane z publicznych pieniędzy. Darmowe z punktu widzenia rodziców są także wcześniejsze etapy szkolnictwa. W Polsce natomiast również w przypadku szkół podstawowych, gimnazjów i liceów z roku na rok zwiększa się ilość wydawanych na nie prywatnych pieniędzy. Bezpośrednio z kieszeni rodziców wydawana jest co dziesiąta złotówka przeznaczona na edukację.

Inwestycje w edukację przyniosły jednak rezultaty. Dane OECD pokazują, że młodzi Polacy są coraz lepiej wykształceni. Jeszcze w 2000 r. w grupie 25–34-latków aż 11 proc. miało wykształcenie podstawowe. Dziś to jedynie 6 proc. To jeden z najlepszych wyników w całej wspólnocie, na podobnym poziomie znajdują się jedynie Czechy i Słowacja. Dla porównania – we Francji 15 proc. to osoby z najniższym poziomem wykształcenia, w Wielkiej Brytanii – 14 proc., a na Węgrzech – 13 proc. Eksperci nie mają wątpliwości, że to zasługa gimnazjów, o które dziś toczy się gorąca dyskusja. PiS w programie wyborczym zapowiedział ich likwidację.

Gimnazja nie są wolne od mankamentów, ale dobrze spełniają swoją rolę, wyrównując szanse edukacyjne uczniów – przekonuje prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Sławomir Broniarz zwraca uwagę, że zniesienie tego poziomu szkolnictwa będzie dla uczniów poważną stratą. – Zostanie skrócony obowiązek szkolny z dziewięciu do ośmiu lat.

Jak pokazuje raport, dziś uczeń spędza w szkole tyle lat, co jego kolega w Finlandii, Szwecji, Czechach czy Niemczech. Krócej uczą się Austriacy, Belgowie i Włosi. Oni jednak są za Polską w wynikach międzynarodowych badań umiejętności uczniów PISA. Choć jest i ciekawostka – w ciągu dziewięciu lat polski czy fiński uczeń spędza w szkole tylko ok. 6 tys. godzin. Holenderski czy irlandzki – ponad 8 tys.

Sukces Polski w tym badaniu został zresztą dostrzeżony przez międzynarodowych ekspertów. Amanda Ripley, amerykańska badaczka systemów oświatowych, przyjechała do Polski, pracując nad książką „Najmądrzejsze dzieci na Ziemi”. Chciała zrozumieć, jak to się dzieje, że USA wyprzedza w rankingu PISA kraj, który na edukację wydaje ponad dwukrotnie mniej. Jak tłumaczyła w rozmowie z DGP, okazało się, że sukces przyniosła nam reforma Handkego, dzięki której podciągnęli się właśnie najgorsi do tej pory uczniowie.

Łącznie w przeliczeniu na ucznia przeznacza się w Polsce ok. 7 tys. dol. Wśród państw europejskich mniejszą kwotę wydają tylko Czesi, Estończycy, Słowacy i Węgrzy. Rekordzistą jest Luksemburg, który wydaje ponad 20 tys. dol. w przeliczeniu na ucznia rocznie. Stany Zjednoczone przeznaczają na ucznia 15 tys. dol.

>>> Czytaj też: Prawda o edukacji w Polsce. Studia wybieramy na chybił, nie trafił

Jak pokazuje raport OECD, wciąż rośnie w Polsce liczba osób z wykształceniem wyższym – ich odsetek w grupie młodych dorosłych wzrósł z 14 proc. w 2000 do 43 proc. w roku 2014. Jesteśmy pod tym względem jednym z liderów. I nic dziwnego, choć dyplom wyższej uczelni ma w Polsce coraz gorszą prasę, dane OECD pokazują, że w Polsce wciąż opłaca się sięgać po edukację wyższą. Eksperci przeliczyli, że osoby z wyższym wykształceniem zarabiają o 71 proc. więcej niż ci, którzy dyplomem nie mogą się wylegitymować. I choć, jak pokazała Diagnoza Społeczna 2015, z roku na rok jego wartość spada, choćby w Szwecji różnica między zarobkami bez studiów i po nich wynosi 25 proc.

– Z dyplomem wciąż są większe szanse na pracę niż bez dyplomu. Zresztą studenci słabych kierunków i uczelni na ogół nie studiują, żeby zdobyć wiedzę, ale właśnie – dyplom – uważa prof. Ireneusz Białecki, socjolog edukacji z UW.

Niepokoić może zaś liczba tzw. NEET’s, czyli tych osób, które nie pracują, nie studiują ani nie pozostają w edukacji. Eksperci z OECD oszacowali, że w grupie 20–24-latków jest ich ok. 20 proc. Jeszcze w 2008 r. było ich około 10 proc. Polski wynik jest nieco powyżej średniej, ale pod względem tego wskaźnika jesteśmy wśród najgorszych krajów Unii. Więcej NEET’s jest na południu Europy w Grecji, we Włoszech, w Hiszpanii – ok. 40 proc., oraz na Węgrzech i w Irlandii.

>>> Polecamy: Edukacja w Azji i Finlandii. W czym tkwi sukces najlepszych systemów edukacji na świecie?