„Szanowna szkoło, moja córka chodzi do III klasy. Od listopada częstym gościem w naszym domu stała się jej koleżanka z klasy. Nie pisałabym o tym, gdyby nie to, że dziecko zawsze od wejścia pyta cichutko, czy może dostać coś do jedzenia i zawsze prosi nieśmiało, czy może zabrać ze sobą coś na wynos do domu. Pierwszy raz zetknęłam się z taką sytuacją, nie wiem, jak postąpić”. Taki list do 1200 szkół wysłali analitycy z instytutu badawczego GRAPE (Group for Research in Applied Economics). I prosili o radę, jak zorganizować dziecku i jego rodzeństwu dożywianie. Połowa dyrektorów szkół nie odpowiedziała. A odpowiedzi, które przyszły, były niekompletne – tylko 40 proc. zawierało zainteresowanie problemem i prośbę o kontakt ze szkołą. Co trzecia zwracała uwagę na konieczność szybkiego reagowania. W 1/6 podano częściowe informacje o możliwościach, którymi dysponuje szkoła. Ledwie co dziesiąta zawierała dane kontaktowe do osób, które mogłyby pomóc.

Jak zauważa prof. Joanna Tyrowicz, ekonomistka i jedna z założycielek GRAPE, na dożywianie wydajemy rocznie co najmniej 800 mln zł, jedna trzecia beneficjentów rządowego programu to dzieci. Choć objęte jest nim ok. 13 proc. dzieci, na ten cel wciąż muszą zbierać pieniądze organizacje pozarządowe. Zespół analityków pod przewodnictwem Tyrowicz oszacował, że aby poradzić sobie z problemem, nie trzeba dosypywać do systemu dużo więcej pieniędzy. Wystarczyłoby dobrze wykorzystywać te, które w nim są. Potrzebnych jest 10–15 proc. środków więcej.

>>> Czytaj też: Żywność tania, jak nigdy, a 800 mln osób na świecie wciąż głoduje

Skąd ta kalkulacja? To kwota oszacowana na podstawie rozmów z dyrektorami i przedstawicielami organizacji pozarządowych. – Rzeczywistej skali niedożywienia nikt nie zna, bo nikt jej nie diagnozuje. Z danych dotyczących sytuacji ekonomicznej, które publikuje GUS, wynika, że ponad 10 proc. dzieci żyje w skrajnym ubóstwie – tłumaczy Magdalena Szymczak, która w ramach Polskiej Akcji Humanitarnej zajmuje się programem „Pajacyk”. To niekoniecznie jednak przekłada się na odsetek dzieci niedożywionych. Tych może być znacznie więcej. Aby zostać objętym państwowym programem dożywiania, trzeba łapać się na kryterium dochodowe – na członka rodziny dochód nie może przekraczać 771 zł. W gospodarstwie nie może być też więcej niż 2,67 ha gruntów na osobę. Kryterium jest bardzo niskie – jeśli samotna matka zarabia 1600 zł, jej dziecko nie może być objęte dożywianiem. – Program „Pajacyk” jest adresowany do tych dzieci, które się nie łapią – wyjaśnia działaczka.

„Pajacyk” obejmuje dożywianiem 1722 dzieci zgłoszonych przez dyrektorów i kolejnych 200 wyłuskanych przez lokalne organizacje pozarządowe. Składane zapotrzebowanie było w tym roku ponaddwukrotnie wyższe. To jedna z poszlak, na podstawie których można by szacować wielkość systemowej luki.

Jakie błędy GRAPE widzi w obecnym systemie? Poza kryterium dochodowym, nieprecyzyjne normy dotyczące jakości posiłków, przerwy w dożywianiu w czasie świąt i wakacji. Wydawanie obiadów w większości związane jest ze szkołą, w czasie wolnym dzieci muszą radzić sobie same.

Poprawki można było przeprowadzić już dwa lata temu, kiedy MPiPS przedstawiało rządowy projekt „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”. Zdaniem analityków GRAPE dokument nie tylko nie pomógł rozwiązać problemów, które pojawiły się przy pierwszej edycji, ale też pogłębił niektóre patologie. Nie wymaga już od szkół, by podawały dzieciom ciepły posiłek. Efekt? Zamiast obiadu w szkole dzieci dostawały drożdżówkę. Taka praktyka była jednym z głównych problemów, na które w czasie kontroli wykonania programu zwracała uwagę NIK.

Pół miliona dzieci nie dojada, bo ich rodziców nie stać na to, by „zapewnić im przynajmniej w co drugi dzień posiłek z mięsa, drobiu, ryby lub odpowiednika wegetariańskiego” – wynika z opisywanejgo przez RMF FM raportu GUS.

Według prof. Tyrowicz, aby rozwiązać sprawę, należałoby, jak w Finlandii, objąć żywieniem w szkole wszystkie dzieci. Doraźnie mogą sobie z nim jednak poradzić same gminy – wystarczy, by przyjęły programy osłonowe z wyższym kryterium dochodowym, tak by objąć wszystkie potrzebujące dzieci. ©?

Znane przyczyny i opłakane skutki

Niedożywienie to dostarczanie organizmowi zbyt małej ilości substancji odżywczych w stosunku do potrzeb. Nie musi od razu oznaczać, że osoba cierpiąca z tego powodu odczuwa głód. Co więcej, niedożywienie może być też związane z otyłością – jeśli dziecko je żywność niskiej jakości, wysoko przetworzoną, która zawiera dużo cukrów prostych, a mało białka i witamin. Niedożywienie jest najgroźniejsze, kiedy organizm jeszcze się rozwija. Prowadzi do zaburzeń rozwoju układu nerwowego, pogorszenia stanu uzębienia, obniżenia koncentracji. Niedożywienie ma także konsekwencje psychologiczne – towarzyszy mu niska samoocena, wstyd, poczucie wykluczenia. Dzieci wolniej się rozwijają, tracą chęć do nauki i zabawy, przez co utrudnione są ich kontakty z rówieśnikami. Głód osłabia je i naraża na choroby. Niedożywienie w dalszej perspektywie pozbawia dziecko szans na rozwój, dalszą naukę i dobrą karierę zawodową. Przyczynia się więc do replikowania biedy.

Aby dziecko zostało objęte dożywianiem, jego rodzice powinni złożyć do ośrodka pomocy społecznej wniosek o uwzględnienie go w programie oraz dokumenty zaświadczające, że spełniają kryterium dochodowe. Pracownik OPS musi przeprowadzić wywiad środowiskowy. To na jego podstawie wydawana jest decyzja o przyznaniu dożywiania. Skomplikowana procedura dla wielu rodzin jest barierą w przystąpieniu do programu.

Z danych MPiPS dotyczących realizacji programu dożywiania w szkołach wynika, że średnio rocznie 5 proc. uczniów dostaje w ramach programu mleko i bułkę lub kanapkę. 40 proc. jedno danie gorące, 48 proc. – pełen obiad, a tylko 7 proc. – całodzienne wyżywienie.

>>> Czytaj też: Pokaż mi ubogą osobę, a powiem ci, w jakim kraju jesteśmy. Biedak biedakowi nierówny