Z jednej strony niektórzy członkowie PiS chętnie odwołują się do antyniemieckiej retoryki, z drugiej – niemieccy politycy i media należą do tych, którzy najostrzej – na dodatek często w sposób nieuzasadniony i przesadzony – krytykują działania polskiego rządu.

Jedną z przyczyn tej krytyki jest obawa, iż działania te uderzą w niemieckie interesy gospodarcze. Te podejrzenia nie są nieuzasadnione – na Węgrzech, które pod wieloma względami są inspiracją dla polityków PiS, specjalne podatki kryzysowe były tak skrojone, aby to nie społeczeństwo, lecz przede wszystkim wielkie zagraniczne firmy były obciążone kosztem walki ze spowolnieniem gospodarczym. Ponieważ w planach polskiego rządu jest opodatkowanie i banków, i sklepów wielkopowierzchniowych – czyli branż, w których udział niemieckich firm w polskim rynku jest duży – obawa Berlina o to, co się dzieje w Polsce, jest zrozumiała.

Ostatnie słowne spięcia na linii Warszawa– –Berlin nie zmieniają faktu, że pod względem gospodarczym oba kraje są dla siebie ważnymi partnerami. Niemcy są największym odbiorcą naszego eksportu i pochodzi stamtąd najwięcej towarów kupowanych przez Polskę. Od lat są też faktycznie największym inwestorem w Polsce (w 2014 r. zostały wprawdzie wyprzedzone przez Holandię, ale kraj ten z racji łagodnego reżimu podatkowego dla wielu firm służy tylko jako adres pocztowy, więc prawdziwie holenderskie inwestycje są mniejsze).

Jeśli chodzi o inwestycje, to w drugą stronę dysproporcja jest potężna, bo Polska odpowiada za niespełna 1 proc. wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Niemczech. Ale pod względem wymiany handlowej jesteśmy ósmym największym partnerem Niemiec. Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie licznych w Niemczech głosów o potrzebie zrozumienia Rosji, wartość handlu niemiecko-rosyjskiego jest mniejsza niż niemiecko-polskiego. Dla niemieckiego przemysłu, który jest siłą tamtejszej gospodarki, jesteśmy ważnym dostawcą i podwykonawcą. Co nie znaczy, że mamy się ograniczać do tej roli.

Niemcy są gospodarką większą od nas – podobnie jak od wszystkich innych krajów w Europie – ale też dystans między nami systematycznie się zmniejsza.
W 1991 r. – pierwszym po zjednoczeniu Niemiec – gospodarka naszych zachodnich sąsiadów była 23 razy większa od polskiej (która akurat przeżywała zapaść związaną z transformacją ustrojową). W 2004 r. – gdy wchodziliśmy do UE – niemiecki PKB był 11 razy większy od polskiego. W zeszłym roku różnica na korzyść Niemiec była już tylko siedmiokrotna, zaś według długoterminowych prognoz w 2030 r. ma być czterokrotna.

Podobnie wygląda to w przypadku eksportu. O ile w 2000 r. wartość towarów sprzedanych przez niemieckie firmy za granicą była 17-krotnie większa niż polskich, o tyle w I poł. ub.r. różnica okazała się siedmiokrotna. Argumenty, by patrzeć na siebie jako równorzędnego partnera Niemiec, mają zatem coraz bardziej realne podstawy.