Krytycy utrzymują, że rządy Obamy doprowadziły do najwyższego zadłużenia publicznego w historii USA — w tym roku sięgnie 14,1 bln dolarów. To więcej o 8,3 bln dol. niż na koniec 2008 r., kiedy Barack Obama przejmował władzę. To także suma przekraczająca produkt krajowy brutto USA.

Ku oburzeniu krytyków prezydent powołał komisję aby opracowała program, jak zlikwidować finansową dziurę i ostentacyjnie zignorował jej rekomendacje. Zwiększał systematycznie wydatki państwa i, o czym świadczy przedstawiony projekt budżetu, pozostał w swej polityce konsekwentny — na rok 2017 prezydent proponuje wydatki wielkości 4,2 bln dol. To o 4 proc. więcej niż w roku bieżącym i więcej niż mają wynieść dochody.

Patrząc jednak na relację wydatków do dochodów, okazuje się, że Obama zostawia następcy znacznie bardziej uporządkowany stan niż to pozornie wygląda. Amerykański deficyt budżetowy zamknął się w ubiegłym roku kwotą 478 mld dol., co stanowi 2,6 proc. PKB i jest najniższym poziomem od 2007 roku, po kolejnym, szóstym roku spadku. Kolejny prezydent USA przejmie za rok budżet państwa, w którym wydatki przekraczają dochody, ale w przedziale w jakim mieściły się w każdym z budżetów minionego półwiecza, czyli pomiędzy 14 a 25 proc. PKB. Innymi słowy ani dochody federalnej kasy nie są niższe niż 14 procent PKB ani wydatki nie przekraczają 25 procent PKB.

W ciągu 50 lat dochody USA pozostawały w przedziale 17-19 procent PKB, z nieco wyższymi w końcu lat 1990-tych i niższymi w okresach recesji w 2001 i 2007-2009. Wydatki sięgnęły najwyższych poziomów w latach 2008-2009 — częściowo z powodu programów mających na celu przeciwdziałanie recesji a częściowo dlatego, że wyższe w tych latach bezrobocie spowodowało automatycznie wzrost wydatków na zasiłki osłonowe.

Struktura wydatków USA (infografika ZM)

Struktura wydatków USA (infografika ZM)

źródło: Materiały Prasowe

W rezultacie deficyt budżetowy przez większą część półwiecza (z wyjątkiem późnych lat 1990-tych) pozostawał na poziomie nieco ponad 2 procent PKB i taki odziedziczy następny prezydent — ani nadzwyczajnie wysoki ani nadzwyczajnie niski. Przynajmniej według prezydenckiego projektu budżetu.

Dodać warto jednak, że w opinii niezależnych od rządu analityków, na przykład z Goldman Sachs, deficyt faktycznie wyniesie w bieżącym roku 650 mld dol., czyli wzrośnie do 3,5 proc.

>>> Czytaj też: Tania ropa zatrzęsła USA. Które stany ucierpiały najbardziej?

Życzenia prezydenta Obamy

Według propozycji Obamy wydatki w 2017 r. wynosiłyby 4,2 bln dolarów, czyli o 4 proc. więcej niż w roku obecnym. Z tej sumy 1,15 bln przeznaczone byłoby na wydatki uznaniowe a 2,8 bln dol. na obowiązkowe, czyli sankcjonowane istniejącym prawem. Te ostatnie, jak Obamacare, powodują specjalną krytykę, albowiem są najtrudniejsze do zmian.

W wydatkach uznaniowych prawie 61 procent przypadłoby dla Pentagonu i weteranów — Pentagon zabrałby 54 procent czyli 622,6 mld dol., weterani otrzymaliby 75,4 mld (bez wzrostu w porównaniu z bieżącym rokiem). W ramach budżetu obronności propozycja, która zyskuje uznanie to powiększone 4-krotnie wydatki na uzbrojenie we wschodniej i centralnej Europie do sumy 3,4 mld dol. Pozostałe 39 proc. wydane byłoby na edukację, programy mieszkalnictwa i lokalnych społeczności, naukę, ochronę środowiska.

Nowością jest 6 mld dol. na pomoc w znalezieniu pierwszej pracy (z efektywnością obliczaną na 150 tysięcy nowo zatrudnionych). Trzecim największym punktem wydatków uznaniowych byłyby nakłady na projekty czystego ekologicznie transportu — prawie 400 mld dolarów w ciągu dekady i wreszcie edukacja, głównie program 2 lat bezpłatnego koledżu — 61 miliardów w ciągu dekady

Projekt zwiększenia wydatków zakłada jednocześnie wzrost podatków. W przyszłym roku podatki miałyby przynieść 3,6 bln dolarów. Oprócz wyższych stawek w podatku dochodowym dla najbogatszych, nowym źródłem ma być podatek od ropy naftowej, który wpłynąłby na podwyżkę ceny paliwa z 1,80 dol. za galon o 24 centy.

Demokraci w Kongresie będą walczyć o utrzymanie linii Obamy a przyszły prezydent odziedziczy wydatki obowiązkowe trudne do natychmiastowej zmiany. Każdy z republikańskich kandydatów przyrzekł zdemontowanie programu Obamacare, którego finansowanie wymusiło wzrost podatków o 1,2 bln dol. w ciągu dekady – w 2025 roku ma dojść do poziomu 20 proc. PKB. Każdy z demokratycznych kandydatów przyrzekł zaś podniesienie podatków. Obamacare jest jednak bardzo kosztowna do zdemontowania ponieważ już funkcjonuje.

Wybory

Hillary Clinton, jako prezydent, może podjąć projekt budżetu Baracka Obamy. Co doda? Już zapowiedziała zwiększenie wydatków o 1,1 bln dol. w ciągu dekady 2017-2027, między innymi na na projekty infrastrukturalne, na nowe miejsca pracy, na czystą energię, na pokrycie kosztów edukacji, wsparcie programów pomocowych w firmach, na zasiłki dla rodzin. Lista wydłuża się z każdym przemówieniem Hillary Clinton.

Jeśli wygra Donald Trump, prawdopodobnie wywróci strukturę budżetu do góry nogami. Nie tak jednak jakby można się spodziewać po republikańskim prezydencie. Kandydaci Republikanów zapowiadali dążenie do ograniczenia wydatków. Wszyscy oprócz Donalda Trumpa. On najczęściej podkreśla, że jest za obniżeniem zadłużenia państwa. Jednocześnie jako jedyny pośród Republikanów zapowiada utrzymanie nakładów na programy socjalne. Tych, które stanowią dwie trzecie wydatków budżetowych. Jak chce to osiągnąć?

Po pierwsze przez likwidację oszustw w wypłacaniu i pobieraniu świadczeń na nazwiska osób nieżyjących. Takie przypadki w 2013 toku kosztowały państwo łącznie ok. 30 milionów dolarów, podczas gdy koszt programu emerytalnego to rocznie ponad 823 miliardy dol. Dla programów opieki medycznej Trump widzi rozwiązanie w negocjacji niższych cen leków – oszczędności oblicza na ponad 300 miliardów dolarów rocznie. Jak, skoro w 2014 r. wartość dofinansowania państwa w tym sektorze wyniosła w cumie 78 mld dol.?

Ponadto Trump chce zlikwidować niektóre (nie wiadomo które) wydatki na edukację (roczny budżet dla tego sektora wynosi 78 mld dol.), a także ograniczyć wydatki Agencji Ochrony Środowiska (8,1 mld budżetu), co dałoby razem 86 mld oszczędności.

Trump chce zmniejszyć podatki, co według analiz przyniosłoby zmniejszenie wpływów do kasy państwa w najbliższej dekadzie średnio o 1 bilion dolarów rocznie i wymusiło zmniejszenie wydatków państwa o 21 procent. Chyba że gospodarka rosłaby 3-krotnie szybciej niż do tej pory, szybciej niż w Chinach i Indiach — o ponad 7 procent rocznie. Ekonomiści mówią zaś o realnym wzroście w granicach 2 – 2,2 proc.. Komentując plany Trumpa używają określenia „szarlataneria”.

>>> Czytaj też: Kontrowersje ws. TTIP. Waszyngton: Nie chcemy okrojonej umowy z Unią Europejską

Autor: Anna Wielopolska