Rząd oficjalnie zgłosił kandydaturę prezesa NBP Marka Belki na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Miałby szanse zostać wybrany w maju tego roku, jeszcze przed zakończeniem upływającej w czerwcu kadencji na fotelu prezesa NBP. Jeśli Belka zostałby szefem EBOiR, byłby pierwszym Polakiem na tym stanowisku, dodałby też kolejne wysokie stanowisko do swojej bogatej kolekcji.

Belka zastąpił w fotelu szefa NBP Sławomira Skrzypka, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Został wskazany jako kandydat na to stanowisko przez pełniącego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Przez ostatnie 6 lat ekonomiści szanowali merytoryczne przygotowanie Belki do pełnienia funkcji szefa banku centralnego. Doceniali, że jako prezes NBP nigdy nie deklarował, czy bliżej mu do jastrzębiego, czy gołębiego skrzydła RPP - stara się w sposób wyważony patrzeć na politykę pieniężną. Doceniono też wysiłki Belki, by komunikatom rady nadać w miarę spójny przekaz. Ostatnio Belka unikał wyrazistych komentarzy wobec pomysłów gospodarczych nowego rządu PiS (np. podatku bankowego, programu 500 plus). Gabinet Beaty Szydło zrewanżował się mu poparciem jego kandydatury na szefa EBOiR.

Marek Belka kandydatem na szefa EBOR

więcej
Wideo

Szef rządu

Najwyższym stanowiskiem pełnionym przez Belkę była funkcja premiera, którą sprawował między majem 2004, a październikiem 2005 roku. Stał na czele rządu mającego poparcie podzielonych już wówczas ugrupowań lewicowych, uchodzącego przede wszystkim za rząd wspierany przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. To ówczesny prezydent forsował Belkę na premiera, nawet wtedy, gdy jego rząd za pierwszym razem nie uzyskał w Sejmie wotum zaufania.

Jako premier Belka zapisał się m.in. złożeniem rezygnacji w połowie 2005 roku, która miała doprowadzić do wcześniejszych wyborów. Niewiele jednak wtedy z tego wyszło. To za jego czasów powstało również Ministerstwo Sportu, a sam Belka został pierwszym ministrem, łącząc piastowanie tego urzędu z funkcją premiera. To Belka jesienią 2004 roku złożył w imieniu Polski podpis pod Konstytucją UE, która w końcu nie weszła w życie, zakwestionowana w referendum we Francji i Holandii (zastąpił ją Traktat Lizboński z 2007 roku).

Członkiem rządu Belka był już jednak znacznie wcześniej. W 1997 r. został - po Grzegorzu Kołodce - na kilka miesięcy wicepremierem i ministrem finansów w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. Obie te teki objął także po wygranych przez SLD-UP wyborach w 2001 r., kiedy znalazł się w rządzie Leszka Millera.

>>> Czytaj też: Belka uderza w projekt pomocy frankowiczom. "Kredyty walutowe są dobrze spłacane"

Podatek Belki

Właśnie wtedy wprowadzony został 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych, zwany - od jego nazwiska - podatkiem Belki. Był to element cięć, przeprowadzonych przez rząd Millera w związku z kłopotami gospodarczymi Polski (tzw. dziura budżetowa ministra finansów Jarosława Bauca).

Belka ustąpił ze stanowisk wicepremiera i ministra finansów w lipcu 2002 roku. Dymisję uzasadnił względami osobistymi, mówił też, że "nie chciał się kopać z koniem".

Zastąpił go Grzegorz Kołodko. Po jakimś czasie okazało się, że ówczesny Rzecznik Interesu Publicznego Bogusław Nizieński miał wówczas rozważać oskarżenie Belki o kłamstwo lustracyjne.

Sprawa ponownie wybuchła, gdy Belka był premierem. O kłamstwo przed sejmową komisją śledczą ds. afery w PKN Orlen oskarżał go m.in. ówczesny członek komisji Roman Giertych. Belka zaprzeczał, że współpracował, przyznał jedynie, że przed wyjazdem do USA w 1984 roku podpisał "instrukcję wyjazdową" wywiadu PRL.

W 2003 r., po obaleniu reżimu Saddama Husajna, Belka pełnił funkcję szefa koalicyjnej Rady Koordynacji Międzynarodowej w Iraku, gdzie był odpowiedzialny za stworzenie tymczasowego rządu w tym kraju. Potem był dyrektorem ds. polityki gospodarczej w Tymczasowych Władzach Koalicyjnych w Iraku. Do jego kompetencji należała reforma walutowa, stworzenie od podstaw nowego systemu bankowego i ogólny nadzór nad gospodarką kraju.

W grudniu 2005 r. został sekretarzem wykonawczym Komisji Gospodarczej ONZ ds. Europy, a od stycznia 2009 r. do 27 maja 2010 r. prof. Belka był dyrektorem Departamentu Europejskiego Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ustąpił ze stanowiska po tym, jak został oficjalnym kandydatem na szefa NBP.

Belka urodził się 9 stycznia 1952 roku w Łodzi. Jest absolwentem Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego. W 1972 r. został magistrem ekonomii i ekonomii handlu zagranicznego, w 1978 r. uzyskał stopień doktora ekonomii na UŁ, a w 1994 r. - tytuł profesora nauk ekonomicznych.

W 1990 r. został doradcą i konsultantem w Ministerstwie Finansów, następnie w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych i Centralnym Urzędzie Planowania. W latach 1994-96 był wiceprzewodniczącym Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów, a następnie doradcą ekonomicznym prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Był członkiem SLD do 2005 r., kiedy udzielił poparcia dla tworzącej się wtedy Partii Demokratycznej. Otwierał listę demokratów.pl w wyborach parlamentarnych w okręgu łódzkim, ale partia ta nie przekroczyła wówczas progu wyborczego.

>>> Czytaj też: Belka o Morawieckim: Główny sternik gospodarki zna się na rzeczy [WIDEO]

Od Jennifer Lopez po aferę podsłuchową

W tym samym 2005 r. Belka zaintrygował opinię publiczną deklaracjami dotyczącymi jego znajomości z amerykańską aktorką i piosenkarką Jennifer Lopez. Podczas przesłuchania przez sejmową komisję śledczą w sprawie prywatyzacji PZU, na pytanie posła Zygmunta Wrzodaka, czy zna szefa Eureko Joao Talone, odpowiedział, że zna również Jennifer Lopez, "tylko w innym charakterze". Wcześniej nazwisko gwiazdy padło w wywiadzie Belki dla Radia ZET, kiedy mówił o znajomości z posłem Andrzejem Pęczakiem. "Pęczak tak mnie zna, jak ja znam Jennifer Lopez" - powiedział.

Natomiast na zadane podczas telewizyjnego testu wiedzy ekonomicznej pytanie o to, jak NBP stara się wykładać tę wiedzę odpowiedział, że "każdy ekonomista stara się być jak najmniej zrozumiały, bo wtedy jego prestiż społeczny rośnie".

Nie zawsze słowa Belki przysparzały mu dobrej sławy. W 2014 r. na jego wizerunku zaciążyło opublikowanie przez "Wprost" nielegalnie podsłuchanej rok wcześniej jego rozmowy z ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych Bartłomiejem Sienkiewiczem o hipotetycznym wsparciu przez NBP budżetu państwa kilka miesięcy przed wyborami, które może wygrać PiS.

Belka w zamian za wsparcie miał postawić warunek dymisji ówczesnego ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz nowelizacji ustawy o banku centralnym. Opinię publiczną zbulwersował nie tylko temat prowadzonej rozmowy, ale także język, którym posługiwali się uczestnicy spotkania oraz komentarze Belki pod adresem RPP i członka Rady Jerzego Hausnera.

Pojawiły się nawet głosy o konieczności powołania komisji śledczej, ostatecznie z wielkiej chmury spadł mały deszcz. Konsternacja trwała krótko, skończyło się na tym, że prezes Belka przeprosił Radę za użyte podczas rozmowy sformułowania i zapewnił, że szanuje to gremium.

W oczach ekonomistów prezes NBP dużo jednak stracił w wyniku afery taśmowej. W rozmowach z PAP zwrócono uwagę, że sformułowania, które padły podczas nagranych rozmów nie licowały z powagą profesora, a tym bardziej prezesa banku centralnego.

Po wygranych przez Andrzeja Dudę wyborach prezydenckich Marek Belka znowu musiał się tłumaczyć. Wcześniej powiedział bowiem, że młodzi ludzie w wyborach prezydenckich zagłosowali na "komedianta". Belka wyjaśnił, że patrząc na poczet kandydatów w pierwszej turze, to "kilku z nich mogłoby pretendować do tego zaszczytnego miana". Zapewnił jednak, że jest oburzony tym, iż ktokolwiek mógł sądzić, że jego słowa mogły dotyczyć wybranego prezydenta Andrzeja Dudy. "To jest absolutny bezsens" - powiedział. Podkreślił, że miał na myśli "różnych kandydatów, nazwijmy to egzotycznych".

Nie spieszy się do strefy euro

Po wyborach nieoczekiwanie wygranych przez kandydata PiS mówił, że młodzi ludzie w ostatnich tygodniach pokazali elitom "czerwoną kartkę". "Ja się z tym nie zgadzam, ale rozumiem" - wskazał. I argumentował: "Nasze wielkie sukcesy transformacyjne, to jednocześnie 40 proc. młodych ludzi pracujących na niekonwencjonalnych umowach o pracę (...) w ciągu ostatnich 15 lat wydajność pracy w Polsce rosła znacznie szybciej niż w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Płace rosły dwa i pół razy wolniej".

Belka wielokrotnie mówił, że był zwolennikiem wejścia do strefy euro, ale nigdy nie starał się ustalać terminu, bo wiązałoby się to z ryzykiem, że można go nie dotrzymać. Wskazywał, że główną korzyścią przystąpienia do strefy euro byłby szybki rozwój i skracanie dystansu cywilizacyjnego do krajów najbogatszych. Zdaniem Belki to, kiedy do niej wejdziemy, bardziej będzie zależało od stanu samej strefy euro, niż od stanu polskiej gospodarki. "To nie my mamy w sobie słabość, tylko strefa euro nie jest zbyt apetyczna, by się do niej śpieszyć" - mówił.

Belka popierał też koncepcję repolonizacji banków działających w Polsce, nazywając ten proces "udomowianiem" banków. "Jeżeli zdarzają się sytuacje, że inwestorzy zagraniczni z Polski chcą się wycofać, to uważam, że polskie podmioty powinny w tym procesie uczestniczyć i korzystać z takich okazji" - przekonywał.

>>> Czytaj też: Belka: Banki przetrzymają podatek bankowy, klienci też [WIDEO]