Jak wynika z najnowszych dostępnych danych Eurostatu, wskaźnik dzietności we Francji w 2014 roku wynosił 2,01 i wciąż rośnie. Co prawda poziom ten nie gwarantuje pełnej zastępowalności pokoleń, ale żaden inny kraj w UE nie może pochwalić się tak dobrymi wynikami. Zgodnie z teorią, aby utrzymać liczbę ludności danego kraju na tym samym poziomie, współczynnik dzietności powinien wynosić ok. 2,1.

Tymczasem sytuacja demograficzna Polski pogarsza się z roku na rok. Według Eurostatu w 2014 roku wskaźnik dzietności w naszym kraju wynosił 1,32. Niższe poziomy notuje się tylko w Portugalii (1,23) Grecji (1,3) i na Cyprze (1,31). Średnia dla UE to 1,58.

Od wyżu demograficznego po depresję urodzeniową

Według ostatniego raportu GUS o małżeństwach i dzietności w Polsce, liczba urodzeń jest dziś prawie o połowę niższa w porównaniu z wielkościami rejestrowanymi podczas ostatniego wyżu demograficznego z pierwszej połowy lat 80. XX wieku. Współczynnik dzietności wynosił wtedy aż 19 proc. Od 1990 roku w Polsce występuje tzw. depresja urodzeniowa – od tego czasu wskaźnik dzietności kształtuje się poniżej poziomu 2.

„Po spadkowym okresie bezpośrednio po wyżu demograficznym liczba urodzeń powinna zacząć rosnąć już w połowie lat 90. ubiegłego stulecia. Byłaby to naturalna konsekwencja wejścia wówczas w wiek najwyższej płodności licznych roczników kobiet urodzonych na przełomie lat 70-tych i lat 80-tych ubiegłego wieku. Tymczasem obserwowano głęboką depresję urodzeniową, która trwała aż do 2003 r., kiedy urodziło się tylko 351 tys. dzieci - najmniej w całym okresie powojennym, także współczynnik dzietności osiągnął najniższą jak dotąd wartość – 1,222” – czytamy w raporcie GUS.

Z danych statystycznych wyraźnie więc wynika, że Polacy w tym czasie zaczęli masowo odkładać decyzję o posiadaniu potomstwa. Dopiero w latach 2005-2009 liczba urodzeń wzrosła do 418 tys. Jednocześnie rodzice zaczęli chętniej decydować się na drugie i kolejne dziecko, dlatego też znacząco zwiększyła się liczba matek w wieku 30-40 lat. Od 2009 roku poziom dzietności w naszym kraju znów jednak gwałtownie spada.

„Problem z dzietnością dotyczy całego świata rozwiniętego. Nigdzie nie udaje się odtwarzanie pokoleń. Ci, którzy mają większy TFR (Total Fertility Rate, czyli współczynnik dzietności – przyp. red.), przyjmują więcej imigrantów. Różnice między krajami wynikają z czterech rzeczy: liczby imigrantów charakteryzujących się wyższą dzietnością, czynnika kulturowego, warunków lokalnych i błędu pomiaru. Ten ostatni czynnik w przypadku Polski ma prawdopodobnie duże znaczenie” – mówi Maciej Bitner, główny ekonomista Instytutu WiseEuropa.

Według eksperta, duży wpływ na naszą sytuację demograficzną ma fakt, że z Polski na Zachód wyjechało dużo ludzi w wieku rozrodczym. Kobiet jest więc w rzeczywistości mniej niż podaje GUS. „Jeśli błąd ten powiela się także przy liczeniu TFR, mamy odpowiedź, dlaczego jest on u nas najniższy w Europie. Po prostu nie ma tu już części tych kobiet, które mogły urodzić dzieci”.

„Ponieważ nie należy się spodziewać, że do Polski napłyną kolorowi imigranci – tylko ci mają więcej dzieci, a poprawienie statystyk liczenia TFR nie spowoduje autentycznego wzrostu dzietności, pozostają tylko czynniki kulturowe i warunki lokalne. Tych pierwszych raczej prędko nie zmienimy. Chodzi bowiem o to, jak kultura wpływa na to, co na poziomie indywidualnym jest życiowym priorytetem. U nas póki co ważniejsze jest dla wielu ludzi dorobienie się pod względem materialnym, albo jakiś rodzaj samorozwoju. Pojawienie się nowych możliwości w tym zakresie po 1989 roku stanowi naszym zdaniem główną przyczynę spadku dzietności. Świat komunistyczny oferował znacznie mniej atrakcyjnych alternatyw niż realizacja w rodzicielstwie” – mówi Maciej Bitner z WiseEuropa.

>>> Polecamy: Demografia Europy: recepty różnych krajów na zwiększenie dzietności

Rodzicielstwo na krótką metę unieszczęśliwia

Ciekawe wnioski na temat sytuacji osób posiadających dzieci płyną z tegorocznej edycji Światowego Raportu Szczęścia ONZ. Z aneksu do rankingu wynika, że polscy rodzice należą do najmniej zadowolonych z życia na świecie. W rankingu satysfakcji z życia wśród osób posiadających dzieci, plasujemy się na 7. miejscu od końca. Bardziej nieszczęśliwi są tylko mieszkańcy Kataru, Zimbabwe, Jordanii, Libii, Tunezji i Macedonii. Na podium zestawienia znajdują się zaś mieszkańcy Czarnogóry, Chin i Kirgistanu. Generalnie najwięcej szczęścia z posiadania dzieci czerpią rodzice w państwach skandynawskich, natomiast najwięcej trudności związanych z rodzicielstwem dostrzegają mieszkańcy państw dawnego bloku wschodniego. Przy czym można zauważyć, że mieszkańcy bogatszych państw deklarują zwykle niższy poziom szczęścia związany z posiadaniem potomstwa – wszystko dlatego, że pociąga ono za sobą wyższe koszty alternatywne w postaci np. rezygnacji z kariery czy odłożenia innych planów na przyszłość. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj.

„Ze wspomnianych badań, które dość dokładnie omawia Bryan Caplan w znakomitej książce ‘Selfish Reasons To Have More Kids’ wynika, że rodzicielstwo na krótką metę unieszczęśliwia, satysfakcja przekracza koszty dopiero po wielu latach. Rozwiązaniem tego problemu, które proponuje autor, jest zmiana podejścia do dzieci – odstąpienia od ponoszenia tak dużych nakładów czasowych na nie w imię korzyści, których i tak potem nie ma. Nim jednak podobny lub inny pozytywny stosunek w społeczeństwie się przyjmie, ludzie będą częściej wybierać samorealizację i żadna polityka demograficzna radykalnie tego nie zmieni” – twierdzi Maciej Bitner.

„Nie znaczy to jeszcze, że państwo jest całkowicie pozbawione możliwości oddziaływania. Pozostają jeszcze warunki lokalne, czyli wszystko to, co obniża koszt posiadania dziecka, a więc przede wszystkim różnego rodzaju usługi opiekuńcze oraz obniżenie kosztów finansowych. Instrumenty tego typu należy jednak stosować ostrożnie, dlatego że korzyści z nich i tak będą małe, a potencjalne koszty mogą okazać się ogromne” – dodaje ekonomista.

Dlaczego Francuzi chcą mieć dzieci, a Polacy nie?

Skoro w naszym kraju tak trudno zachęcić młodych do posiadania dzieci, dlaczego udaje się to we Francji? Sekret tkwi w kombinacji polityki i wzorców kulturowych. To właśnie równość płci, skuteczna polityka prorodzinna i zapewnienie odpowiedniego systemu opieki nad dziećmi sprawiła, że wskaźnik dzietności we Francji rośnie od ponad 20 lat. Po dwóch dekadach spadku liczby nowonarodzonych dzieci w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, pod koniec lat 90. Francuzi znów ochoczo zaczęli zakładać rodziny. Kilkukrotnie wskaźnik dzietności przekraczał nawet w tym kraju mityczny poziom 2,1.

Choć powszechnie uważa się, że za demograficzny sukces Francji w największym stopniu odpowiadają imigranci ze Wschodu, eksperci wskazują, że na wysoki poziom dzietności składa się znacznie więcej elementów. "Zachowania reprodukcyjne kobiet z imigracji po ich przyjeździe do Francji bardzo szybko upodabniają się do francuskiej średniej. Wyznacznikiem jest co innego: status materialny" - tłumaczy Hélene Périvier, ekonomistka specjalizująca się w kwestiach polityki socjalnej i rodzinnej oraz równości płci we Francuskim Obserwatorium Koniunktur Gospodarczych, w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej". Jak wynika z szacunków PEW Research Center, współczynnik dzietności wśród muzułmanów we Francji w latach 2005-2010 wynosił ok. 2,8, a wśród wśród niemuzułmanów - 1,9. Według prognoz ekonomistów, dzietność wśród imigrantów będzie jednak spadać. W latach 2025-2030 wskaźnik TFR wśród muzułmańskich imigrantów ma wynieść 2,4, a w pozostałej grupie pozostanie na poziomie 1,9.

„Recepta na sukces demograficzny Francji bierze się z kilku czynników, a najważniejszym moim zdaniem jest trwająca od kilkudziesięciu lat stabilność warunków ekonomicznych oraz ciągłość polityki wspierającej rodziny. Ta polityka trwa od kilku dekad i składa się z kilku elementów: szerokiego dostępu do żłobków i przedszkoli - każde dziecko ma zagwarantowane miejsce w przedszkolu od 3-ego roku życia, pomocy państwa przy zatrudnieniu opiekunek, wsparcia finansowego rodzin, ulg fiskalnych, dostępu do mieszkalnictwa socjalnego” – mówi dr Agnieszka Fihel z Ośrodka Badań nad Migracjami na Uniwersytecie Warszawskim. Dzięki tak rozbudowanej infrastrukturze opieki nad dziećmi, rodzice, a przede wszystkim matki, nie mają problemu z łączeniem aktywności zawodowej z posiadaniem potomstwa.

Dużą rolę w wysokim poziomie dzietności we Francji ma też stosunkowo liberalne podejście do kwestii małżeństwa. Jak podaje „The Guardian”, w krajach z południa Europy o bardziej tradycyjnej kulturze, takich jak Grecja, Portugalia, Hiszpania czy Cypr, odsetek dzieci urodzonych w związkach pozamałżeńskich jest mniejszy niż 30 proc., tymczasem we Francji i w krajach skandynawskich przekracza 50 proc. Co więcej, analizując dane dla państw europejskich widać, że poziom dzietności jest większy w tych krajach, w których kobiety aktywnie uczestniczą w rynku pracy, a mniejszy tam, gdzie z powodu tradycyjnego postrzegania roli kobiety jako gospodyni domowej, zostają w domu. Jak wynika z ostatnich dostępnych danych OECD, w 2014 stopa zatrudnienia kobiet w wieku od 25 do 54 lat wynosiła we Francji 83,5 proc. Dla porównania w Grecji, która ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie (1,3) udział kobiet z tej grupy wiekowej w rynku wynosi 75,6 proc., a w Polsce - 79,6 proc.

Już w 2002 roku ekonomistki Henriette Englehardt i Alexia Prskawetz udowodniły, że wraz ze wzrostem równouprawnienia i większego udziału kobiet w rynku pracy, rośnie skłonność do posiadania większej liczby dzieci. Jeszcze przed 1985 rokiem w bogatych państwach można było obserwować negatywną korelację między aktywnością zawodową płci pięknej i współczynnikiem dzietności. Jednak po tym czasie trend ten całkowicie się odwrócił. Praca przestała być przeszkodą w posiadaniu potomstwa, wręcz przeciwnie – najczęściej bywa warunkiem wstępnym do podjęcia decyzji o założeniu rodziny. Dziś w krajach, w których kobiety są aktywne na rynku pracy, po prostu rodzi się więcej dzieci. Widać to szczególnie w państwach, które umożliwiają kobietom pracę w elastycznych godzinach i zapewniają większą równowagę między życiem prywatnym i zawodowym.

„Obserwuję też, że we Francji rodzice mniej niż w Polsce przejmują się tym, że małe dzieci spędzają większość czasu bez rodziców, w żłobkach i z opiekunkami. Urlop macierzyński trwa we Francji 3 miesiące, więc już w wieku 3 miesięcy niemowlęta odstawiane są od piersi i idą na cały dzień do żłobka lub zawodowych opiekunek. A zatem skoro posiadanie dziecka nie łączy się z długotrwałą przerwą w pracy i zajmowaniem się dzieckiem, co jest często bardziej męczące niż praca zawodowa, kobiety łatwiej decydują się na kolejne dziecko. Równocześnie taka ‘delegacja’ obowiązków opieki nad dzieckiem poza dom ma swoje konsekwencje dla prawidłowego rozwoju psychicznego dziecka, o czym w zasadzie się we Francji nie mówi” – mówi dr Agnieszka Fihel z UW.

Państwo sypie pieniędzmi na dzieci. Czy to pomoże?

Do omówionych czynników, które zachęcają Francuzów czy mieszkańców państw skandynawskich do podjęcia decyzji o macierzyńskie, dochodzi też oczywiście hojne wsparcie ze strony państwa. Jak wynika z raportu PwC „Ulgi podatkowe i świadczenia rodzinne w UE”, Francja znajduje się pod tym względem w unijnej czołówce. W 2015 roku średnia kwota bezpośredniej pomocy państwa w zakresie ulgi na dzieci i świadczeń rodzinnych dla rodziny 2+2 wynosiła w tym kraju ponad 6,7 tys. euro rocznie. Na wyższe wsparcie państwa mogli liczyć tylko mieszkańcy Luksemburga (9,2 tys. euro). Polska plasowała się na końcu zestawienia (530 euro). Za nami znajdowali się już tylko Grecy, Litwini, Rumuni i Bułgarzy. Po wejściu programu "Rodzina 500 plus", mamy jednak szansę mocno poprawić ten wynik. Jak szacują eksperci PwC, możemy awansować z 14. na 13. pozycję.

Resort pracy zapowiada, że dzięki „500 plus” liczba urodzeń w Polsce zwiększy się w ciągu 10 lat o około 278 tys. Jednak czy wypłata 500 zł na dziecko jest w stanie skutecznie zachęcić Polaków do posiadania dzieci? Eksperci są zgodni – realne korzyści z programu „500 plus” trudno na razie oszacować. „Jeśli program "500 plus" będzie elementem szerszej polityki rodzinnej państwa, to ma szanse skłonić część Polaków do powiększenia rodziny. Trudno mówić o konkretnych liczbach: liczba 278 tys. 'dodatkowych' urodzeń wzięta została z porównania 'średniego' i 'najbardziej optymistycznego' scenariusza prognozy demograficznej GUS-u, a gdy opracowywano tę prognozę, nie znano dokładnych zmian polityki rządu” – ocenia dr Agnieszka Fihel z Ośrodka Badań nad Migracjami UW.

„Spodziewam się, że TFR w Polsce wzrośnie do poziomu unijnej średniej za 10 lat. Nie widzę bowiem jakiegoś fundamentalnego powodu, żeby u nas dzietność była niższa niż na przykład w Austrii. Dobijemy więc pewnie do 1,5 tylko z tytułu tego, że poprawi się nieco jakość usług opieki, a więcej osób zmieni nieco priorytety z dorobienia się na rodzinę. Odrobimy więc w znacznym zakresie zaległości materialne komunizmu. Łatwo będzie propagandowo przypisać ten wzrost programowi 500 plus, ale jego rzeczywista rola może okazać się dużo mniejsza niż te prognozowane 30 tys. urodzeń rocznie. Nawet przy założeniach rządu, wychodzi że jedno dziecko będzie kosztowało prawie milion złotych. Jestem przekonany, że tę sumę do tego samego celu można by wykorzystać znacznie efektywniej” – komentuje Maciej Bitner.

Zdaniem dr Agnieszki Fihel, Polska mogłaby korzystać z doświadczeń krajów skandynawskich, w których zapewnia się dzieciom dostęp do żłobków i przedszkoli, a także Holandii, która promuje niestandardowe zatrudnienie matek (niepełnoetatowe, nie w standardowych godzinach pracy). „Powiększanie infrastruktury instytucjonalnej - żłobkowej i przedszkolnej - i dofinansowanie prywatnych żłobków i przedszkoli mogłoby być bardziej skuteczne niż bezpośrednie wsparcie finansowe rodziców. Najważniejsza jest stabilność warunków socjalnych, w których tworzą się rodziny - jeżeli rodzice będą pewni, że w przyszłości ich dziecko znajdzie miejsce w żłobku lub przedszkolu, to łatwiej podejmą decyzję o powiększeniu rodziny. Najgorsze co można zrobić, to zmieniać z roku na rok warunki o przyjmowaniu dzieci do szkół, przedszkoli, żłobków, tak jak miało to miejsce z 6-latkami” – mówi.