Dziś zarobki prezesów państwowych firm reguluje tzw. ustawa kominowa, która – teoretycznie – ogranicza wynagrodzenie do sześciokrotności średniej płacy. Jest ona jednak fikcją, bo istnieje wiele sposobów, by ją obchodzić, np. zasiadanie w radach nadzorczych spółek zależnych lub kontrakty menedżerskie. PiS mówi: koniec z tym – i szykuje nową ustawę w tym zakresie.

Co ona zmieni? Przede wszystkim obejmie spółki z mniejszościowym udziałem Skarbu Państwa. – Wynagrodzenia będą ustalane przez walne zgromadzenia, na których przedstawiciele Skarbu Państwa będą zobligowani do głosowania zgodnie z ustawą. Dzięki temu przepisami zostaną objęte spółki, w których udział Skarbu Państwa wynosi poniżej 50 proc. – wyjaśnia minister skarbu Dawid Jackiewicz. Czy to będzie skuteczny mechanizm? Raczej tak, skoro Skarb Państwa bez większego problemu zmienia zarządy takich firm, jak KGHM, Orlen, Tauron czy Grupa Azoty, w których ma mniej więcej jedną trzecią udziałów. Nie powinien mieć też trudności z ustaleniem w nich wysokości wynagrodzeń.
Prezesi największych spółek mogą zatem w praktyce nieco stracić finansowo na nowej ustawie. Projekt przewiduje, że płaca zasadnicza będzie ustalana w zależności od wielkości spółki – od 1–3-krotności przeciętnego wynagrodzenia dla najmniejszych firm, do 7–15-krotności dla największych. Obecnie średnia płaca to nieco ponad 4,1 tys. zł, przy założeniu zatem, że dla Orlenu zostanie przyjęta podstawa 15-krotności płacy, Wojciech Jasiński powinien zarobić nieco ponad 60 tys. zł miesięcznie. Za pierwsze dwa tygodnie swojego urzędowania Jasiński pobrał 69 tys. zł, więc tu akurat różnica byłaby spora.

Ministerialny projekt przewiduje również premie. Nie będą zależały od widzimisię członków rady nadzorczej, jak dotychczas, ale od rzeczywistych efektów pracy, określonych w ustawie. – Po raz pierwszy w przepisach znalazły się konkretne kryteria, które należy spełnić, by otrzymać premię – podkreśla minister Jackiewicz. Prezesi, by zasłużyć na dodatkowe gratyfikacje, będą musieli spełnić wyznaczone przez właściciela zadania. Projekt przewiduje dziewięć takich celów. Mogą to być np. wzrost zysku netto; obniżenie kosztów działalności; realizacja strategii lub planu restrukturyzacji.

Premia nie będzie mogła przekroczyć 50 proc. płacy zasadniczej. Wyjątkiem będą największe spółki Skarbu Państwa, w których ta zmienna część wynagrodzenia będzie mogła stanowić nawet 100 proc. stałej płacy. W najbardziej optymistycznej wersji prezes Orlenu czy KGHM będzie mógł zatem zarobić ok 120 tys. miesięcznie, i to łącznie z premiami. Poprzedni prezes miedziowego giganta – jeśli doliczyć premie – zarabiał ok. 200 tys. zł miesięcznie.
Ministerstwo chce również ograniczyć dodatkowe świadczenia, z jakich korzystają prezesi – służbowe mieszkania, ubezpieczenia itp. To w niektórych przypadkach może się przekładać nawet na kilkadziesiąt tysięcy w skali roku.
Większość prezesów musi liczyć się z obniżką pensji, ale nie będzie to rewolucja – np. 80-tys. pensję miał były prezes Grupy Azoty Paweł Jarczewski (plus ok. 50 proc. premii), podobnie jak prezes Tauronu Dariusz Lubera, który zarabiał ok. 82 tys. zł pensji zasadniczej miesięcznie – można szacować, że wraz z premią ich następcy mogą dysponować zbliżoną kwotą – obniżka zatem nie będzie szokująca, tym bardziej że w tej spółce, podobnie jak w kilku innych, członkowie zarządu nie pobierali wynagrodzeń za zasiadanie we władzach spółek zależnych – ostatnio taką deklarację złożył np. zarząd PERN.

Ministerstwo Skarbu chce także ograniczyć odprawy dla członków zarządów spółek do równowartości maksimum trzech stałych miesięcznych płac pod warunkiem przepracowania roku w zarządzie spółki. To oznacza definitywny koniec milionowych odpraw, a przypomnijmy, że od początku tego roku są one obłożone 70-proc. podatkiem. – Ustawa kominowa jest fikcją, więc trzeba szukać rozwiązania tego problemu. To jednak bardzo skomplikowana materia, w jaki sposób z jednej strony zlikwidować nadmierne wynagrodzenia, z drugiej zapewnić spółkom wykwalifikowaną kadrę menedżerską. Z pewnością bardzo uważnie będziemy się przyglądali tej inicjatywie PiS – powiedział Andrzej Czerwiński, były minister skarbu, dodając, że klub PO pracuje nad założeniami swojej wersji projektu.

Analitycy od dawna zgodnie przyznawali, że „kominówka”, tak jak podkreśla Czerwiński, była fikcją – po pierwsze nie obejmuje firm, w których Skarb Państwa ma mniejszościowe udziały – a są to takie narodowe championy jak Orlen, KGHM czy PZU. Po drugie jest obchodzona na wszelkie możliwe sposoby. Nawet przy ograniczeniu pensji zasadniczej prezesi mają szerokie możliwości, by zarobić więcej – pobierając wynagrodzenia za zasiadanie we władzach spółek zależnych. Przykładem może był były prezes Lotosu Paweł Olechnowicz, którego ubiegłoroczna płaca wyniosła 236 tys. zł (czyli niespełna 20 tys. zł miesięcznie, nawet poniżej progu wyznaczonego ustawą kominową), za to z tytułu zasiadania we władzach spółek zależnych otrzymał 1 mln 173 tys. zł.

Drugim sposobem na obejście ustawy były kontrakty menedżerskie; np. jak wynika z raportu rocznego PGE, Marek Woszczyk, do niedawna prezes tej firmy, był zatrudniony na podstawie umowy o świadczenie usług w zakresie zarządzania. Zarobił 1,6 mln zł, czyli ponad 130 tys. zł miesięcznie (łącznie z premiami). W spółkach nieobjętych ustawą kominową, jak Orlen, zarobki były jeszcze wyższe – Jacek Krawiec pobierał w Orlenie ok. 150 tys. zł miesięcznie, a do tego trzeba doliczyć niemal drugie tyle premii.

>>> Czytaj też: Absolwenci odbijają od dna. Liczba bezrobotnych spadła o 11 proc.