Praca jest towarem. To jedno z fundamentalnych założeń współczesnej teorii ekonomii. Wolność handlu to podstawa sprawnego działania gospodarki. To kolejne takie założenie.

Wniosek z tego jest taki, że aby rósł wspólny dobrobyt należy umożliwić wszystkim handel własną pracą. Gdziekolwiek, z kimkolwiek i kiedykolwiek. Niech informatyk z Polski, jeśli chce, pracuje w Dolinie Krzemowej, a budowlaniec z Bułgarii, jeśli chce, niech pracuje w Polsce. W ogólnym rozrachunku wszystkim się to opłaci. Wszyscy się wzbogacą. Dlaczego?

Ze względu na dwa ekonomiczne prawidła: podział pracy i przewagę komparatywną. W pierwszym chodzi o to, że ludzie, dzieląc się pracą wedle zakresu swojej specjalizacji, produkują więcej. W drugim o to, że opłaca się im wybrać tę specjalizację, w której są relatywnie najwydajniejsi. Załóżmy, że Kowalski i Nowak w zależności od potrzeb albo zbierają truskawki, albo łowią ryby. Nawet jeśli Kowalski jest w obu tych pracach wydajniejszy, to – jak głosi teoria przewagi komparatywnej – i tak opłaca mu się podzielić zadaniami z Nowakiem! Jeśli bowiem on sam jest w stanie w tym samym czasie złowić więcej ryb, niż nazbierać truskawek, to skupiając się wyłącznie na łowieniu ryb (i np. kupując za nie truskawki od Nowaka), będzie produkować tych ryb więcej. I analogicznie, jeśli mniej wydajny w łowieniu ryb Nowak porzuci to zajęcie i skupi się na truskawkach, także będzie produkował ich więcej. Ogólna liczba wyprodukowanych ryb i truskawek wzrośnie, na czym i Kowalski, i Nowak zyskają.

Istnienie procesu, w którym zwiększa się produkcję poprzez zwykłe przearanżowanie tego, kto czym się zajmuje, jest jednym z największych odkryć ekonomii. A jako że podział pracy funkcjonuje tym lepiej, im więcej swobody w przemieszczaniu się pracowników, można by przypuszczać, że ekonomiści będą nawoływać do zniesienia państwowych granic dla przepływu ludzi. A jednak nie – coś ich przed tym powstrzymuje.

>>> Czytaj też: Milion pracowników to nie milion uchodźców. Przyjezdni z Ukrainy to najlepsze, co może nas spotkać

Sowell nie chce Meksykanów

Jedną z najmocniej rzucających się w oczy pozycji w mojej ekonomicznej biblioteczce jest książka „Basic economics” (przełożona na język polski jako „Ekonomia dla każdego”). Opasłe, ponad 600-stronicowe tomisko w białej obwolucie tłumaczy w prosty sposób, jak działa gospodarka kapitalistyczna, skąd bierze się bogactwo i dlaczego socjalizm prowadzi do niedoboru papieru toaletowego. Jeśli ktoś nie do końca zrozumiał mój skrócony opis działania podziału pracy i przewagi komparatywnej, odsyłam właśnie do tej książki. To co prawda matematycznie pewna, ale jednak trudna i bardzo nieintuicyjna teoria. – Tysiące ważnych i rozumnych ludzi nie zrozumiało jej działania, nawet gdy im je wytłumaczono – zauważył kiedyś ekonomista Paul Samuelson.

O „Basic economics” wspominam jednak nie ze względu na przystępny opis tych zagadnień, a ze względu na jej autora – Thomasa Sowella. Ten 86-letni już ekonomista to, jak przystało na jednego z najbystrzejszych uczniów Miltona Friedmana, przykładny ekspozytor wolnorynkowej doktryny, która od półwiecza rządzi nauką ekonomii. To także amerykański „self-made man”, gwiazda uniwersytetu, wywodzący się z nizin społecznych „czarnej” Ameryki i przekonany o możliwości awansu społecznego dzięki ciężkiej pracy zwolennik filozofii „każdy sobie rzepkę skrobie”.

O dziwo, Sowell nie jest jednak entuzjastą wolnych migracji między państwami, chociaż to właśnie one taki awans umożliwiają na globalną skalę. W myśli tego ekonomisty, jak w soczewce, skupia się większość obaw przed imigrantami obecnych we współczesnych społeczeństwach Zachodu. I o ile jeszcze stanowisko Sowella we wspomnianej książce jest umiarkowane, o tyle w jego bieżącej publicystyce jest już niemal jednoznacznie negatywne. Owszem, przyznaje Sowell, gdyby nie imigranci, nie rozwinęłoby się wiele państw, w tym USA, ale czasy się zmieniły. Skorośmy już sobie dobrobyt zbudowali, to brońmy się przed tymi, którzy mogą go podkopać.

Antyimigrancka retoryka Amerykanina na cel bierze sobie często meksykańskich „nielegałów”, czyli osoby, które mieszkają i pracują w USA bez pozwoleń. Zdaniem Sowella obniża to pensje Amerykanów, nie tylko w przemyśle, ale nawet i w rolnictwie. – Każdy farmer zatrudni tańszego pracownika. W sytuacji, w której mamy nieograniczony zasób taniej siły roboczej z Meksyku, farmerzy nigdy nie będą musieli podnosić pensji. I nie mówmy, że Amerykanie nie są zainteresowani tego rodzaju pracą. Przecież wykonywali ją od pokoleń. W czasach, gdy miliony Amerykanów nie mają pracy, zadowolą się każdym jej rodzajem – przekonuje Sowell.

Jednak w swojej argumentacji odwołuje się nie tylko do kwestii stricte gospodarczych. Uważa bowiem, że nadmierna liczba imigrantów jest groźna ze względu na mieszanie się obcych sobie kultur. – Rozumowanie, które każe dostrzegać korzyści z wolnego handlu, libertariańscy doktrynerzy stosują także do wolnego przepływu osób. Ale ludzie w przeciwieństwie do towarów przywożą ze sobą też swoją kulturę. Gdy zaś importujesz kultury, będą wśród nich takie, które same nie wytworzyły klimatu dla bogacenia się i rozwoju. Amerykanie mają prawo decydować, czy chcą takiego nieograniczonego importu kultur z innych krajów. Celem polityki imigracyjnej jest służyć interesowi narodowemu kraju – zauważa Sowell, wychodząc z butów ekonomisty, a wchodząc w rolę socjologa, antropologa i politologa. Czy ma rację? Czy teoria ekonomii w przypadku kwestii migracji powinna tracić znaczenie na rzecz woli ludu? Czy to nie jest ekonomiczny nacjonalizm?

Oczywiście nie wszyscy ekonomiści prezentują takie stanowisko.

>>> Czytaj też: Zachód zyskuje, Wschód traci. Cała prawda o migracji wewnątrz UE

Empiria po stronie teorii

Ci, którzy przekonują, że zdecydowanie bardziej otwarta albo wręcz całkowicie otwarta polityka imigracyjna jest świetnym pomysłem, mają na to mocne dowody – i to nie tylko teoretyczne. Z roku na rok przybywa badań i argumentów rozwiewających antyimigranckie fobie.

Najczęstszym argumentem przeciw imigrantom jest ten już użyty przez Sowella: obniżają pensje i zabierają miejsca pracy rdzennej ludności. Ten argument pojawiał się bardzo często w Wielkiej Brytanii przed brexitowym referendum i skierowany był głównie przeciw Polakom.

O tym, jak bardzo jest on nietrafiony, przekonuje chociażby Alex Nowrasteh, ekspert od polityki imigracyjnej z think tanku Cato Institute. Jego zdaniem w świetle badań empirycznych wcale nie jest pewne, że – jak sugeruje Sowell – ograniczenie napływu meksykańskich imigrantów zwiększy pensje pracowników w rolnictwie. – Bardziej prawdopodobne jest, że zacznie się wtedy kurczyć ten sektor rolnictwa, który wymaga najwięcej pracy rąk ludzkich. Stanie się ona po prostu zbyt kosztowna i farmerzy będą uprawiać tylko takie rośliny, z których plony można zbierać mechanicznie. Możliwe też, że niektórzy porzucą rolnictwo całkowicie i konsumenci będą importować tańsze pożywienie z zagranicy. To oznacza, że miejsca pracy w rolnictwie zostaną przeniesione właśnie za granicę – tłumaczy ekonomista, a ta logika stosuje się do wszystkich branż, w których pracują niewykwalifikowani imigranci.

W istocie to outsourcing pracy i produkcji, czyli konkurencja ze strony innych rynków, wywiera największą presję na to, by na rynku lokalnym obniżać pensje albo ograniczać zatrudnienie i inwestować w kapitał, tj. maszyny i roboty, a nie w pracowników. Gdyby zatem nie imigranci, którzy są skłonni konkurować nawet z hipertanią siłą roboczą z zagranicy, niektóre sektory w gospodarkach rozwiniętych zniknęłyby na dobre. Nie istnieje też zjawisko zabierania miejsc pracy przez imigrantów lokalsom, bo gdyby nie ich napływ, wiele miejsc pracy nigdy by nie powstało.

Nowrasteh krytykuje więc konsekwentnie Sowella za argument o tym, że „Amerykanie pracowali na roli od pokoleń”. – To, że jeżdżono kiedyś na koniach, nie oznacza, że rząd powinien obecnie zmniejszać podaż samochodów. Sowell ignoruje własne dokonania w ekonomii – stwierdza Nowrasteh, wyraźnie zaskoczony niską jakością rozumowania swojego starszego kolegi.

Czy Sowell nie zna na przykład badań Giovanniego Peri z Uniwersytetu Kalifornijskiego na temat imigracji do Kalifornii? Gdyby ten stan USA był odrębnym państwem, w statystykach widniałby w ścisłej czołówce krajów najbardziej gościnnych wobec imigrantów na świecie. Na przykład w 2004 r. w Kalifornii pracowało aż 30 proc. zagranicznej siły roboczej z terenu całych Stanów Zjednoczonych.

Peri przeanalizował historię gospodarczą Kalifornii od 1960 do właśnie 2004 r., odkrywając, że imigracja... stymulowała popyt na pracę i wzrost płac wśród „oryginalnych” mieszkańców stanu. Wykonując inne prace i mając inne umiejętności niż oni, imigranci realnie zwiększali średnią produktywność w gospodarce! Podobne badania Ponti przeprowadzał w Danii w odniesieniu do imigracji spoza Unii Europejskiej. Wyniki? Zbliżone.

A może chodzi tylko o legalnych imigrantów, którzy z definicji spełniają wymogi lokalnego prawa pracy, są opodatkowani, podlegają przepisom o pensji minimalnej? Nie. W pracy „Efekty ograniczenia liczby nielegalnych emigrantów” z 2014 r. Peri razem z Andrim Chassamboullim dowodzi, że pozbywanie się nielegalnych imigrantów także nie jest dobrym pomysłem. Osłabia bowiem rynki korzystające z taniej pracy, zmniejsza zyski i w efekcie ogranicza inwestycje w nowe miejsca także dla lokalnych pracowników. – Polityka deportacji, repatriacji, ostrych kontroli granicznych ogranicza nie tylko nielegalną, ale i ogólną imigrację, zwiększając koszt poszukiwania pracy dla imigrantów – zauważają dodatkowo badacze.

Korzystny wpływ imigrantów na gospodarkę kraju gospodarza potwierdzają badania przeprowadzone przez ekonomistów na bazie statystyk OECD. Nie chodzi tylko o płace, ale o ogólny rozwój gospodarczy. Imigranci nie tyle go wywołują, ile podtrzymują. Na przykład dzięki imigrantom w latach 2007–2009 brytyjski PKB wzrósł o dodatkowe 0,5 proc. (dane za www.migrationobservatory.ox.ac.uk/).

>>> Czytaj też: To nie uchodźcy zagrażają Europie. Terroryzm kiełkuje w samym sercu Kontynentu [OPINIA]

Kultura über alles?

Co jednak z zastrzeżeniem Sowella, że imigracja to import niepożądanych kultur mogących zagrozić wolnemu społeczeństwu? Jeśli skupimy się na anegdotach i pojedynczych przykładach, łatwo będzie tu Sowella wesprzeć. Przestępczość, a zwłaszcza terroryzm może być tutaj koronnym argumentem. Tyle że opartym na emocjach, a nie danych. Oczywiście, jakiś związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy imigracją a terroryzmem zapewne istnieje, ale czy jest on tak istotny, jak się sądzi? I czy jest związany ze skalą migracji, a nie jej rodzajem? Na to dowodów nie ma.

Co więcej, zapomina się, że źródła terroryzmu są różne, i często ma on swoje osobne i zupełnie z imigrantami niezwiązane przyczyny. IRA na przykład w zamachach mających na celu oderwanie Irlandii Północnej od Wielkiej Brytanii zamordowała ok. 1800 osób. To, nawiasem mówiąc, więcej niż islamscy terroryści w sumie we wszystkich zorganizowanych w Europie zamachach. Walka z terroryzmem nie powinna być zatem walką z imigrantami, bo to źle postawiona diagnoza.

Alex Nowrasteh i jego czterej koledzy opublikowali w 2014 r. pracę z pytaniem w tytule: „Czy imigracja wpływa na instytucje?”. Aby na nie odpowiedzieć, zestawili dane o napływie imigrantów do poszczególnych krajów z ich wskaźnikami wolności gospodarczej, w których ocenia się m.in. jakość państwowej administracji czy ustawodawstwo.

„Nasze badania wskazują, że imigracja może wpływać korzystnie na instytucje państwa, tak by sprzyjały większej wolności” – piszą w podsumowaniu badania autorzy.

Jeśli zatem wolnorynkowi ekonomiści nie muszą się obawiać, że imigranci zepchną państwo na tory wrogie wolności, to może ekonomiści nastawieni bardziej socjalnie powinni się obawiać, że imigranci, korzystając z socjalu wypracowanego przez rdzennych mieszkańców, będą podkopywać społeczne poparcie dla państwa dobrobytu? Takie obawy rozwiewają z kolei David Brady i Ryan Finnigan w pracy z 2014 r. opublikowanej w „American Sociological Review”. Przeciwnie, konkludują badacze, istnieją dowody, by sądzić, że imigracja takim postawom wręcz sprzyja.

Zastrzeżenia wobec imigracji przyjmują czasami charakter filozoficzny. Na przykład: „Czyż pojawienia się na czyimś terenie bez zaproszenia i zgody nie nazywamy wtargnięciem lub włamaniem i nie penalizujemy go? W odniesieniu do państwa pojawianie się imigrantów jest właśnie wtargnięciem”. Takie postawy można znaleźć wśród niektórych libertarian.

Nie jest to jednak właściwe postawienie sprawy – bo o ile faktycznie wejście na prywatną posesję możne być uznane za włamanie, o tyle imigranci z reguły mają realne zaproszenie do danego kraju: od chcących ich zatrudnić pracodawców, od chcących wynajmować im domy i mieszkania właścicieli czy wreszcie od chcących sprzedawać im swoje produkty handlowców. Gdyby było inaczej, przed Meksykanami zamykałyby się drzwi amerykańskiego Wal-Martu, a przed Ukraińcami drzwi polsko-portugalskiej Biedronki.

Powolutku do celu

Ludzie codziennym życiem demonstrują swoją akceptację dla imigrantów. Nawet jeśli gorliwie deklarują antyimigracyjne poglądy, to nie wspierają ich swoimi portfelami. To właśnie jedna z prawdziwie humanistycznych funkcji kapitalizmu: tam, gdzie pojawia się pieniądz czy wizja zysku, znikają bezzasadne uprzedzenia wobec ras i obcych. Gorzej, że puste poglądy można bezkosztowo demonstrować także przy urnie wyborczej.

Ograniczeń, jakie idei otwartych granic stawia system polityczny, świadomy jest prof. Tyler Cowen z George Mason University, jeden z bardziej poważanych obecnie ekonomistów w USA. Cowen wierzy, że zwiększenie napływu imigrantów do USA powinno odbywać się stopniowo, a nie poprzez radykalne kroki. – Spróbujmy ideę otwartych granic zaaplikować na Cyprze, Tajwanie czy w Izraelu albo Szwajcarii i sprawdźmy, jak daleko można z tym pójść – ironizuje Cowen na swoim poczytnym blogu MarginalRevolution.com. I dodaje: – Wielkie kraje poradzą sobie z napływem ludności lepiej niż małe, ale czy istnieją aż tak duże kraje, by poradzić sobie z całkowicie otwartymi granicami? Moim zdaniem ich adwokaci robią proimigracyjnej sprawie niedźwiedzią przysługę. Wizja masowego napływu ludzi po prostu przeraża ludzi, którzy w naturę wpisane mają unikanie ryzyka. Cieszę się, że USA miały otwarte granice kiedyś, ale teraz na świecie mobilność jest zbyt duża. Wpuszczenie do nas 500 mln biednych ludzi zabiłoby kurę znoszącą złote jajka – tłumaczy swoją postawę Cowen, brzmiąc podobnie jak Sowell, czyli tak, jak gdyby akurat w przypadku imigracji jego własna wiedza ekonomiczna nie była dla niego istotna.

Skąd biorą się te postawy? Otóż tak jak Cowen większość ekonomistów to pragmatycy – pozostają nimi nawet, jeśli rozumieją korzyści płynące z otwartych granic. Zamiast zatem promować bezwarunkowe poparcie dla otwartych granic, wolą opracowywać technokratyczne polityki „optymalizowania” imigracji tak, by imigranci byli przez społeczeństwo lepiej widziani. Do podręcznikowych przykładów takich propozycji należy pomysł Gary’ego Beckera, by za zamieszkanie (w różnych wariantach: obywatelstwo) na terenie danego kraju emigrant musiał uiszczać określoną opłatę. No bo skoro mu tak zależy.

Inni ekonomiści proponują, by polityka imigracyjna premiowała wykształconych, bo oni mogą wnieść jeszcze większą wartość dodaną w lokalną gospodarkę, a jeszcze inni chcą wyłączać funkcję dyskryminacyjną poprzez losowanie imigrantów. Pomysłów jest zatrzęsienie, ale oczywiście żaden z nich nie rozwiązuje wszystkich imigracyjnych problemów. Zwłaszcza tych związanych z masowymi migracjami powodowanymi pozaekonomicznymi czynnikami, takimi jak wojny. Wszyscy mieszkańcy Unii Europejskiej dokładnie wiedzą, o czym mowa.

Każdy pomysł jest wart przemyślenia. Niemniej za każdym razem w dyskusjach o polityce imigracyjnej należy pamiętać o jednym: rozmawiamy tu o ludziach, którzy z jakichś przyczyn wyjechali z miejsc, w których im źle. Komunizm z reguły nie pozwalał na emigrację. W kapitalizmie z tym problemów nie ma. Jednak gdyby współczesne społeczeństwa zaczęły ostrzej bronić się przed imigracją, efekt dla chcących opuścić dane terytorium byłby ten sam, co w komunizmie: przymusowo musieliby zostać tam, gdzie są.

>>> Czytaj też: Jak uratować UE przed rozpadem? Przywrócić państwom kontrolę nad imigracją