To nowy genialny pomysł, który pojawia się w różnych dyskusjach na temat przyszłości unii walutowej, ale można mieć pewne wątpliwości, czy doprowadzi do poprawy sytuacji gospodarczej w słabszych ekonomicznie krajach Unii Europejskiej.

We fragmencie książki Stiglitza, zatytułowanym “Jak wspólna waluta zagraża przyszłości Europy”, propozycja „elastycznego euro” jest przedstawiona jako kompromis pomiędzy pełną integracją fiskalną w Europie (co jest dziś politycznie nieosiągalne), a całkowitym rozpadem strefy euro, gdzie wszystkie kraje powracają do swoich walut narodowych. Ten ostatni scenariusz wg. Stiglitza mógłby mieć bardzo poważne konsekwencje na wielu frontach. Instytucje strefy euro – uważa Stiglitz – nie są z gruntu niewłaściwe, ale są jednak niewystarczajce do zaządzanie systemem jednej waluty. Tymczasem „elastyczne euro” polegałoby na:

“stworzeniu systemu, w którym różne kraje (różne grupy krajów) miałyby swoje własne euro. Wartość różnych walut euro byłaby zmienna, ale w granicach, na które unia walutowa mogłaby mieć wpływ. Z czasem, być może wraz z wykształceniem się niezbędnej solidarności, granice te mogłyby zostać zredukowane i ostatecznie cel wspólnej waluty, zapisany w Traktacie o Unii Europejskiej z Maastricht z 1992 roku zostałby osiągnięty”.

Łatwo dostrzec, czemu propozycja Stiglitza jest lepsza niż powrót do lir, peset i franków. Otóż jeśli nowe waluty będą nazywane euro, wówczas unia zostanie zachowana, a jej cele niezmienione, ale jednocześnie kraje będą mogły korzystać z zalet oddzielnych walut. A konkretnie z jednej zalety, mianowicie możliwości dewaluacji waluty. „Przy niższym kursie – pisze Stiglitz – kraje Europy południowej (np. Grecja i Włochy) mogłyby więcej eksportować, a mniej importować. Dzięki temu wzrósłby popyt, a wraz z nim dochody i poziom zatrudnienia”.

Elastyczność różnych walut euro byłaby ograniczona przez granice, ustalane za pomocą europejskich polityk. Prawdopodobnie chodzi o formę mechanizmu, który stosują kraje tuż przed przystąpieniem do strefy euro. To byłaby cena za zachowanie pozorów jedności. To co odróżnia wizję Stuglitza od innych to kwestia podziału strefy euro.

W 2012 roku brytyjski ekonomista Robert Bootle, laureat nagrody Wolfsona (druga najważniejsza nagroda w świecie ekonomii po Noblu), zaproponował serię rozwiązań jeśli chodzi o odejście od euro. Ekonomista ten rozważał możliwość podziału obszaru wspólnej waluty na „północne euro” i „południowe euro”, ale pomysł ten uznał za mniej korzystny niż utrzymanie euro w krajach rdzenia (Niemcy, Austria, Holandia, Finlandia, Belgia i pewnie Francja – z powodów politycznych), przy jednoczesnym powrocie do walut narodowych krajów południa. Kraje te – uznał Bootle, są w niewystarczającym stopniu połączone na rzecz wspólnej waluty. Dlatego nie ma sensu, aby państwo takie jak Grecja ciągnęło innych w dół.

Sam Stiglitz wzywał swego czasu, aby Niemcy opuściły strefę euro, dzięki czemu wartość nowej marki wrosłaby, zaś euro uległoby dewaluacji. Wszystkie te pomysły są oparte na założeniu, że dewaluacja pomogłaby słabszym krajom podnieść eksport, wzmocnić wzrost gospodarczy i zmniejszyć bezrobocie. Niemcy, które robiły tak przez dekady, znalazłyby się w gorszej pozycji i musiałyby przestać tyle eksportować. „Olbrzymia nadwyżka handlowa Niemiec – główne źródło globalnych nierównowag – uległaby zmniejszeniu” – pisze Stiglitz. „Niemcy musiałyby znaleźć inne silniki wzrostu” – dodaje noblista.

W teorii wszystko to wygląda logicznie i sprawiedliwie, szczególnie jeśli chodzi o ostatnią kompromisową propozycję Stiglitza. Nie jest jednak jasne, jak system ten zadziałałby w praktyce. Jednym z powodów jest fakt, że niemiecki eksport nie zmieniał się wraz ze zmianą kursu euro.

Niemcy też nie wysysały soków z innych krajów strefy euro, eksportując więcej i kupując w zamian mniej. Było przeciwnie – niemiecki import z krajów strefy euro rósł szybciej niż eksport do krajów unii walutowej.

Nie jest zatem do końca jasne, w jakim stopniu ograniczona zdolność do dewaluacji pomogłaby słabszym krajom Unii Europejskiej. Europejski eksport jest znacznie bardziej złożony niż eksport krajów wschodzących, często oparty o surowce. Eksporterzy z Włoch, Hiszpanii, Francji i Niemiec konkurują nie tylko ceną. Oczywiście do pewnego stopnia na niższym kursie eksporterzy generalnie korzystają, ale różnica ta może nie być wystarczająca, aby pobudzić wzrost. Szczególnie jeśli słabsze waluty oznaczają także wyższe stopy procentowe. Dziś, dzięki przynależności do strefy euro, południowe gospodarki korzystają z niskim stóp procentowych dzięki unii walutowej.

W swojej książce Stiglitz rozważa tzw. substytucję importu (działanie o charakterze protekcjonistycznym, mające na celu zastąpienie importu większą produkcją dóbr w danym kraju). Rozwiązanie takie miałoby stać się jednym z silników wzrostu w krajach, takich jak np. Grecja. Być może warto jednak przyjrzeć się przykładowi Rosji od czasu gwałtowego załamania się ceny ropy. Widać tu, że tego typu silnik gospodarczy może być bardzo słaby.

Gdy na jesieni 2014 roku ceny ropy załamały się, Rosja szybko uwolniła kurs rubla – postępując w efekcie zgodnie z receptą Stiglitza. Kurs rosyjskiej waluty drastycznie spadł. Rubel stracił ok. 1/3 swojej wartości pomiędzy październikiem 2014 a styczniem 2015. Bank centralny „szarpał się” ze stopami procentowymi. W tym samym czasie rosyjski rząd zdecydował się wykorzystać słabą walutę do substytucji importu, zakazując importu większości produktów rolniczych z Zachodu. Zrobiono to głównie w reakcji na sankcje po agresji Rosji na Ukrainie.

Rosyjska gospodarka co prawda się ustabilizowała od tamtego czasu, ale wciąż tkwi w recesji. Wzrost w pewnych sektorach, osiągnięty dzięki zakazowi importu, nie jest w stanie wyrównać strat w inwestycjach w innych sektorach, powstałych na skutek wysokich stóp procentowych, niższego popytu wewnętrznego i wszechobecnej regulacji.

Jak bardzo “elastyczne euro” pomogłoby słabszym gospodarkom strefy euro? Prawdopodobnie w mniejszym stopniu niż pomogło to Rosji.

Nie istnieją proste rozwiązania dla krajów Europy Południowej. Ich problemy to efekt wielu dekad złego zarządzania, korupcji, upolitycznionych regulacji, braku innowacyjności czy nieprzywiązywania dużej wagi do jakości. Polityka monetarna nie jest największym problemem tych krajów. Jej zmiana, bez zmiany w zakresie innych problemów może cofnąć europejską integrację gospodarczą, nie dając jednocześnie większych korzyści.