Wśród nich - Polacy. Według spisu powszechnego z 2011 roku w Leeds w północnej Anglii jest ich ok. 7 tys. - jeden procent ludności miasta. W Armley stanowią kilka procent, ale chodząc głównymi ulicami dzielnicy trudno pozbyć się wrażenia, że jest ich wielokrotnie więcej. Na głównej arterii Armley Town Street mieści się kilkanaście sklepów sprzedających polskie produkty, z polską obsługą i napisami po polsku. Język polski jest słyszalny co najmniej tak samo jak angielski, jeśli nie bardziej.

Oprócz nich ludzie zewsząd. Na pojedynczych witrynach widnieją napisy po czesku, słowacku, litewsku, rosyjsku. W zaułkach gromadzą się niewielkie grupy, m.in. słowackich Romów, a lokalne puby - pomimo wczesnych godzin popołudniowych - są pełne Brytyjczyków. To w większości robotnicy fizyczni - część na emeryturze.

Niegdyś kwitł tu przemysł, bo Leeds wyrosło na rewolucji przemysłowej. Armley w XVIII i XIX wieku słynęło z produkcji tekstyliów. Później było gorzej: najważniejszą firmą w dzielnicy była fabryka azbestu. Po drugiej wojnie światowej władze Leeds próbowały zmienić wizerunek tej części miasta. Zniszczenia pomogły przyspieszyć decyzję o przebudowie na dzielnicę mieszkalną. Udało się tylko połowicznie: w Armley znajduje się wiele domów, ale głębsze problemy społeczne nie zostały rozwiązane. Dzisiaj ta część miasta jest najbardziej znana z pobliskiego więzienia. I kłopotów.

Lokalny policjant ocenił w anonimowej rozmowie z PAP, że piątkowy atak grupy wyrostków na dwóch Polaków - jeden został poważnie pobity i wyszedł ze szpitala dopiero w poniedziałek po południu - nawet go nie dziwi. "Nie wiem, czy to jest koniecznie związane z referendum. Do takich incydentów dochodzi bez przerwy, ale często nikt tego nawet do nas nie zgłasza, więc nie możemy wszcząć śledztwa. Problem jest ogromny" - przyznał.

Paulina, młoda Polka pracująca w polskim sklepie Fresh Metro w Armley, pracowała w piątek wieczorem na zmianie w pobliżu miejsca pobicia. "Krzyczeli, śmiali się. To wyglądało poważnie. Przyszła tutaj taka starsza pani i mówiła, że ten chłopak, którego potem pobili, szarpał ją za ramię i prosił, żeby mu pomóc - ale miała ze sobą dzieci, bała się" - relacjonowała.

"Tutaj, w Armley, naprawdę nie jest bezpiecznie - po prostu, nie tylko dla Polaków. (...) Po Brexicie pojawiał się ten temat, ale ogólnie opinia Polaków tutaj jest taka, że trzeba wracać do Polski - ze strachu. Ja się nie boję, osobiście nie narzekam, mieszkam poza Armley, ale z tego co słyszę, to ludzie nie są zachwyceni" - powiedziała.

Marcin Kleszczyński, który w ramach organizacji "Pomoc Help" pomaga mieszkającym w Armley Polakom, ostrożnie dobierał słowa, kiedy dziennikarze pytali go o sytuację w tej części miasta. "To pierwszy atak na taką skalę, ale na mniejszą - były zawsze jakieś słowne utarczki, małe pobicia" - powiedział.

"Dużo ludzi, którzy niezbyt nas rozumieją - naszą sytuację i to, dlaczego tu jesteśmy - i uważają, że wszystko jest naszą winą. To powoduje niechęć do nas, agresję" - ocenił. "Używane są różne słowa: wróć do swojego kraju, nie chcemy ciebie tutaj. (...) O wielu sprawach ludzie nie informują z powodu nieznajomości języka i ze strachu: co będzie, przecież policja nie będzie pilnowała domu całą dobę" - powiedział.

Jak dodał, sytuacja Polaków przypomina mu problemy, z jakimi w latach 60. musiała się zmierzyć nowa wówczas w Wielkiej Brytanii społeczność azjatycka. "To jest punkt przełomowy, musimy sobie z tym poradzić" - powiedział, ale po chwili dodał: "Mała pomoc dla Polaków ze strony rządu brytyjskiego i swoiste przyzwalanie może doprowadzić do sytuacji, że jakaś część osób będzie chciała wrócić do Polski".

Lokalna radna Alison Lowe z Partii Pracy nie ma wątpliwości, że problem jest poważny. "Zdecydowanie ta okolica się zmieniła na przestrzeni ostatnich kilku lat. (...) Tempo zmian było bardzo duże, kompletnie transformując lokalną społeczność, która teraz wygląda inaczej, brzmi inaczej, inaczej tu się czuje. Wiele brytyjskich sklepów zamyka się w ostatnich miesiącach i niektórzy czują, że ich narodowość zatraca się w innych grupach (migrantów - PAP) - i są przerażeni" - powiedziała.

Lowe sama pochodzi z imigranckiej rodziny: jej ojciec przyjechał do Leeds kilkadziesiąt lat temu z Karaibów. "Mój ojciec był tu mile widziany, ja byłam tu mile widziana i uważam, że Wielka Brytania jest wspaniałym miejscem do życia. Sposób, w jaki zarządzamy napływem społeczności imigranckiej, powinien jednak brać pod uwagę, że społeczność przyjmująca potrzebuje czasu, żeby się dostosować do nowego środowiska, nowej rzeczywistości, nowej kultury. Nie mieli tego czasu, to błąd polityków" - mówiła.

Jak podkreśliła, dziesiątki tysięcy migrantów z Europy Środkowo-Wschodniej - w tym z Polski - pojawiło się w Leeds w latach, które dla Brytyjczyków kojarzyły się z polityką zaciskania pasa, cięciami socjalnymi i problemami na rynku pracy. "Ludzie są źli. (...) Ludzka natura jest taka, że patrzysz na innych i oskarżasz ich o to, czego tobie nie udało się osiągnąć" - oceniła.

Radna przyznała, że sytuacja szczególnie pogorszyła się od czasu czerwcowego referendum ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. "Moja siostra była ostatnio zaatakowana słownie tutaj, na tej ulicy, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Zdecydowanie, Brexit dał niektórym osobom poczucie, że mogą zachowywać się w nieakceptowalny, rasistowski sposób" - powiedziała.

"Kocham naszą polską społeczność i to, że mamy multikulturową społeczność, także tu w Armley, i chciałabym, żeby Polacy, tak jak ja, czuli się tutaj bezpiecznie i mile widziani. (...) Myśląc jednak o dłuższej perspektywie, musimy popracować nad spójnością społeczną" - podkreśliła.

Pod wieloma względami Armley przypomina Harlow, w którym na przestrzeni dwóch tygodni w podobnych atakach zginął jeden Polak, a trzech zostało rannych. Wysoki poziom problemów społecznych i szybki przyrost populacji imigranckiej - zmieniający oblicze ulic - doprowadził do wzrostu napięć i frustracji. Po czerwcowym referendum stało się to jeszcze bardziej widoczne.

"Niestety, na naszej mapie przestępstw motywowanych nienawiścią Leeds jest na pierwszym miejscu" - przyznał konsul generalny w Manchesterze Łukasz Lutostański. "To miejsce, gdzie musimy dużo pracować z policją, lokalnymi społecznościami. (...) Zaraz po referendum liczba poważnych incydentów była stosunkowo duża, ale teraz pojawiają się kolejne" - powiedział.

"Domagamy się zera tolerancji dla ksenofobicznych ataków na Polaków. Apeluję: raportujcie wszystkie incydenty. Mamy poczucie, że statystyki nie odzwierciedlają wszystkich przypadków" - podkreślił.

Mieszkający w Armley Polacy podkreślają, że poza policyjnym rejestrem może być nawet kilkadziesiąt, jeśli nie ponad sto przypadków. Mówią wprost: potrzeba szybkiego działania, w tym większego liczebnie wsparcia konsularnego i programu działań społecznych na miejscu - zarówno wobec nich, jak i lokalnej społeczności. Zanim dojdzie do tragedii - takiej, jak w Harlow.

>>> Czytaj też: Austria wejdzie do Grupy Wyszehradzkiej? "Grupa miałaby silniejszą pozycję w UE"