Brukselscy spece od układania nam życia twierdzą, że to ocali mnóstwo istnień. Świetnie! Ale ja mam jeszcze lepszy pomysł, który pozwoli zredukować liczbę wypadków do absolutnego zera. I to w ciągu jednego dnia! Po prostu już w najbliższy poniedziałek w ogóle zakażmy ludziom jeżdżenia samochodami.

Mam wrażenie, że Europą rządzi banda idiotów, których całe życie sprowadza się do pobierania pensji w wysokości 10 tys. euro miesięcznie i latania 10 razy w miesiącu samolotami pomiędzy Brukselą a swoimi rodzimymi krajami. Podczas lotów mają dużo czasu na dłubanie w nosie i zastanawianie się, co by tu jeszcze spieprzyć. Nie potrafili zatrzymać przy sobie Wielkiej Brytanii, nie mają bladego pojęcia, jak rozwiązać problem tratw z uchodźcami, na ich oczach rozpada się fundament Wspólnoty, czyli swobodny przepływ osób i usług, a oni w takim momencie postanawiają zająć się palącym problemem kierowców, którzy na pustej autostradzie jadą 150 zamiast 140 km/h. Gdyby choć raz zamiast samolotem udali się w drogę powrotną do domu samochodem, być może zrozumieliby, że to najbardziej debilny pomysł od czasów wynalezienia koła. I że w rzeczywistości uczyni on jazdę jeszcze bardziej niebezpieczną, a ofiar wypadków będzie więcej.

Sęk w tym, że czasami przekraczanie prędkości jest konieczne. I to nie tylko w skrajnych sytuacjach, gdy np. sąsiad donosi wam, że jakiś obcy facet już trzecią godzinę siedzi u waszej żony. Wciśnięcie pedału gazu w podłogę wydaje się oczywiste także podczas wyprzedzania – po prostu dzięki temu szybciej kończycie niebezpieczny manewr. Człowiek różni się tym od maszyny, że jest w stanie w ułamku sekundy ocenić sytuację i natychmiast podjąć decyzję, czy powinien wcisnąć gaz czy hamulec. Owszem, czasami się myli. Ale założę się, że komputery będą się myliły w takich sytuacjach częściej – po prostu będą hamowały w momencie, gdy akurat znacznie bardziej przydałaby się wam prędkość. Niestety, przez oderwanych od rzeczywistości unijnych hipokrytów nie będziecie mogli z nich skorzystać.

Już nawet koncerny motoryzacyjne mają dosyć tego, że politycy dyktują im chore warunki i w dodatku bardzo często robią pod rękę z ekologami. Od lat zmusza się producentów do obniżania pojemności silników, wycinania cylindrów, ograniczania emisji dwutlenku węgla etc. Przez to wszystko auta stały się nudne, pozbawione charakteru, droższe w naprawach etc. Setkom milionów kierowców odebrano radość z jazdy. Zrobiło to paru kolesi specjalizujących się w wygniataniu leniwymi dupskami foteli obitych zdechłą krową i ustawionych przy dębowych biurkach, którzy dogadali się z – o, ironio – paroma kolesiami specjalizującymi się w przykuwaniu do dębów i przekonywaniu świata, że krowom przysługują takie same prawa jak ludziom.

Ale BMW właśnie wygarnęło politykom, co o nich myśli. Zrobiło to jednak dyplomatycznie – zamiast jeździć do Brukseli, żalić się, prosić i błagać, grzecznie chrząknęło: „Ekhm, spójrzcie, co zrobiliśmy”. I zaprezentowało model M760Li. Niepoprawne politycznie sześć litrów pojemności, niemoralne dwanaście cylindrów, obrazoburcze 610 koni, nieprzyzwoite 800 Nm, obsceniczne 300 g CO2 na kilometr oraz niegodziwe 20 litrów paliwa na setkę w mieście. To auto jest w gruncie rzeczy zaszyfrowaną wiadomością wysłaną do Brukseli: „Możecie cmoknąć nas w...”. I bardzo, naprawdę bardzo mi się to podoba.

Wydawać wam się może, że skoro BMW postawiło w nazwie tego modelu literę „M”, to mamy do czynienia ze sportową limuzyną. Cóż... szczerze mówiąc, to chyba miało to być „W” jak Wielmożny, ale ktoś w fabryce niechcący odwrócił literę. Owszem M760Li jest bardzo mocne, ale mniej więcej w taki sam sposób, jak zawodnik sumo – ma mnóstwo siły, lecz gdy każecie mu biec, to będzie wolał skoczyć, ale z mostu. Rozumiecie, co mam na myśli? To nie jest auto do szybkiego pokonywania górskich serpentyn, jazdy po torze i robienia długich slajdów w chmurze dymu z opon. Jest na to zdecydowanie za ciężkie, ma za miękkie zawieszenie i – jakby to powiedzieć grzecznie – niewystarczająco precyzyjny układ kierowniczy. Dość szybko pojawia się tu podsterowność, a przód podczas ostrzejszego hamowania wyraźnie nurkuje, a podczas mocnego przyspieszania unosi się do góry niczym dziób startującego samolotu. Przyczepność jest wzorowa, nie ma tu też grama nerwowości przy wyższych prędkościach, a wszystko odbywa się tak pewnie i stabilnie, że do trzymania kierownicy wystarczy wam paznokieć u najmniejszego palca. Jednak cały czas towarzyszy wam uczucie, że prowadzicie pełnomorski wycieczkowiec „Queen Mary 2”, a nie zwartą i zwrotną motorówkę Riva. To po prostu cholernie komfortowa limuzyna, która potrafi zapie... Znaczy się bardzo szybko jeździć.

Pierwsze 100 km/h pojawia się na prędkościomierzu po 3,7 s od wciśnięcia gazu w podłogę. A jeśli poprosicie o zdjęcie blokady i BMW wyrazi na to zgodę, pojedziecie ponad 300 km/h. 300 na godzinę limuzyną, która waży prawie 2,5 tony, a na tylnych fotelach oferuje więcej miejsca niż mój salon! Jednak to nie prędkość i przyspieszenie są najbardziej obezwładniającą częścią tego auta, ale sposób, w jaki samochód je osiąga, i dźwięki, jakie przy tym wydaje. Zapas mocy i momentu obrotowego jest tak potężny, że dosłownie muskając pedał gazu, wyprzedzacie absolutnie wszystko, co znajduje się na waszej drodze. Przez większość czasu korzystałem z 20–30 proc. możliwości silnika i wierzcie mi – nie miałem ochoty na więcej. Skrzynia zmieniała bieg zaraz po tym, jak wskazówka obrotomierza mijała cyfrę 2 – w każdym normalnym aucie oznacza to nabieranie rozpędu w tempie kreta, który wyszedł z ziemi. Ale nie w M760Li. Tu było po prostu superdynamicznie. Wyobraźcie zatem sobie, co działo się, gdy skrzynia zmieniała przełożenie dopiero przy 7 tys. obrotów. A wszystko to przy dźwiękach... Sam nie wiem, do czego je porównać. W poniedziałek, dosłownie 30 sekund po tym, jak wyjechałem z domu, zadzwoniła do mnie żona i zagroziła mi rozwodem. W ten jeden dzień, kiedy mogła ciut dłużej pospać, obudziłem dzieci o 6.30 rano. Gdy tylko wcisnąłem przycisk Start/Stop na podjeździe, one uznały, że nadchodzi potężna burza i z płaczem pobiegły do naszej sypialni. Nie jest to jednak w żadnym wypadku natarczywy, męczący dźwięk. To głęboki, ale aksamitny bulgot dwunastu cylindrów. Coś jak Placido Domingo śpiewający pod wodą albo – przy wyższych obrotach – przypalany żywcem.

Jestem więcej niż pewien, że konstruując ten silnik i wypuszczając taki model na rynek, BMW doskonale zdawało sobie sprawę, że będzie on stanowił ułamek sprzedaży. I że nie zarobi na nim ani centa. Wydało jednak kupę pieniędzy po to, żeby politykom pokazać środkowy palec, kierowcom zaś to, za czym będziemy tęsknili w niedalekiej przyszłości: nieprawdopodobny dźwięk, nadprodukcję mocy i świadomość, że nie mamy do czynienia ze zlepkiem blachy, skóry i plastiku, lecz z żywym organizmem, który ma serce, duszę, charakter oraz wymaga częstego karmienia. Pod wieloma względami BMW M760Li mi się nie podoba. Nie lubię jego zawieszenia ani mało komunikatywnego układu kierowniczego, które całkowicie izolują od drogi i otoczenia. Tak naprawdę to samochód dla tych, którzy lubią siedzieć (a w zasadzie półleżeć) na tylnej kanapie, oglądać telewizję i korzystać z funkcji masażu, w jaką wyposażone są fotele. Tylko po co wam wtedy 610 koni i 12 cylindrów?

Ale z drugiej strony to właśnie ta bezsensowność sprawia, że to BMW jest wspaniałe. Jest rodzajem pomnika, jaki Bawarczycy wybudowali dla przypomnienia światu, czym jest prawdziwa, przechodząca powoli do historii motoryzacja. Motoryzacja, której nie mierzy się gramami dwutlenku węgla i centymetrami przestrzeni bagażowej, lecz ilością uderzeń serca na minutę. Ja ten pomnik chętnie postawiłbym w swoim garażu. Nawet nie musiałbym nim jeździć. Wystarczyłoby mi jego słuchanie. Niestety, niedługo Komisja Europejska zakaże pewnie tego, argumentując, że silniki spalinowe pogarszają nasz słuch o 0,0003 proc.

>>> Czytaj też: Elektryki, hybrydy, pojazdy bez kierowcy. Zobacz, jakie autobusy wkrótce wyjadą na ulice [ZDJĘCIA]