Od trzech tygodni każdy mój wieczór wygląda tak samo: około 20.30 idę usypiać najmłodszego syna, co – ku zdumieniu mojej żony – nie zabiera mi 10 minut jak jeszcze niedawno, tylko jakieś półtorej godziny. A to dlatego, że oglądamy sobie z młodym „Frjendsuf”.

Uwielbiam ten sitcom i uważam, że od czasu rozpoczęcia jego produkcji (czyli od 23 lat) nikt nie zrobił lepszego scenariuszowo i zabawniejszego tasiemca. Sądząc jednak po komentarzach zamieszczonych na facebookowym profilu Netflixa, znajduję się w mniejszości. Widzowie, którzy w 1994 r. nie byli nawet jeszcze w planach swoich rodziców, dopiero teraz odkryli „Przyjaciół” i po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków serialu nie mogą pozbierać się psychicznie. Twierdzą, że – uwaga, uwaga! – jest on ksenofobiczny i rasistowski. Bo wszyscy bohaterowie są biali, a Chandler Bing w jednym z odcinków nie chce być postrzegany przez znajomych jako gej (bo nim nie jest). Żartuje sobie przy okazji z homoseksualizmu oraz z wielu innych bardzo poważnych rzeczy. To podłe, wstrętne, niegodne i niehumanitarne. Producenci, reżyserzy i scenarzyści tego parszywego dzieła powinni zostać postawieni przed Międzynarodowym Trybunałem Praw Człowieka, następnie skazani za zbrodnię przeciwko ludzkości, a na końcu rozstrzelani. Zaś sam serial należy wpisać na tę samą listę, na której znajduje się „Mein Kampf”.

Nasza poprawność polityczna przekroczyła poziom absurdu. Przestaliśmy odróżniać niewinne dowcipkowanie od ośmieszania. Niedozwolone są już żarty na żaden temat. Śmiać możemy się co najwyżej z polityków, ale to też pod warunkiem, że akurat nie są grubi, rudzi, łysi, nie pochodzą z Konga, Sosnowca albo nie mają odmiennej orientacji. Jeszcze dalej poszli Brytyjczycy – tamtejsze ministerstwo za nietolerancję uznało... posiadanie przyjaciół. Nie żartuję. Nauczyciele na Wyspach mają zniechęcać swoich wychowanków do zawierania przyjaźni, bo – cytuję – „innym uczniom może być przykro, że ich nie mają”. A wszystko to w imię budowania społeczeństwa opartego na równości i tolerancji. W takim razie muszę spalić swój dom, dzieci oddać na eksperymenty medyczne, a żonie kazać zmniejszyć piersi i skrócić nogi – żeby ci, którzy nie mają domów, dzieci i atrakcyjnych żon mogli poczuć się lepiej.

Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, gdy ktoś żartuje sobie z mojego heteroseksualizmu, z tego, że nie mam włosów oraz że podczas śpiewania wydaję z siebie dźwięki do złudzenia przypominające szorowanie kawałkiem styropianu po szkolnej tablicy. Tak samo nie widzę nic złego w żartowaniu z rudych, pulchnych, niskich czy włochatych. Dowodzi to wyłącznie tego, że traktuję ich na równi ze sobą i innymi ludźmi. Wydaje nam się, że wprowadzając przepis „nie żartuj z homoseksualistów”, walczymy o ich godność. Tak naprawdę jednak rzeczywisty sygnał wysłany do społeczeństwa brzmi odwrotnie: „Są inni niż my, w związku z tym są pod ochroną”. A przecież nie o to chodzi! Mamy traktować ich normalnie. A „normalnie” oznacza, że nie tylko pijemy razem to samo piwo, robimy zakupy w tych samych sklepach i leczy nas ten sam lekarz, ale również nawzajem z siebie żartujemy.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ja np. bardzo lubię sobie żartować z ludzi, którzy jeżdżą porsche. Mój dobry znajomy, który ma posturę Danny’ego de Vito, sprawił sobie niedawno nowego caymana. Gdy prowadzi, z ust mijanych gimnazjalistek wydobywają się ochy i achy. Ale gdy tylko się zatrzymuje i wysiada, wszystkie niewiasty czmychają do autobusu linii 520, który właśnie podjechał na przystanek. Za to fryzjerzy gwiżdżą na niego zawsze, bez względu na to, czy akurat wsiada, wysiada, jedzie czy tankuje.

Znam też dobrze człowieka, który kupił sobie porsche panamerę. Od dziecka marzył o 911, ale żona nie pozwoliła mu go kupić z obawy o to, że całe dnie będzie spędzał przed gimnazjum albo u fryzjera. On chciał porsche, a ona coś rodzinnego, więc poszli na kompromis i kupili panamerę. Jeśli więc ktoś widzi go na ulicy i myśli: „Facet musi być zdecydowany, pewny siebie i mieć naprawdę twardy charakter”, to grubo się myli. W relacjach z żoną jest nie twardszy niż kacze pierze. Do jego usposobienia bardziej pasowałby jakiś citroën z hydropneumatycznym zawieszeniem niż sportowa 550-konna limuzyna. Czasami pytam go, jak to się stało, że w portfelu ma więcej niż w spodniach. Wtedy odpowiada, że i tak tu i tam ma więcej niż ja w głowie. Często z siebie żartujemy. I bardzo się lubimy.

Muszę jednak przyznać, że rozumiem jego zamiłowanie do porsche. Wsiadłem kilka dni temu do nowej panamery sport turismo, czyli pierwszego w historii kombi tej marki. Wiem, że „kombi porsche” brzmi równie niedorzecznie jak „stek z bakłażana”, ale wierzcie mi – jest to obecnie najlepsze auto marki z Zuffenhausen. Nie żartuję.

Załóżmy, że wasza firma świetnie prosperuje, macie naprawdę dużo pieniędzy, szczęśliwą rodzinę i uwielbiacie szybkie samochody. Problem w tym, że codzienne dojazdy do pracy w czymś pokroju 911 turbo, audi R8 albo lamborghini byłyby manifestacją bogactwa w stylu rosyjskiego oligarchy albo dealera kokainy. Gdybyście zaparkowali takie auto przed biurem, wszyscy pracownicy jeżdżący golfami IV przebiliby wam po zmroku opony. Z kolei kontrahenci doszliby do wniosku, że nie chcą robić interesów z gościem, któremu wydaje się, że jest Jamesem Deanem, Fernando Alonso i arabskim szejkiem jednocześnie.

W przypadku panamery sport turismo sprawy będą wyglądały zupełnie inaczej – wszyscy uznają was za gościa, który odniósł w życiu sukces, spędza dużo czasu z rodziną, ma poukładane w głowie i szanuje swoich pracowników. Chętnie wyskoczylibyście z nim na drinka albo wypisali szminką swój numer telefonu na figach i mu je wręczyli, ale wiecie, że nigdy nie zadzwoni, bo ma cudowną żonę, której jest wierny. Właśnie takie wrażenie zrobiło na mnie sport turismo – to porsche dla porządnych ludzi, którzy nie chcą ostentacyjnie się chwalić, że mają porsche. Za to czerpią przyjemność z każdej sekundy spędzonej za jego kierownicą.

Nie będę się już rozwodził. Powiem tylko, że panamera turbo ST mieści bardzo wygodnie cztery osoby (pięć awaryjnie), ma ponad 500-litrowy bagażnik, pięć metrów długości i waży ponad dwie tony, a mimo to jeździ jak rasowe auto sportowe. 550 koni rozpędza do setki ją w 3,8 sek., a wskazówka prędkościomierza zatrzymuje się dopiero za magiczną liczbą 300. Wielu z was być może zastanawia się, czy jest lepsza niż audi RS6. Odpowiadam: tak, znacznie! Sprawia wrażenie bardziej zwartej i zwinnej, ma dużo lepszą skrzynię biegów, piękniej brzmi i jest bardziej komfortowa. Możecie jeździć nią jak zwykłym, miękko resorującym, cichym, rodzinnym kombi, spalając przy tym zaledwie 9-10 litrów paliwa na autostradzie. Ale gdy tylko najdzie was ochota, możecie wyjeżdżając rano spod domu, obudzić całą dzielnicę rykiem ośmiocylindrowego potwora i aktywnego wydechu, a dodatkowo spowić ją w dymie z opon.

Porsche zbudowało fenomenalny i bardzo uniwersalny wóz. Obawiam się jednak, że szaleńcy od równości i tolerancji za chwilę postanowią wylać na niego wiadro pomyj i zapragną go uśmiercić. A wszystko przez to, że spadkobiercom Ferdinanda za dobrze ostatnio się wiedzie. Takiemu BMW, Audi albo Mercedesowi może przecież być przykro.

>>> Czytaj też: Bąk: Soniczna szczoteczka do zębów jest do... [FELIETON]

ⒸⓅ