Lepiej więcej inwestować w edukację niż w innowacje

Ten tekst przeczytasz w 9 minut
13 stycznia 2017, 06:01
Nauczycielka, szkoła, stres
Nauczycielka, szkoła, stres/ShutterStock
Od lat przekonuje się nas, że gospodarka będzie się rozwijać tylko wówczas, gdy stanie się bardziej innowacyjna. Prof. Joseph Zeira, który zajmuje się problematyką wzrostu gospodarczego, przekonuje, że innowacje są ważne, ale nie najważniejsze. - Jedyną skuteczną rządową strategią zwiększania tempa rozwoju są inwestycje w edukację – uważa.

W pańskim pytaniu i światopoglądzie Thiela pobrzmiewa przekonanie, że innowacyjność to motor wzrostu gospodarczego. Jest ona oczywiście ważna, ale przecież nie każdy powinien zajmować się innowacjami! Wielkość sektora badań i rozwoju w odniesieniu do całkowitej liczby pracujących to niewiele więcej niż jeden procent w ujęciu długookresowym (od czasu wybuchu rewolucji przemysłowej). Zbyt wielu innowatorów oznaczałoby mniejszą liczbę ludzi, którzy wprowadzają ich innowacje w życie, a więc otrzymalibyśmy nieoptymalne rezultaty gospodarcze.

To tylko część prawdy. Zadaniem szkoły jest wyposażyć ludzi w narzędzia – w zdolność do pisania, czytania, prostych kalkulacji, podstawową wiedzę o ludzkiej kulturze, historii. To przydatne narzędzia, które dają nam podstawę do pracy w szerokim zakresie profesji. Oczywiście, edukacja powinna się zmieniać nieustannie, tak jak nieustannie zmienia się świat, ale według mnie nie potrzeba tu totalnej rewolucji, a zmian stopniowych. Szczerze mówiąc jednak moja perspektywa w tej kwestii może być odrobinę zaburzona, ponieważ sam jestem pracownikiem systemu edukacyjnego – profesorem uniwersyteckim.

Zastępowanie ludzi maszynami to dobrze znane zjawisko w ekonomii. Mechaniczne szwalnie zastąpiły szwaczki. Silnik parowy zastąpił konie i wielu pracowników fizycznych. Podobnie było z elektrycznością, samolotami, samochodami, kinem, komputerami, radio zastąpiło aktorów i śpiewaków… W tym procesie maszyny zwiększały, a nie zmniejszały całkowity produkt gospodarczy! Pozwalały robotnikom skoncentrować się na mniejszej liczbie zadań, a przez to wykonywać je efektywniej. Oczywiście, w krótkiej perspektywie w wyniku rozwoju technologicznego cierpią ci zastępowani przez maszyny. Często pozostają bez pracy aż do emerytury. W długiej perspektywie jednak robotyzacja przynosi korzyści.

Podkreślę jeszcze raz, że globalny sektor innowacji nie jest aż tak duży i w dodatku skoncentrowany jest w niewielkiej liczbie krajów – USA, Japonii, Niemczech, Francji i we Włoszech. Reszta świata kopiuje wymyślane tam rozwiązania. Naprawdę nie ma w tym niczego złego. To także skuteczny model rozwoju.

Gospodarka może rosnąć i bez innowacyjności. Wystarczy, że dany kraju adaptuje technologie wymyślane gdzie indziej. Rzecz jasna, rząd powinien wspierać badania naukowe, inwestując w nie, ale nie powinien tego robić zbyt mocno. To równałoby się jakiemuś rodzajowi planowania centralnego, któremu jestem przeciwny. Rząd powinien pozwolić gospodarce wytworzyć własne przewagi komparatywne spontanicznie. Jedyną skuteczną strategią na wzrost gospodarczy, jaką znamy, są rządowe inwestycje w edukację, gdyż sam rynek nie robi tego w wystarczającym stopniu.

Nie do końca. Ekonomiści są świadomi, że ostatnie 200 lat to okres bez precedensu w historii, jeśli idzie o dynamikę wzrostu gospodarczego. Wiedzą też dobrze, że owe dwa stulecia to okres gwałtownych zmian technologicznych. Łączą zatem te dwie kwestie. Akumulacja kapitału sama z siebie nie tłumaczy całości wzrostu gospodarczego, ma on także inne przyczyny. Mikroanaliza wielu wynalazków i innowacji pokazuje, że zwiększyły one znacznie produktywność w gospodarce. Wydaje się więc jasne, że zmiana technologiczna jest mocno związana ze wzrostem, ale wciąż nie wiemy, jaka jest dokładnie natura tej relacji. Badania w tej materii wciąż trwają.

Badania porównujące różne systemy edukacyjne, np. słynne testy PISA, które organizuje OECD, pokazują, że czołowe kraje, jeśli idzie o jakość kształcenia, to te, w których mamy państwowy, a nie prywatny, czy choćby częściowo prywatny system kształcenia. Przykładem może być tutaj np. Finlandia. Jedną z przyczyn jest to, że prywatne instytucje edukacyjne są motywowane zyskiem, a nie mamy pewności, że takie bodźce zaprowadzą nas do najlepszego możliwego rezultatu.

Przykładowo prywatne szkoły, które skoncentrowałyby się tylko na przygotowaniu uczniów do zdawania testów końcowych, zaniedbując przy tym edukację społeczną, czy artystyczną, mogłyby przyciągać więcej uczniów i osiągać większe zyski, jakość kształcenia jednak byłaby w nich koniec końców niższa. W Stanach Zjednoczonych niektóre prywatne szkoły funkcjonujące w systemie bonów edukacyjnych, próbują osiągać lepsze wyniki finansowe, po prostu utrzymując pensje nauczycieli na niskim poziomie. To też wpływa negatywnie na jakość kształcenia.

Tak. Wysoka jest tam nie tylko jakość edukacji, lecz także jej dostępność. Nawiasem mówiąc to, że i jak kształcenie wpływa na wzrost gospodarczy jest przedmiotem mocnego konsensusów naukowego wśród ekonomistów. Relacje te zaczęto opisywać już w latach 50 XX w., gdy Jacob Mincer i Gary Becker rozpoczęli swoje studia nad “kapitałem ludzkim”. Przeprowadzili ankiety wśród tysięcy ludzi w wieku produktywnym, pytając ich o pensję, wiek, płeć i rasę. Następnie ustalili statystyczne relację pomiędzy tymi zmiennymi a czasem trwania kształcenia. Odkryli, że istnieje między nimi bardzo istotny związek. Każdy dodatkowy rok edukacji prowadzi do wzrostu pensji o 10 proc.

Tak. Te wyniki były potwierdzane wielokrotnie przez innych ekonomistów. Wzrost pensji bierze się z tego, że edukacja zwiększa ludzką produktywność. Stąd popularność pojęcia “kapitał ludzki”. Były też, rzecz jasna, inne wyjaśnienia wspomnianej obserwacji statystycznej. Niektórzy badacze uważali, że to iloraz inteligencji podnosi zarówno długość kształcenia, jak i pensje. Ostatecznie jednak badacze tacy, jak Josh Angrist, czy Allan Kruger udowodnili, że to Becker miał rację. Przykładowo, by to udowodnić, wykorzystano fakt, że ze względu na pewne zawiłości legislacyjne, niektórzy obywatele USA musieli uczyć się o rok dłużej niż inni. Stworzono w ten sposób dwie grupy ludzi świetnie nadające się do statystycznych porównań, co znacznie ułatwiło pokazanie korelacji między edukacją a płacami.

Nie zamiast – chodzi raczej o proporcje, ale opłacalność inwestowania w edukację jest niepodważalna. Jeśli każdy dodatkowy rok edukacji pracownika to o 10 proc. wyższa produktywność, to każdy dodatkowy rok edukacji całego społeczeństwa zwiększa całkowity wypracowywany przez nie produkt także o 10 proc. Jest to, ponieważ po pierwsze, rośnie produktywność pracowników i – po drugie – wyższa efektywność pracy podnosi zwroty z inwestycji, zachęcając firmy do zwiększenia inwestowanego kapitału. Bob Hall i Chad Jones porównali różne kraje, sprawdzając, w jakim stopniu za różnice w rozwoju gospodarczym tych państw odpowiadają różnice w nakładach na edukację. Wyszło im, że w 30 proc. Sporo.

Cóż, jeszcze w 1950 r. w niektórych państwach europejskich odsetek ludzi, którzy nie uczęszczali do szkoły wynosił niemal 50 proc. Było tak np. w Portugalii, czy Hiszpanii. Problem w tym, że aby inwestowanie w edukację się opłaciło, należy robić to już od najmłodszych lat. Badania bowiem pokazują, że największy wpływ na nasze zarobki mają pierwsze lata edukacji. Bogatych na takie inwestycje stać. Biedni muszą finansować je z pożyczek. Tak długo, jak odsetki, które bogaci zarabiają na swoich oszczędnościach są równe odsetkom, które biedni muszą płacić od swoich pożyczek, obie grupy inwestują w edukację podobnie.

Warunek ten jednak nie jest spełniony zazwyczaj dla zwykłych gospodarstw domowych, ponieważ rynek kapitałowy nie jest doskonały. To oznacza, że niezamożni nie mogą pożyczać wcale, albo mogą pożyczać, lecz tylko przy bardzo wysokim oprocentowaniu. W efekcie rezygnują z inwestycji w edukację.

Tak. Mamy do czynienia z nieoptymalną alokacją kapitału – oto ludzie, którzy mogliby być bardziej produktywni, nie są tacy ze względu na bariery w dostępie do środków finansowych. Rozwiązaniem jest tu edukacja publiczna, finansowana z podatków przez ludzi, którzy uzyskali już wcześniej wykształcenie i mają w rezultacie wyższe dochody. Innymi słowy, rozwiązaniem jest kombinacja publicznej edukacji i progresywnego systemu podatkowego. Najpierw dostajesz od państwa pożyczkę na kształcenie, a potem spłacasz ją podatkami od tego, co wypracujesz. W XIX w. ze względu na rewolucję przemysłową i nagłe zmiany technologiczne, nie można było budować już dłużej kapitału społecznego w oparciu o rodziców, czy „mistrzów” cechowych. Konieczna była bardziej ogólna i powszechna edukacja w czytaniu, pisaniu, liczeniu, bo tylko taka mogła pomóc ludziom radzić sobie ze zmieniającym się światem.

To, że państwa stworzyły systemy kształcenia było naturalne i szło w parze z rozwojem państw narodowych. Niedoskonałości systemu edukacji państwowej są faktem, ale to cena, którą płacimy, że rozwój gospodarczy.

Rozmawiał

– profesor ekonomii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, makroekonomista, teoretyk wzrostu gospodarczego, zajmuje się wpływem edukacji na rozwój kapitału ludzkiego.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: obserwatorfinansowy.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj