Ach, ty byś jeszcze chciał, żeby w szkole znalazł się ktoś, kto podziela pasję twojego syna i ją rozwijał. Gdyby się ktoś taki znalazł, ale nie miał odpowiednich uprawnień do nauczania tego konkretnego przedmiotu, dla dzieci w określonej grupie wiekowej, to nie mógłby tego robić. Kontrolujący szkołę system pyta najpierw o uprawnienia nauczyciela, potem o wystawione oceny i wreszcie, ile osób zdało, a ile nie. Szkoła to fabryka, która działa na wielkich liczbach, a nie na twoim jednym dziecku. Kwestia skali, panie Mazurek.
Zachęcam wszystkich rodziców, by myśleli tak jak ty, ale powiedzmy sobie szczerze, że w systemie edukacyjnym rodzice nie są bardzo ważni. Są trzymani z daleka od szkoły, bo nie są specjalistami.
Słusznie, ale spójrz też na to w ten sposób, że ani szkoła, ani rodzice nie umieją współpracować. Szkoła nie chce dzielić się władzą, a rodzice kultywują postawę roszczeniową: „Wyrwę coś dla swego dziecka”. Przy naszej kulturze lepiej, by rodzice byli z daleka od szkoły.
Po moich audycjach w radiu wszystkie moje błędy językowe wyłapuje nauczycielka matematyki, jednak zgadzam się, że to wyjątek.
Bo polska szkoła szuka: matematyków, fizyków, biologów, a nie szuka nauczycieli. I to jest problem. Bo powiedzmy, że matematyczka, która poprawia moje błędy językowe, uczy w mojej szkole i ja jej proponuję: „Aniu, jesteś świetna, poradzisz sobie. Ucz dzieci polskiego”. Przecież to niemożliwe. Żaden system tego nie zaakceptuje, żadna kontrola, żadne kuratorium. Miałem swego czasu kontrolę, a kontrolującym nie była żadna tępa baba, ale inteligentka warszawska. Musiałem jako dyrektor dokonywać cudów, by uratować część lekcji prowadzonych przez człowieka, który nie miał formalnych uprawnień. Co z tego, że prowadził lekcje świetnie i wszyscy go szanowali…
Mamy portiera, który prowadzi koło szachowe. Poza tym jego wiedza historyczna i geograficzna jest taka, że jak chcę kogoś zawstydzić, to zaczynam przy nim rozmowę z panem Wiesiem i okazuje się, że pan Wiesio bez trudu wie, kiedy w Chinach panowała dynastia Tang, czyli coś, czego ja się uczyłem po nocach przed lekcjami.
Bo żeby mieć uprawnienia szkoły publicznej, musimy spełniać wszystkie wymogi, czyli zatrudniać wyłącznie ludzi z formalnym wykształceniem.
Bo gdyby rodzice decydowali, kto ma uczyć ich dzieci, pomysł podchwyciliby rodzice szkół publicznych – i wtedy runąłby system. Uprawnienia przychodzą wprost z Brukseli, nie może sobie jakiś tam rodzic czy właściciel zatrudniać pana Wiesia albo pozwolić, żeby ktoś, kto ma uprawnienia do nauczania wiedzy o społeczeństwie, uczył historii.
Dlaczego?
(śmiech) Z kolei ja przez jakiś czas nielegalnie uczyłem WOS-u…
W Urzędowie!
Treść całego wywiadu będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej albo tutaj.
Rozmawiał Robert Mazurek
>>> Polecamy: Ostatnia szansa Polaków na studia na Wyspach. Mogą stać się zbyt drogie
