Energetyka, jak żadna inna gałąź gospodarki, może poza przemysłem zbrojeniowym, jest zależna od regulacji państwowych. Przez kilka powojennych dekad to rządy decydowały, gdzie i jakie elektrownie mają powstać. Kraje kapitalistyczne niewiele się w tej kwestii różniły od socjalistycznych. Przez lata dominowała doktryna samowystarczalności energetycznej, stosowano systemy regulowanych taryf, tworzono wielkie, monopolistyczne państwowe struktury.

Francja w latach 70. chciała uniezależnić się od dostaw importowanego węgla i gazu, a przy tym rozwijać badania nad technologiami jądrowymi przydatne przy konstrukcji coraz lepszej broni. Postawiła więc na elektrownie atomowe, które dziś zapewniają ponad 75 proc. prądu. Wielka Brytania wydobywająca wtedy jeszcze olbrzymie ilości węgla, także wybudowała kilka elektrowni atomowych, dziś już powoli dożywających swoich dni.

W Niemczech Zachodnich także budowano elektrownie atomowe, choć miks energetyczny jest tam zdecydowanie bardziej zróżnicowany – powstało także wiele siłowni węglowych i gazowych. Do końca lat 70. własny węgiel kamienny wciąż odgrywał istotną rolę w zachodnich Niemczech, więc, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, budowano także elektrownie węglowe.

W Szwecji i Finlandii – elektrownie atomowe wybudowane 40 lat temu wciąż zapewniają około połowy elektryczności. Drugą połowę dają w Szwecji elektrownie wodne, a w Finlandii przede wszystkim biomasa. Elektrociepłownie wykorzystujące surowiec z olbrzymich fińskich lasów i licznych odpadków przemysłu drzewnego stały się fińską specjalnością.

W Europie Środkowej i Wschodniej Polska jest jedynym krajem w takim stopniu uzależnionym od węgla. W Czechach, na Słowacji, na Węgrzech powstały importowane z ZSRR elektrownie atomowe, które zapewniły znaczną część energii.

W gospodarstwach domowych od lat 70. zaczął się szybki proces odchodzenia od palenia węglem. Wypierał go gaz, którego złoża odkryto w latach – 70. i 80. na Morzu Północnym. Ale tego gazu było mało, dlatego Europa Zachodnia zdecydowała się na import z ZSRR, przy gromkich zresztą protestach USA.

Europa Środkowa po upadku komunizmu powielała zachodni model energetyki, co zresztą wymuszały kolejne unijne pakiety energetyczne.

Wszystko zmieniło się raptownie, gdy ruszył na dobre system wsparcia odnawialnych źródeł energii. Dla polityków i społeczeństw państw Zachodu OZE miały same zalety: pomagały uniezależnić się od importu surowców, przyczyniały się do obniżenia emisji CO2 i innych związków chemicznych, stymulowały rozwój nowych technologii, w których Europa miała być liderem.

Awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie w 2011 r. spowodowała, że Niemcy przyspieszyły zamknięcie swoich atomówek i ogłosiły plan Energiewende czyli transformację energetyczną, oznaczającą przejście w maksymalnym stopniu na źródła odnawialne. W ciągu ostatnich 10 lat na subsydia do OZE nad Renem i Łabą wydano ok. 100 mld euro. Powstało ponad 30 tys. MW mocy fotowoltaicznych i 27 tys. MW z wiatraków. Podobne programy wsparcia OZE choć w znacznie mniejszej skali uruchomiły wszystkie kraje UE, zgodnie z unijnym prawem i wyznaczonymi celami udziału tych źródeł w miksie energetycznym. W ten sposób powstały dwa równoległe systemy wytwarzania energii – konwencjonalny i odnawialny.

Skutków nikt wtedy nie przewidywał.

Burzliwy rozwój odnawialnych źródeł energii, a zwłaszcza lawinowo spadające koszty paneli fotowoltaicznych i wiatraków wywołały niemal we wszystkich krajach dyskusję o przyszłości energetyki. Stare schematy z lat okazują się nieprzydatne.

Modele do poprawki

Wyobraźmy sobie konkurencję dwóch elektrowni – wiatrowej i zwykłej. Wiatrowa sprzedaje swoją energię po takiej samej cenie, ale może liczyć na subsydia do każdej wyprodukowanej kilowatogodziny, zarabia więc znacznie więcej. W dodatku koszt wyprodukowania prądu z wiatru jest niewielki, bo wiatr jest darmowy.

Gdy wiatr wieje i świeci słońce Niemcy są w stanie obejść się bez większości elektrowni konwencjonalnych, które wtedy stoją bezczynnie, a utrzymywać je trzeba.

Jak w tej sytuacji widzą swoją energetykę główne, duże kraje UE? Zdecydowanie najbardziej spójną i długoterminową strategię energetyczną mają Niemcy. Energiewende przewiduje, że Niemcy do 2050 r. co najmniej 80 proc. energii będą produkować z OZE. Strategia zakłada jednak bardzo powolną transformację – w 2025 r. udział OZE ma wynosić 40-45 proc. w 2040 – 50-60 proc.

Równocześnie znikać będą elektrownie konwencjonalne – już za sześć lat zostaną zamknięte siłownie jądrowe. Elektrownie na węgiel brunatny odejdą do rezerwy, chociaż będą gotowe świadczyć usługi, gdy będą potrzebne.

Niemcy doskonale zdają sobie sprawę, że, że szybka transformacja energetyczna nie jest możliwa. Udowodniła to ostatnia zima. Fala mrozów przyniosła flautę, wiatraki więc stały bezczynnie, a panele fotowoltaiczne zimą pracują znacznie krócej.

Niemcy inwestują w technologie magazynowania energii, które umożliwią gromadzenie prądu wyprodukowanego przez wiatraki i panele i wykorzystywanie go w dowolnym czasie. Technologie te wciąż są drogie, ale nad Renem i Łabą uważa się, że ich opłacalność to wyłącznie kwestia czasu.

Olbrzymim beneficjentem Energiewende jest niemiecki przemysł. Nie dość, że został zwolniony z opłat za transformację, które w swoich rachunkach w większości ponoszą gospodarstwa domowe, to jeszcze niemieckie firmy stworzyły olbrzymi potencjał eksportowy. Siemens, okręg flagowy niemieckiego przemysłu elektrotechnicznego, jest światowym potentatem produkcji wiatraków i technologii efektywności energetycznej. Dla sektora OZE pracuje tysiące firm małych i dużych, produkujących zarówno wiatraki (jak zbudowany od podstaw Enercon), jak i urządzenia do pomiaru wietrzności czy nasłonecznienia, kolektory słoneczne czy pompy ciepła.

Przemysł związany z odnawialną energią zatrudnia dziś w Niemczech 300 tys. ludzi. Nic dziwnego, że praktycznie żadna licząca się siła polityczna nie kwestionuje dziś Energiewende, choć toczy się dyskusja o jej tempie i rozłożeniu kosztów.

W porównaniu z uporządkowaną polityką Niemiec Francja wydaje się stać w rozkroku. Wybudowany przed laty potężny przemysł jądrowy powoli traci potencjał (więcej na ten temat w tekście obok).

We Francji od jakiegoś czasu mówi się o zmniejszeniu udziału energetyki atomowej w miksie energetycznym. Sektor energetyczny traktuje to już niemal jako oczywistość. W przedstawionym Komisji Europejskiej wspólnym raporcie niemieckich i francuskich stowarzyszeń firm energetycznych szacuje się, że potencjał fotowoltaiki w 2030 r. we Francji wzrośnie z obecnych 0,4 GW do 30 GW. Więcej ma być także wiatraków – ich moc wzrośnie z 1,4 GW także do ok. 30 GW.

Możliwości rozwoju fotowoltaiki we Francji nikt nie kwestionuje, trudno jednak przesądzać czy porównywalny wzrost siły wiatraków jest prawdopodobny, bo Francuzi niechętnie patrzą na farmy wiatrowe na lądzie, uważając, że szpecą szlachetny galijski krajobraz. Kilka spraw dotyczących ich budowy znalazło się w sądzie – z reguły wygrywali przeciwnicy stawiania wiatraków w miejscach o walorach krajobrazowych. Dużo bardziej sprzyjający klimat panuje dla farm wiatrowych na morzu.

Równocześnie francuscy energetycy zakładają zmniejszenie udziału atomu w miksie energetycznym. Z obecnych blisko 55 GW mocy w elektrowniach atomowych za 13 lat ma zostać ok 45 GW, co związane będzie z wyłączaniem najstarszych bloków. Francuscy i niemieccy energetycy chcą blisko współpracować, zakładają wzrost mocy połączeń transgranicznych i wspólne mechanizmy wsparcia potrzebnych elektrowni konwencjonalnych.

Droga Wyspiarzy

Wielka Brytania – pionier w dziedzinie urynkowienia energetyki – dziś staje przed problemem braku potrzebnych mocy w systemie. Stopniowo będą zamykane stare, wybudowane jeszcze w latach 60. elektrownie atomowe. Równocześnie do 2025 r. ma zniknąć osiem działających jeszcze elektrowni węglowych. Na razie, tego lata, brytyjski operator przesyłowy National Grid już po raz drugi będzie płacił elektrowniom konwencjonalnym za to, żeby nie produkowały niepotrzebnej energii.

Brytyjczycy planują też wybudowanie jeszcze jednego bloku atomowego w Hinkley Point. Koszty tej inwestycji sięgają 16 mld funtów. Żeby zapewnić opłacalność przedsięwzięcia brytyjski rząd musiał zagwarantować inwestorowi – konsorcjum francuskiego EDF i Chińczyków – stałą cenę prądu, dwukrotnie wyższą niż obecna, co wywołało falę wątpliwości i protestów na Wyspach.

Udział OZE w miksie energetycznym Wielkiej Brytanii ma wzrosnąć w 2030 r. do 50 GW z obecnych niecałych 20 GW. Rząd w Londynie nie jest tak hojny dla wiatraków czy fotowoltaiki jak niemiecki, stąd OZE rozwijają się tam dużo wolniej.

Szwecja się miota

Dylematy energetyczne mają także Skandynawowie. Szwecja ma wprawdzie teoretycznie najczystszą energetykę w UE – połowa prądu pochodzi z elektrowni wodnych a połowa z atomu. Ale elektrownie atomowe są stare i skończą pracę w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Rząd szwedzki zaś średnio co dwa lata zmienia zdanie w kwestii budowy nowych siłowni atomowych – raz ulega naciskom Zielonych i rezygnuje z nich stawiając na OZE i efektywność energetyczną, potem znowu wraca do pomysłu, bo uznaje, że bez atomu przemysł szwedzki nie będzie miał wystarczającej ilości prądu. W zeszłym roku zdecydowano, że nowe elektrownie jądrowe powstaną nie proponując jednak żadnego mechanizmu wsparcia, a wiadomo, że na zasadach rynkowych nikt ich nie wybuduje.

Podobnych rozterek nie mają Finowie. Po ukończeniu budowy elektrowni w Olkiluoto planują kolejną w Hanhikivi, o mocy 1200 MW. Udziałowcem i dostawcą technologii jest rosyjski Rosatom. Elektrownie w Finlandii powstają w unikalnym modelu finansowym – inwestorem jest konsorcjum kilkudziesięciu przedsiębiorstw przemysłowych i gmin.

Europa Środkowa pod prąd

Strategie energetyczne krajów Europy Środkowej i Wschodniej składają się głównie ze znaków zapytania. Czesi odłożyli plany budowy nowej elektrowni atomowej, aczkolwiek nie zrezygnowali z nich całkowicie. Czesi mają nieco mniejszy niż Polska cel udziału OZE na 2020 r. – 13 proc. wobec 15 proc. w Polsce. Z przyjętej w 2015 r. rządowej strategii wynika, że do 2030 r. miks energetyczny ma być oparty na atomie (46-58 proc.) i OZE (18-25 proc.), udział gazu i węgla ma systematycznie się zmniejszać, a emisja CO2 ma spaść o 40 proc. w porównaniu z 1990 r. Tyle że na razie nie bardzo widać skąd miałby się wziąć wzrost udziału atomu, bo nic nowego się nie buduje.

Ten krótki przegląd pokazuje, że w energetyce panuje ogromna niepewność – i firmy, i rządy czekają na przełom technologiczny. Nowe technologie – OZE, magazynowanie energii, integracja sektora energetycznego z informatycznym zmieniają sektor, ale transformacja nie będzie rewolucją. Energetyka, jak gigantyczny tankowiec, potrzebuje czasu by zakręcić.

Jedno wydaje się pewne – niemal nikt w Europie nie pokłada już nadziei w węglu. Kilka tygodni temu największe europejskie firmy energetyczne zrzeszone w Eurelectric zadeklarowały, że nie będą budować nowych elektrowni węglowych. Chociaż taka obietnica w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia – jest bardziej pogodzeniem się ze stanem faktycznym niż próbą kreowania przyszłości – to jednak nie można nie zauważyć, że deklaracji nie podpisały tylko firmy z Polski i Grecji.

Autor: Rafał Zasuń jest redaktorem naczelnym portalu WysokieNapiecie.pl

Źródło nieznane