Jedną z najbardziej zaskakujących globalnych konsekwencji pierwszego półrocza działań prezydenta Donalda Trumpa jest z pewnością rozwój dyplomacji wielostronnej.

To w końcu facet, który obiecał, że Ameryka będzie priorytetem. Obniżył gwarancje NATO do raczej na pewno – i tylko pod warunkiem, że członkowie wyłożą więcej dolarów na obronę. Układ nuklearny z Iranem był „najgorszą umową w historii”, a paryskie porozumienie klimatycznie nie wyszło dużo lepiej. Partnerstwo transpacyficzne zdechło w zarodku. Dni swobodnego działania Japonii i Korei Południowej były policzone. USA miały ignorować zasady WTO. A sądząc po zaproponowanych obniżkach pomocy zagranicznej i finansowania sił pokojowych ONZ oraz pustych biurach i ambasadach Departamentu Stanu można sądzić, że administracja Trumpa ma w nosie dyplomację i miękką władzę.

Po drodze do rozpadu międzynarodowego porządku liberalnego wydarzyło się jednak coś ciekawego. Zaczął on się odbudowywać – tylko że bez USA w jego centrum. Ma to niestety mniej do czynienia z istnieniem wśród naszych sojuszników i partnerów przekonania, że wszyscy powinni ponosić taką samą cenę, co z rosnącą świadomością, że Trump nie jest, jak mawiali amerykańscy dyplomaci o niektórych dyktatorach trzeciego świata w czasach zimnej wojny, „osobą, z którą można się dogadać”.

Najbardziej stanowczym przejawem tego sentymentu było stwierdzenie, które padło z ust kanclerz Niemiec Angeli Merkel po odbytej przez Trumpa w maju podróży do Europy. Kanclerz stwierdziła, że kontynent „naprawdę musi wziąć swój los we własne ręce”. Skutkiem antypatii gabinetu Trumpa wobec wolnego handlu i współpracy w dziedzinie zmiany klimatu lub przemieszczania uchodźców był zjednoczony front przeciwko USA zarówno na spotkaniu G7, jak i G20.

Pozostałych 11 członków partnerstwa transpacyficznego, po porzuceniu przez USA, robi dalsze postępy. Kanada i Meksyk współpracują ściślej niż kiedykolwiek, żeby uratować Naftę. Kraje azjatyckie zabezpieczają się zarówno na stronę amerykańską, jak i chińską. Ostre słowa Trumpa wobec Meksyku zmusiły kraj do zaproponowania Brazylii, swojemu rywalowi z półkuli południowej, współpracę w zakresie obrony.

Reklama

>>> Czytaj też: "Global Times": W razie ataku USA na Koreę Płn., Chiny powinny powstrzymać Waszyngton

Poważne różnice pomiędzy sojusznikami to nic nowego. Podczas rządów Ronalda Reaganatwarda postawa USA wobec planowanego gazociągu ze Związku Radzieckiego do Europy spowodowała transatlantycki wyłom, który nadwyrężył nawet „wyjątkową więź” pomiędzy USA a Wielką Brytanią. A nawoływanie do bardziej sprawiedliwego rozłożenia obciążeń pomiędzy traktatowych sojuszników USA – czyli tak zwanych darmozjadów – jest tak samo stara, jak same sojusze, nawet jeśli Trump podkręcił jego głośność do 11.

Ale pomimo destabilizującego charakteru transakcyjnej mentalności Trumpa – będziemy was chronić, jeśli nam zapłacicie – jego temperament powoduje jeszcze większe zniszczenia. W Ameryce Łacińskiej jego arogancja i zastraszanie wpisują się w najgorsze karykatury jankeskiego zachowania. Nic dziwnego, że ministrowie spraw zagranicznych 12 państw obu Ameryk, którzy zobowiązali się niedawno w Peru do nieakceptowania nowego zgromadzenia konstytucyjnego Wenezueli – to ogromne osiągnięcie dyplomatyczne w tym regionie – postanowiło raczej nie włączać w tę sprawę USA.

Do tego dochodzi nieskoordynowana impulsywność Trumpa. Jego niedawny wybuch w sprawie Korei Północnej podważył wcześniejsze starania Sekretarza Stanu Rexa Tillersona i Sekretarza Obrony Jamesa Mattisa o zapewnienie Japonii i Korei Południowej, że USA nie postawią ich w niebezpiecznej sytuacji. Trump wielokrotnie torpedował wysiłki Tillersona podejmowane w celu zbliżenia się do kapryśnych sojuszników z Zatoki Perskiej. Transkrypcje rozmów telefonicznych Trumpa z premierem Australii Malcolmem Turnbullem i prezydentem Meksyku Enriquem Peną Nietą sugerują, że obaj politycy mogli odnieść wrażenie, że rozmawiają z Homerem Simpsonem, a nie z Przywódcą Wolnego Świata.

Każdy hegemon ma swoją datę ważności i USA nie są w tej kwestii wyjątkiem. Nawet podczas sielskiego okresu lat 90 – pamiętacie czasy, kiedy USA nazywano „hiperpotęgą”? – rząd Billa Clintona skupiał się na tworzeniu porządku międzynarodowego opartego na instytucjach i zasadach, w nadziei, że ograniczy to ekonomiczny i strategiczny rozwój Chin, wydłużając panowanie USA. Z wielu powodów to się nie udało.

Pod tym i wieloma innymi względami chęć innych państw demokratycznych do podjęcia większych wysiłków w kwestii różnych światowych wyznań jest mile widziana. Co więcej, zarówno w kwestiach bezpieczeństwa, jak i handlu, preferencja Trumpa dla umów dwustronnych, które pozwalają USA na pełne wykorzystanie swoich nacisków, może przynieść jednoznaczne korzyści. Jeśli Trump i prezydent Chin Xi Jinping wypracują porozumienie, które równoważy ich własne interesy, to tym lepiej. Takie podejście może mieć zastosowanie w relacjach USA z Japonią, Wielką Brytanią i innymi sojusznikami i partnerami USA. Silne porozumienia dwustronne mogą przecież stanowić podstawę silniejszych porozumień wielostronnych w przyszłości.

Ale nawet porozumienia dwustronne wymagają pewnej dyscypliny i koordynacji, którą Trump jeszcze się nie wykazał. Jak na razie automatyczne odrzucanie wyborów politycznych Baracka Obamy bez proponowania spójnych alternatyw pozostawia USA na niepewnym gruncie. Inną sprawą jest wypełnianie przez inne państwa dyplomatycznej próżni powstającej przez stopniowe wycofywanie się Stanów Zjednoczonych, a inną – robienie tego po gwałtownym odwrocie ze spalonej ziemi. Kiedy USA powrócą już do strategicznego rozsądku – jeśli w ogóle tak się stanie – to może się okazać, że siedzą przy wielostronnym stole negocjacyjnym na dużo mniej atrakcyjnym krześle.

>>> Polecamy: Od początku prezydentury Donalda Trumpa sprzedaż broni spadła o 20 proc.