W jednej z sal fabryki Danwood S.A., położonej 3 godziny jazdy na wschód od Warszawy, ubrany na szaro pracownik stoi przy klawiaturze komputera i za jego pomocą wycina 6-metrowe drewniane belki dachowe. Robi to zaledwie w ułamku czasu, jakiego kiedyś potrzebowali operatorzy pił elektrycznych, aby wykonać to samo zadanie.
Dzięki robotyzacji produkcji szef firmy Danwood - Jarosław Jurak – jest w stanie zwiększyć produkcję domów pod klucz o 200 sztuk rocznie. Wciąż jednak – pomimo wprowadzenia nowych technologii – może mieć problem ze zrealizowaniem tego celu. Możliwe, że będzie musiał zrewidować swoje plany. Powód? Brak osób do pracy.

“Obecnie największym ograniczeniem, aby firma mogła się szybciej rozwijać, jest rynek pracy” – komentuje Jurak. Jego firma z Bielska Podlaskiego zajmuje się produkcją gotowych domów dla klientów w Niemczech, Austrii i Wielkiej Brytanii. „W teorii chcielibyśmy sprzedawać więcej domów, ale brakuje nam ludzi, których moglibyśmy zatrudnić” – dodaje.

Danwood nie jest wyjątkiem. Wiele przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej z powodu braków na rynku pracy musi się mierzyć z perspektywą zmniejszenia zysków. To koniec ery taniej i licznej siły roboczej, która pomogła Polsce przejść od komunizmu do wolnego rynku. W warunkach najniższego od 1991 roku bezrobocia, a także 2 milionów Polaków, którzy wyjechali do pracy za granicę, firmy z Polski muszą podnosić wynagrodzenia oraz inwestować w programy szkoleniowe dla pracowników.

Rynek pracownika

Choć trend ten nie dotarł jeszcze do wielu firm, to udział przedsiębiorców zgłaszających problemy jeśli chodzi o szukanie nowych pracowników skoczył z 35 proc. w ubiegłym roku do aż 51 proc. obecnie – wynika z badań Work Service. Oznacza to, że nadszedł „rynek pracownika”, a to zwiększa ryzyko opóźnień – komentują przedstawiciele największego polskiego dewelopera firmy Dom Development.

Reklama

To już się dzieje. Londyńska firma badawcza IHS-Markit informuje, że w po raz pierwszy od lutego 2015 roku zwiększyła się liczba polskich firm zgłaszających problemy w pracy. Wśród głównych powodów tego stanu rzeczy przedsiębiorstwa wskazywały braki siły roboczej oraz problemy z dostawami.

“Sytuacja spadającego bezrobocia i rosnącego zatrudnienia jest bardzo niekorzystna z punktu widzenia gospodarki, jeśli musi się przełożyć na wzrost płac” – komentuje Jarosław Janecki, główny ekonomista z Societe Generale w Warszawie. „Rynek pracy może się okazać największym czynnikiem ryzyka dla polskiej gospodarki w nadchodzących kwartałach” – dodaje.

Stopa bezrobocia w lipcu wyniosła 4,8 proc. W tym samym czasie średnia dla krajów UE osiągnęła poziom 7,7 proc. Z kolei poziom zatrudnienia dobił do rekordowych 54 proc. Wszystkie te czynniki sprawiły, że wzrost wynagrodzeń w lipcu osiągnął średnio 5 proc. – to największe tempo od sześciu lat.

Biedronka, sieć dyskontów należących do portugalskiego Jeronimo Martins SPGS, która zatrudnia ok. 60 tys. pracowników, musiała po raz trzeci w tym roku podnieść wynagrodzenia. Na podobne kroki wcześniej zdecydowały się inne zagraniczne sieci handlowe w Polsce – Lidl i Kaufland. Kasjerzy z trzyletnim doświadczeniem mogą dziś liczyć na podstawową pensję wysokości 2750 zł miesięcznie, czyli o 25 proc. więcej niż rok wcześniej. Firmie udało się zachować zyskowność dzięki „wzmocnieniu nacisku na efektywność kosztową” – można przeczytać w raporcie. W szczególności „w kontekście zwiększonej presji jeśli chodzi o koszty pracy”.

Ale tak długo, jak wynagrodzenia w Polsce będą niższe niż w Europie Zachodniej, tak długo Polacy będą szukać pracy za granicą, zmniejszając w ten sposób pulę wykwalifikowanych pracowników w kraju – uważają firmy. Średnie roczne wynagrodzenie w Polsce wynosi 25 921 dol. (92 960 zł). W położonych obok Niemczech to 46 389 dol. (166 364 zł) – wynika z danych OECD.

Czas aplikacji się skończył. Teraz to firma musi zawalczyć

Intive, niemiecka firma z Monachium, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania, notuje roczny wzrost sprzedaży na poziomie 20-25 proc. 1200 z 1500 pracowników, których zatrudnia, to pracownicy w Polsce. Ze względu na rosnące zapotrzebowanie, musi dotrudnić kolejne 400 osób, w większości w polskich biurach.
W przeszłości firma przyjmowała aplikacje, ale już tego nie praktykuje. Teraz – tak jak inne firmy w Polsce, stała się bardziej agresywna w walce o pracownika, dlatego szuka go na targach pracy, oferując szkolenia i początkowe pensje wyższe niż gdzie indziej.

“Dziś nie wystarczy umieścić ogłoszenia w internecie i czekać na aplikacje” – komentuje szef Intive – Ludovic Gaude. „Dziś potrzeba więcej wysiłku” – dodaje.

Nadzieja ze Wschodu

W znacznie większym niż kiedykolwiek stopniu firmy spoglądają na pracowników ze Wschodu – z Ukrainy i Białorusi. Już dziś nad Wisłą pracuje ponad milion Ukraińców. Wielu z nich uciekło z kraju przed wojną domową na Wschodzie. Polskie firmy potrzebują jednak jeszcze więcej pracowników. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy firmy złożyły zamówienie na zatrudnienie 904 854 Ukraińców. W ciągu całego 2016 roku było to 1,26 mln wniosków – wynika z danych ministerstwa pracy.

Brakuje Polaków

Budimex, największa polska spółka budowlana, która jest notowana na warszawskiej giełdzie, jest zmuszona zatrudniać pracowników ze Wschodu. Zapotrzebowanie to efekt nowych kontraktów i braku odpowiednio wykwalifikowanych pracowników – twierdzi Cezary Maczka, szef działu kadr tej firmy. „Szukamy Ukraińców, ponieważ nie ma Polaków. Chcemy także wejść na rynek białoruski” – komentuje.

Firmom, które nie posługują się wysokimi technologiami, łatwiej jest znaleźć pracowników z zagranicy. W czasie jednego z letnich dni poza Warszawą, Polacy i Ukraińcy na hektarowym polu przygotowują sadzonki roślin do wysyłki do Chin. Korzystanie z pracy Ukraińców w firmie Clamantis Źródło Dobrych Pnączy Sp.k. pozwala zmniejszyć presję płacową i pomaga w zachowaniu konkurencyjności wobec zachodnich konkurentów – uważa Andrzej Gruszczyński, szef sprzedaży w Clemantisie. Ale nawet i ta strategia jest rozwiązaniem krótkoterminowym – dodaje. „Boimy się, że Ukraińcy znajdą lepiej płatne prace w Niemczech i już do nas nie wrócą” – wyjaśnia Gruszczyński. „Nie jesteśmy w stanie podnieść pensji, bo wtedy Duńczycy zjedzą nas żywcem. Taka jest prawda” – wyznaje.

Zbyt efektywni?

Dyrektor produkcji domów w Danwood Antoni Zin, uważa, że prefabrykacja i robotyzacja pozwoliły firmie zmniejszyć liczbę godzin pracy potrzebnych do produkcji jednego domu z 1000 do 350. Ale nawet tak duży skok wydajności to za mało, aby sprostać popytowi. Firma z Bielska Podlaskiego inwestuje w programy szkoleniowe we wschodniej Polsce, ponieważ programy nauczania w szkołach nie są skrojone pod potrzeby nowoczesnego przemysłu. „Chcemy rozwoju w tym kierunku, ale nie jest to łatwe. Ludzie w szkołach żyją w dawnych czasach. To bardzo wygodne dla nauczycieli, ale już nie dla przemysłu. Nie dla nas” – dodaje.

>>> Czytaj też: "Wydrenowaliśmy już Ukrainę". Pracownicy z Azji zapełniają wakaty w polskich firmach