Tomasz Gudzowaty: Nie porwałem własnych dzieci. Zostałem zostawiony sam sobie [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
2 listopada 2017, 20:00
Tomasz Gudzowaty, fot. Maksymilian Rigamonti
Tomasz Gudzowaty, fot. Maksymilian Rigamonti/Dziennik Gazeta Prawna/Inne
Prawnicy twierdzą, że moje nazwisko jest przeszkodą. Słyszę, że przekupuję psychologów, że jestem gotów kupić biegłych. To są oszczerstwa – mówi w wywiadzie Tomasz Gudzowaty, polski fotografik, kilkakrotny laureat międzynarodowych nagród World Press Photo, syn Aleksandra Gudzowatego.

Nie wiem. To jest nienormalne. Nie uznano opinii biegłych, nie przesłuchano dzieci. Nie chcę myśleć, że nasze państwo nie chroni swoich obywateli, bo te dzieci mają na nazwisko Gudzowaty, a ich dziadek był przyjacielem Millera, Oleksego i innych komunistycznych polityków. I że o inne dzieci polski wymiar sprawiedliwości może by walczył, ale o małych Gudzowatych nie. Mam poczucie, że zostałem zostawiony sam sobie. Policjantka, która przesłuchiwała świadków, w rozmowie zachowywała się co najmniej dziwnie. Na przykład naszego kolegę, trenera sportowego, który ćwiczy z dziećmi, zapytała: Co pana łączy z panią Melody? Melody to moja obecna żona. Zbaraniał, mówi, że Melody jest żoną jego przyjaciela Tomasza. A policjantka: No wie pan, o co pytam. On: Nie wiem. Ona: No, wie pan. Trener, tu piękna kobieta, młodsza od męża. Pan z nią trenuje kick-boxing... Po co te aluzje? Ewa Milewska, psycholog, została wezwana jako świadek. Zadzwoniła i zapytała, w jakiej sprawie, słyszy: No, tego Gudzowatego, co porwał dzieci... Szesnaście osób opowiadało, jakie dzieci mają teraz traumy, a prokuratura śledztwo zawiesiła, bo czynności mające doprowadzić do tego, by przesłuchać matkę, cały czas trwają. Wszyscy doskonale sobie zdają sprawę, że gdyby postawiono jej zarzuty karne, to sprawa wyglądałaby inaczej. Ona wie, że wszyscy ludzie, którzy przebywali w otoczeniu jej i dzieci w Budapeszcie, będą świadczyć przeciwko niej, bo widzieli, jak się zajmowała dziećmi, jak się zachowywała. Powiem pani szczerze, że kiedy ci ludzie, opiekunki, dozorca, a nawet sąsiad zaczęli do mnie dzwonić i mówić, żebym pilnował dzieci, bo dzieje się coś złego, to uznałem, że muszę działać, że muszę je ratować.

Staraliśmy się porozumieć. W 2012 r. ustaliliśmy, że się rozchodzimy. W 2013 r. poleciałem na Węgry, na zakończenie roku szkolnego, ze swoją, wówczas jeszcze narzeczoną, Melody. Zadzwoniłem do Judit i usłyszałem, że to świetnie, bo to znaczy, że ona nie musi przychodzić. Nie rozumiała, że taka uroczystość jest ważna dla dzieci. W końcu przyszła, ale na 15 minut. Z koleżanką. W sumie to rozmawiały i śmiały się z Melody. A my byliśmy tam dwie godziny, Zosia miała pokaz baletowy. Potem poszliśmy na obiad. I myślę sobie, że jaka by ta mama nie była, to jednak jest mamą. I dobrze, gdyby w takich sytuacjach była z dziećmi. Niedługo potem Judit powiedziała mi, że zgodzi się na zabranie przeze mnie dzieci, ale muszę jej zapłacić. Raz usłyszałem, że 10 mln euro załatwiłoby sprawę.

Nie. I przez pół roku nie widziałem dzieci. Uznałem, że nie będę płacił, że przecież jestem ich ojcem. Dzieci to nie jest pomysł na polisę ubezpieczeniową, na wyciąganie pieniędzy. Kiedy przywiozłem dzieci do Polski, zapisałem je do przedszkola w Warszawie.

>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj