USA wraz z Francją i Wielką Brytanią przeprowadziły w sobotę nad ranem serię ataków w Syrii w ramach akcji odwetowej za użycie broni chemicznej przez reżim Baszara el-Asada 7 kwietnia w mieście Duma na wschód od Damaszku; miało wówczas zginąć ponad 60 osób.

Podjęcie decyzji o ataku na obiekty syryjskiego reżimu nastąpiło "po dniach nerwowych spotkań w Białym Domu" - pisze "WSJ". Ostateczny kształt ataku to "oznaka wciąż znaczącego wpływu Mattisa w zreorganizowanym zespole do spraw bezpieczeństwa narodowego" - pisze gazeta, powołując się na źródła bliskie sprawy.

Według dziennika "Mattis zaprezentował w Białym Domu trzy możliwe działania militarne". Pierwsza z opcji to uderzenie w kilka ściśle określonych celów związanych z bronią chemiczną syryjskiego reżimu; druga możliwość przewidywała atak na większą liczbę celów, w tym możliwe ośrodki badań nad bronią chemiczną oraz centra dowodzenia; natomiast trzecia propozycja, która obejmowała także ataki na rosyjskie pozycje obrony przeciwlotniczej w Syrii, "miała sparaliżować zdolności militarne reżimu, pozostawiając nietkniętą polityczną maszynerię Asada" - czytamy.

Reklama

"WSJ" podkreśla jednocześnie, że "najambitniejsza z propozycji była trzykrotnie większym atakiem niż ten ostatecznie przeprowadzony przez siły amerykańskie, brytyjskie i francuskie".

Siły zbrojne USA podały, że celem bombardowań był wojskowy ośrodek naukowo-badawczy w Damaszku, zajmujący się technologią broni chemicznej, oraz składy znajdujące się na zachód od miasta Hims. Było to połączenie dwóch pierwszych propozycji: umiarkowanego ataku rakietowego przy jednoczesnym "rozstrzygającym ciosie" wymierzonym w cele związane z bronią chemiczną Asada - czytamy w amerykańskim dzienniku.

"Trump naciskał na swój zespół, by rozważono także ataki na rosyjskie i irańskie cele w Syrii, jeśli będzie tego wymagało uderzenie w sprzęt wojskowy reżimu Asada, jednak Mattis sprzeciwiał się" takiej opcji - pisze "WSJ".

Dziennik, powołując się na źródła, zauważa, że również ambasador USA przy ONZ Nikki Haley wspierała Trumpa w wezwaniach do "bardziej zdecydowanej odpowiedzi, ale Mattis ostrzegał przed ryzykiem, że silniejsze uderzenie mogłoby wywołać niebezpieczną odpowiedź Moskwy i Teheranu".

Z kolei nowy doradca Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który wcześniej opowiadał się za działaniem militarnym przeciw Iranowi i Korei Północnej, w procesie decyzyjnym w sprawie ataku na Syrię "dążył do wypracowania trudnego kompromisu" - podali rozmówcy "WSJ". "Świadomy swojego wizerunku osoby chętnej do akcji zbrojnej Bolton opowiadał się za +niszczycielskim+ uderzeniem, które zadałoby" reżimowi Asada "konkretny cios", ale nie "za najbardziej agresywną opcją" - czytamy.

Według dziennika Bolton "zdawał sobie sprawę, że mocniejsze uderzenie mogłoby wepchnąć USA w poważniejszy konflikt i zrzucić na niego odpowiedzialność za większą rolę Stanów Zjednoczonych w wojnie domowej" w Syrii. Ponadto Bolton "wie, jakim szacunkiem Trump darzy Mattisa i mógł zdecydować, że tuż po rozpoczęciu pracy (na nowym stanowisku) mądrze jest początkowo ustąpić szefowi Pentagonu" - pisze "Wall Street Journal".

>>> Czytaj też: Nowa wojna zastępcza mocarstw. Ale prawdziwej konfrontacji nie będzie