Matt Bruenig, założyciel amerykańskiego think tanku People’s Policy Project, zaproponował stworzenie właśnie takiego funduszu w USA (my to rozwiązanie moglibyśmy skopiować). To dla niego idealny sposób na sfinansowanie UBI (angielski skrót od bezwarunkowego dochodu podstawowego: Universal Basic Income) w ojczyźnie kapitalizmu. Dla Brueniga pytanie nie brzmi: CZY dochód podstawowy zostanie w Ameryce wprowadzony, tylko KIEDY to nastąpi. I czy nie stanie się to zbyt późno, by ocalić to, co z amerykańskiej wolności i demokracji jeszcze do tego czasu pozostanie.

Autor pomysłu tłumaczy, że społeczny fundusz rentierski (Social Wealth Fund, SWF) nie jest żadnym dziwadłem. Podobne instytucje były już tworzone w paru miejscach na świecie, np. w Skandynawii. W latach 70. XX w. dwaj szwedzcy ekonomiści kojarzeni ze związkami zawodowymi, Rudolf Meidner i Gösta Rehn, zaproponowali stworzenie Funduszu Zarabiających: na jego konta miały trafiać pieniądze z podatków płaconych przez prywatne firmy, np. od wysokich zysków.

Zgromadzone w ten sposób środki służyć miały do zmniejszania dochodowych nierówności, które kapitalizm stale w społeczeństwie wywołuje. Plan został podchwycony przez socjalistycznego premiera Olofa Palmego, ale do końca lat 80. zrealizowano go w okrojonej formie z powodu dojścia do władzy partii konserwatywnych. Jeszcze lepiej poszło Norwegom. Tamtejszy rząd kontroluje trzy duże fundusze majątkowe, które w 2016 r. zarządzały w sumie majątkiem, którego wartość jest szacowaną na 270 proc. PKB. W przeciwieństwie do Szwedów Norwegowie finansują swój fundusz nie tyle z zysków biznesu, ile z dochodów surowcowych. Opodatkowanie eksportu paliw stało też za stworzeniem stałego funduszu rentierskiego na Alasce (Alaska Permanent Fund) w 1977 r. Funkcjonuje on do dziś, wypłacając coroczną społeczną dywidendę mieszkańcom tego stanu (jej wysokość wahała się w ostatnich latach w przedziale 1–2 tys. dol. na osobę). W 2016 r. Alaska była najbardziej równym dochodowo stanem w USA.

Wszystkie te próby, zdaniem Brueniga, należy traktować jako przygrywkę do tego, co winno się wydarzyć. W USA też powinien powstać społeczny fundusz rentierski, któremu dał on nazwę: Amerykański Fundusz Solidarnościowy (American Solidarity Fund, ASF). Zasilać można by go było na cztery sposoby. Pierwszy to dobrowolne datki biznesu – czyli przekierowanie istniejącej już filantropii. Drugim jest zgromadzenie w ramach funduszu wszystkich aktywów znajdujących się już dziś w posiadaniu rządu (infrastruktura, nieruchomości etc.). Trzeci sposób to nowe podatki, zwłaszcza te od kapitału (od fuzji i przejęć, od wejścia na giełdę, od spadków itd.). Czwartym jest bardziej aktywna polityka monetarna i wykorzystanie tego, że kraje takie jak Ameryka mają olbrzymie możliwości kreacji swojego pieniądza.

Sposób, w jaki dywidenda miałaby trafiać do obywateli, też nie jest już żadnym problemem. Bruenig obrazuje swój tekst zrzutami ekranu z nieistniejącej aplikacji zainstalowanej na smartfonie, która informuje fikcyjną obywatelkę Mary Bailey, że jej roczna dywidenda w wysokości 2973,2 dol. jest gotowa do podjęcia. Jednym kliknięciem pani Bailey może przesłać pieniądze na konto oszczędnościowe, na rachunek bieżący albo pójść do banku po czek. Apka informuje też o wartości całego funduszu, z którą to wartością wysokość wypłaty jest przecież związana.

Jeśli, czytając słowa o UBI, skrzywiłeś się z niesmakiem, to pamiętaj o jednym. Tu nie chodzi o rozleniwianie kogokolwiek albo zniechęcanie ludzi do pracy. Gra toczy się o to, by ci wszyscy z nas, którzy już pracują na najwyższych obrotach (a i tak gonią w piętkę), nie mieli ciągłego wrażenia, że zaraz upadną i nie będą mieli już siły na to, by nawet wstać. Im (nam?) należy się odrobina wytchnienia. Nie mniejsza niż dzisiejszym rentierom, których zasługa polega tylko na tym, że „dobrze wybrali sobie rodziców”.

>>> Czytaj też: Hirsch: PPK? Dziękuję, nie chcę być inwestorem ratunkowym [OPINIA]