Publikację książki Dyckhoffa sygnalizuję, by zwrócić uwagę na szersze zjawisko. W ostatnich latach sporo się w Polsce pisze i wydaje książek o architekturze. Nie są to jednak pozycje dla fachowców. Wręcz przeciwnie. To opowieści o miastach, w których żyjemy. O budynkach i ludziach je zamieszkujących. O placach i drogach. Ale także o tym, co kryje się głębiej. O stosunkach własności i stosunkach władzy, z których bezpośrednio wynikają spory o to, do kogo miasto należy i w którym kierunku będzie się rozwijać. Tak rozumiane książki architektoniczne są czymś więcej, niż się wydają. To pełnoprawna literatura faktu, próbująca opisać kapitalizm, którego jesteśmy częścią. Czy nam się to podoba, czy nie.

Takich książek jest coraz więcej. Od historycznych opowieści o ambicjach przemiany świata, jakie stawiali przed sobą awangardowi twórcy pierwszej połowy XX w.: Le Corbusier w Europie, Frank Lloyd Wright w Stanach Zjednoczonych, Ernst May w Niemczech i Rosji Radzieckiej. Ale też nasi Lachert z Szanajcą czy Hansenowie. Nie chodzi jednak tylko o starych mistrzów. Być może najbardziej znaną i udaną próbą opisywania architektury jako zjawiska społecznego są kolejne prace Filipa Springera: opowieści o ekonomiczno-przestrzennej zagładzie Polski średnich miast albo analiza fenomenu bloku mieszkalnego. Do tego dochodzi wysyp tekstów związanych z chaosem urbanistycznym. Zwłaszcza panującym w największej polskiej metropolii – Warszawie.

Na tym tle książka Dyckhoffa zdaje się być nieco oderwana, może aż za bardzo. Jeśli czytelnik nie jest zawodowym podróżnikiem, galeria nowych budynków, które wymienia autor, może przyprawiać o zawrót głowy. „Wielkie kalesony” w Suzhou (Chiny), „Lornetka Franka Gehry’ego” w Venice Beach (USA), „latający stół” w Toronto (Kanada). Widzieliście? To gratulacje. Ja ciągle mam to przed sobą.

Ale nie traktujcie tej książki jako przewodnika po nowych projektach. Dyckhoff nie tylko je przecież wymienia, lecz oferuje czytelnikowi pewną spójną opowieść na ich temat. Utrzymana jest w krytycznym tonie. Brytyjczyk dowodzi bowiem, że te wszystkie ekstrawaganckie budynki są symptomem pewnej choroby, polegającej na zamianie miasta w jeden wielki produkt marketingowy. Produktem tym handluje się na globalnym rynku. Każde miasto ma dziś swoją markę. Markę tę tworzy m.in. architektura. Atrakcyjność brandu decyduje o tym, czy do miasta uda się przyciągnąć kapitał. Raz pozyskane inwestycje trzeba utrzymać. Oferować kapitałowi nowe możliwości. Nowe dzielnice do rewitalizacji. Nowe publiczne pieniądze do wydania. Tak to się wszystko kręci. Spektakl musi trwać.

„Miasto spektaklu jest według niektórych ŁADNIEJSZYM miastem. Ale, jak powie wam każdy, kto żyje w zbyt drogim, ciasnym mieszkaniu albo został wyrzucony z właśnie sprywatyzowanej działki, nie jest LEPSZYM miastem. To jest miasto, które większość z nas odwiedza, ale w nim nie mieszka. Już nie mówiąc o posiadaniu. Wynajmujemy je i jego budynki na godziny”.

>>> Czytaj też: Warszawa jest dwa razy bogatsza od reszty Polski?