Premier Mateusz Morawiecki wraz z szefową niemieckiego rządu w piątek starał się kłaść akcenty na to, co we współpracy polsko-niemieckiej działa bez zarzutu. Mówili o kwitnącej wymianie handlowej, wspólnym budżecie europejskim i takim samym podejściu do rosyjskiej agresji na Ukrainę. Polski premier przekonywał, że „jednak potrafimy rozmawiać i zbliżamy nasze stanowiska”. Kurtuazyjne słowa nie przekuły się na konkrety, pozostały za to różnice zdań w istotnych kwestiach.

Po pierwsze, kością niezgody pozostaje migracja. Wskutek napięć w polityce wewnętrznej Merkel została zmuszona do odejścia od polityki otwartych drzwi wobec migrantów, ale piątkowe rozmowy pokazały, że w tej sprawie po obu stronach Odry niezmiennie panuje brak zrozumienia. Tym razem chodziło o globalny pakt ONZ na rzecz migracji, w którego powstanie Niemcy pod przywództwem Merkel mocno się angażowały. Szefowa niemieckiego rządu podkreślała, że oenzetowski dokument ma na celu zakończenie nielegalnej i zagrażającej życiu migracji. Nie jest on też dla krajów do niego przystępujących legalnie wiążący. Morawiecki poinformował jednak, że Polska najprawdopodobniej do paktu nie przystąpi. Nie będziemy zresztą jedyni, bo dokumentu nie chcą podpisać też Stany Zjednoczone, Węgry i Austria.

Po drugie, kwestia rozbudowy gazociągu Nord Stream. Morawiecki zwrócił uwagę, że realizacja tego projektu może wstrzymać tranzyt gazu przez Ukrainę. Polska wraz z innymi krajami regionu od dawna podnosi to zagrożenie, jednak bez wpływu na niemiecki rząd, który udziela pełnego wsparcia trwającej już budowie. Co prawda Merkel w Warszawie zapewniała, że Niemcom tak samo jak Polsce zależy na tym, by Ukraina pozostała krajem tranzytowym, ale nie ma pewności, że po uruchomieniu Nord Stream 2 Rosja utrzyma tranzyt gazu przez Ukrainę. Niemiecka kanclerz w piątek deklarowała też, że Niemcy chcą przyspieszyć swoje plany związane z budową terminala LNG, który zapewni zróżnicowanie źródeł dostaw gazu.

Agnieszka Łada z Instytutu Spraw Publicznych uważa, że piątkowe spotkanie Morawieckiego i Merkel w żaden sposób nie posunęło polsko-niemieckiej współpracy do przodu. – Było dużo uśmiechów i słodkich słów, nastawienie na współpracę i zrozumienie. Tak jakby chciano przyćmić tę bardzo niedobrą wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Berlinie i różne negatywne wypowiedzi – mówi. Jak jednak podkreśla, nie powiedziano nic nowego o wzajemnych relacjach ani nie podjęto żadnego nowego projektu. – I to nie dlatego, że kanclerz odchodzi, ale dlatego, że brakuje ochoty po polskiej stronie. Jedyną konkretną rzeczą, która padła, był polsko-niemiecko-francuski czołg. Symboliczne i ważne, bo powinniśmy współpracować w polityce bezpieczeństwa, ale przy wielkości i potencjale obu krajów można sobie życzyć więcej – zaznaczyła ekspertka. Łada uważa, że dzieje się tak dlatego, że relacje z Niemcami są zakładnikiem polityki wewnętrznej PiS, który wykorzystuje je do realizacji własnych politycznych celów. – Gdy jest potrzeba, wychodzi z tematem reparacji. Ale gdy zależy mu na budżecie unijnym i widzi, że potrzebuje Niemiec po swojej stronie, to o reparacjach nie ma słowa – podkreśla.

Wizyta niemieckiej kanclerz w Polsce znalazła się w cieniu zapowiedzianego przez nią odejścia. Chociaż sama Merkel chce wycofywać się z politycznej sceny stopniowo, pozostając na stanowisku kanclerza jeszcze trzy lata, to już dzisiaj trwają nerwowe przymiarki dotyczące jej następcy w urzędzie kanclerskim. Obecna kanclerz planuje porzucić kierownictwo w partii przy jednoczesnym zachowaniu fotela szefa rządu. Pojawiają się jednak obawy, że takie trwanie w zawieszeniu osłabi jej moc sprawczą w polityce międzynarodowej, bo przywódca na oucie może nie być skuteczny w kształtowaniu relacji z partnerami zagranicznymi. Merkel w tym „okresie przejściowym” podjęła już dwie podróże zagraniczne, dzień przed polsko-niemieckimi konsultacjami międzyrządowymi odwiedziła Kijów.

Niemiecka przywódczyni próbowała w Warszawie uciąć spekulacje. Odpowiadając na pytanie niemieckiego dziennikarza o jej wpływ na bieg spraw na arenie międzynarodowej, Merkel oświadczyła krótko, że kanclerz federalna Niemiec pozostaje kanclerz federalną Niemiec tak długo, jak nią jest. Problemów we współpracy nie spodziewa się również polski premier, który zadeklarował, że współpraca z kanclerz i jej rządem pozostaje niezmieniona.

W ocenie byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego Merkel może mieć jednak problemy z utrzymaniem się na stanowisku kanclerza do kolejnych wyborów parlamentarnych w Niemczech w 2021 r. Jak podkreśla, odejście Merkel z partii może być wykorzystywane do zwiększenia presji, by odeszła z rządu. – Ten cały proceder rekonstrukcji – jak to nazywano, gdy mnie rekonstruowano – kieruje się swoją dynamiką. Pani kanclerz będzie słabnąć i wreszcie dojdą do wniosku, że trzeba zrobić nowe otwarcie – mówi DGP polityk PiS.

Niewykluczony jest też inny scenariusz. Merkel, wyznaczając datę swojego odejścia, usiłuje zapewnić sobie spokój na trzy ostatnie lata rządów i dać czas na przygotowanie następcy. Liczne w ostatnim czasie kryzysy w niemieckiej polityce sprawiały, że spekulacjom o politycznej śmierci niemieckiej kanclerz nie było końca. Opór wobec prowadzonej przez nią polityki „willkommen” dla migrantów, rosnąca w siłę radykalna prawica, straty w sondażach jej partii CDU, zbuntowany bawarski koalicjant, który doprowadził niemalże do rozpadu koalicji – to tylko niektóre trudności, które przywiodły Merkel do ogłoszenia w zeszłym tygodniu końca politycznej kariery. Być może teraz czekają ją trzy lata względnie spokojnego rządzenia bez ciężaru mierzenia się w kółko z tym samym pytaniem – kiedy ustąpi z kanclerskiego fotela.

Agnieszka Łada uważa, że Merkel może zrealizować swój plan i rządzić do 2021 r. Nie musi to przy tym oznaczać, że wiele spraw w niemieckiej polityce pozostanie w zawieszeniu. Wręcz przeciwnie, niemiecka kanclerz może wykorzystać ten czas do rozwiązania niezałatwionych spraw. – Możliwe, że ona bardzo będzie chciała coś po sobie zostawić i na tej ostatniej prostej będzie jej zależało na jakimś projekcie, by przejść do historii nie jako przywódca, który wywołał chaos migracyjny, ale jako ten, który coś rozwiązał, stworzył, zainicjował – podkreśliła ekspertka.

Wielką niewiadomą pozostaje to, kto przyjdzie po Merkel. W ocenie Łady może to być przywódca, który będzie rozumieć nas mniej. Tym bardziej że politycy, którzy chcą startować na szefa CDU, mają profil bardziej konserwatywny od obecnej przywódczyni. Taka osoba na stanowisku kanclerza oznacza, że Niemcy zaczną być dużo bardziej skoncentrowane na sobie. W mniejszym stopniu będą zwracały uwagę na to, co jest w interesie polskim czy europejskim. – Gdy zabraknie osoby, która rozumie doświadczenie krajów postkomunistycznych, opinie o sytuacji w Polsce będą budowane na podstawie bardzo powierzchownej wiedzy. Niestety Niemców cechuje ignorancja wobec Polski, to widać na różnych szczeblach niemieckiej administracji, polityki i społeczeństwa. Bez doświadczenia, jakie ma Merkel, jej następca może porównywać sytuację w Polsce do sytuacji w Holandii czy Francji i na tej podstawie wysnuwać wnioski niepasujące do polskiej rzeczywistości – powiedziała ekspertka Instytutu Spraw Publicznych.

Z kolei Witold Waszczykowski nie rozumie lamentu i płaczu po Merkel. – Jest jakimś mitem, że ona miała wielką wrażliwość i skłonność do pochylania się nad naszymi problemami. Ona nie załatwiła dla nas niczego. Wielokrotnie uczestniczyłem w rozmowach z nią u boku pani premier Beaty Szydło. Rzeczywiście miała dość miłą powierzchowność, z delikatnym uśmiechem, ale twardo broniła własnych interesów przeciwko naszym, ani na centymetr nie ustąpiła w kwestiach dla nas ważnych – podkreśla były szef MSZ. Punktuje m.in. kwestię Nord Stream 2, odchodzenia od węgla w polityce energetycznej czy brak poparcia w sporze z francuskim prezydentem Emmanuelem Macronem o pracowników delegowanych. – Przypomnę, że za czasu pierwszego rządu PiS ona deklarowała, że zawsze w podróży do Moskwy zatrzyma się w Warszawie, by uzgodnić wspólną politykę. Ale dawno od tej deklaracji odeszła – podsumowuje Waszczykowski.

>>> Czytaj też: Zamiast potwierdzać polityczne tezy, ekonomiści powinni przyznać, czego nie wiedzą [OPINIA]