ASTON MARIN VANTAGE

Zaczynamy z grubej rury. 510 koni mechanicznych, maksymalnie 314 km/h, przyspieszenie do setki w 3,6 sek., 200 tys. euro plus nawet 100 tys. za dodatki. Brzmi to wszystko jak mokry sen największego fana wszystkiego, co ma cztery koła i przerabia benzynę na dwutlenek węgla i adrenalinę. I przyznaję – najnowszy aston faktycznie robi to świetnie. Jest szybki. Nawet bardzo. Problem w tym, że nie daje poczucia obcowania z czymś wyjątkowym i wartym takich pieniędzy. Zacznijmy od tego, że jest… brzydki. No dobra, zadek ma obłędny, ale z przodu wygląda jak mazda MX-5, która wjechała w słup wysokiego napięcia. Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą za dziewczyną o wyjątkowych krągłościach, pięknych nogach, z rozpuszczonymi blond włosami. Wzdychacie romantycznie, ona się odwraca i wtedy dociera do was, że ma wąsy i brakuje jej dwóch jedynek. Dokładnie tak przedstawia się sytuacja z nowym vantage’em. Styliści astona po prostu go spartolili. I to nie tylko z przodu. We wnętrzu też.

Konsola środkowa sprawia dobre wrażenie wyłącznie na zdjęciach, bo w rzeczywistości pełno na niej plastiku, jakiego nie powstydziłby się ford fiesta. I kompletnie nie wiadomo, co do czego służy. A całe wnętrze jest przytłaczające. Siedzi się jak w ziemiance – choć mam prawie dwa metry wzrostu, to czułem się jak maleńki chłopiec, który żeby wyjrzeć przez okno, musi stawać na stołku, potem na palcach i jeszcze podciągać się na parapecie. Czy może być gorzej? Może! Bo gdy zaczniecie bliżej przyglądać się wykonaniu, dojdziecie do wniosku, że aston montowany jest przez najemnych robotników, którzy robią to za miskę ryżu. Nierówne spasowanie, niedoróbki jakościowe, odstające elementy – a to wszystko w samochodzie, za który musicie zapłacić okrągłą bańkę. A jeszcze nie skończyłem. Przeciwnie, dochodzę właśnie do największego problemu vantage’a – faktu, że w rzeczywistości jest mercedesem AMG GT. Odziedziczył jego silnik oraz całą architekturę elektryczną. Czy to źle? Z technicznego punktu widzenia nie, bo przynajmniej macie gwarancję, że rano samochód odpali. Ale jednocześnie oznacza, że Brytyjczycy utracili własną tożsamość. Nie produkują aut, tylko je przerabiają.

Dawniej astony mogły być niedoskonałe i wyraźnie gorsze od rywali w konkurencjach sportowych, ale miały własny, niepowtarzalny charakter. Były po prostu wyjątkowe. I za to je kochałem. Nowego vantage’a pokochać się nie da. Choć jeździ dobrze, to ewidentnie w jego zbudowanie nikt nie włożył serca. Nikt się nie poświęcił, nikt nie zamierzał stworzyć dzieła wyjątkowego. Brytole poszli na łatwiznę – wzięli przód z rozbitej mazdy MX-5, podzespoły mercedesa, przejrzeli projekty ziemianek, a następnie złożyli to wszystko do kupy. Przy czym „kupa” jest w tym przypadku słowem kluczowym.

Jakie jeszcze modele samochodów się w tym roku nie udały? Cały tekst przeczytasz w weekendowym Magazynie Dziennika Gazety Prawnej