Europę Zachodnią po II wojnie światowej kształtowały elity, które charakteryzowała stabilność oraz szacunek dla reguł gry. Jednak z czasem ideowe różnice dzielące socjalistów, chadeków, liberałów i konserwatystów coraz bardziej się zacierały. Toczący ze sobą polityczne boje przedstawiciele rządzących elit kończyli te same elitarne uczelnie, jeździli na te same stypendia, bawili się na tych samych imprezach, utrzymując prywatnie czasami bardzo zażyłe kontakty. Dziś Niemcami rządzi drugą kadencję koalicja chadeków z socjaldemokratami i obie partie muszą się bardzo nagimnastykować, by zademonstrować wyborcom, że coś je od siebie różni.

Ciągłość i kontynuacja dawały państwom stabilizację oraz przewidywalność bardzo wygodną dla mieszkańców Europy. Jednak ostatnio ci bardzo się zmienili. Będący kiedyś ostoją dla partii socjalistycznych robotnicy stali się rzadkością, bo fabryki przeniesiono do Azji. Konserwatyzm został ośmieszony, a liberalizm po kryzysie w 2008 r. skompromitowany. Z tymi zmianami splata się poczucie zagrożenia przez radykalizujący się islam, powiązany z problemem napływu kolejnych fal emigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

To, że społeczeństwa w krajach Starego Kontynentu przez ostatnie trzy dekady uległy daleko idącym przeobrażeniom, polityczne elity kompletnie zignorowały. Nie zadały sobie nawet trudu poważnego szukania nowych idei, na miejsce tych już mocno zwietrzałych. Taki stan rzeczy sprawia, że dawny porządek musi utracić swój stan równowagi, obracając się w falę buntu. Wzniecić go może dosłownie iskra.

W podobnej sytuacji 200 lat temu uczyniła to po prostu zła pogoda.

>>> CAŁY TEKST PRZECZYTASZ W MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ