Latem 2017 r. nowojorski Public Theater wystawił Szekspirowskiego „Juliusza Cezara”. Współczesne kostiumy nasuwały skojarzenia z „House of Cards” (na scenie pojawili się zresztą aktorzy z tego popularnego serialu). Ale najwięcej emocji wzbudziło to, że tytułowy bohater dramatu miał dziwną blond grzywkę, nosił zbyt długie krawaty i mówił z nosowym, nowojorskim akcentem. Wszyscy dostrzegli w nim Donalda Trumpa.

Stronnicy prezydenta poczuli się oburzeni. Zakrzyknęli, że spektakl to zamach na Trumpa. Pod teatrem odbywały się prawicowe demonstracje, a policja musiała ochraniać ludzi z biletami przed atakami. „The New York Times” przepytał protestujących. Mówili, że są patriotami, przyszli walczyć z lewakami, że trzeba przeciwstawić się wrogom Ameryki i że nie godzą się na to, by marnować pieniądze z ich podatków. Sztuka była co prawda wystawiona wyłącznie ze środków prywatnych, jednak w reakcji na zamieszanie ze sponsorowania wycofały się linie lotnicze Delta Airlines, tłumacząc, że spektakl narusza szanowane przez firmę wartości.

Ostatnia taka scena

Premiera „Juliusza Cezara” odbyła się w ramach dorocznego letniego festiwalu Shakespeare in the Park, organizowanego przez Public Theater (wbrew nazwie to nie jedna scena, lecz niezależna artystyczna instytucja, założona w latach 50.). Imprezę stworzył 63 lata temu producent Joe Papp (1921–1991). Przetrwała do dzisiaj w niemal niezmienionej formie. Od 1961 r. przedstawienia odbywają się w Central Parku, na niezadaszonej scenie Delacorte Theater.

Papp chciał stworzyć sztukę dla ludzi, angażującą widza, a na dodatek całość kosztów produkcji przerzucił na siebie i sponsorów, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Bilety na przedstawienia w Delacorte są za darmo, trzeba tylko zdobyć wejściówkę, więc chętni ustawiają się w kolejce nawet 24 godziny przed spektaklem.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.