Jak właściwie ocenić obecność Polski w Davos? Jest i jej nie ma. Poza Wami, niewiele tu polskich firm...

Jeszcze dwa lata temu delegacja Polski w Davos to były zaledwie cztery osoby. Dzisiaj udział w forum bierze kilka firm oraz klientów, których przywieźliśmy, wśród nich m.in. startupy technologiczne. Jesteśmy też obecni na panelach dyskusyjnych, sami je zresztą organizujemy. Zrobiliśmy np. dyskusję o rewolucji cyfrowej, w której brał udział prof. Nouriel Roubini...

...słynny doktor Zagłada, który przewidział kryzys 2008 r.

Tak. I Henrik von Scheel, twórca koncepcji "Rewolucji Przemysłowej 4.0". Biorąc to wszystko pod uwagę, nasze wydarzenie staje się jednym z najważniejszych w Davos. Ale fakt, przyznam, że obecność Polskich, zwłaszcza, jeśli chodzi o firmy, bo nie mówię o wymiarze politycznym, jest w Davos wciąż zbyt mała. 20 przedsiębiorców, którzy się tu w tym roku z nami pojawili, to dużo, ale nie wystarczająco dużo.

Michał Krupiński, prezes Pekao

Michał Krupiński, prezes Pekao

źródło: Materiały Prasowe

Spotkałem kilku polskich młodych startupowców, którzy przyjechali tu niezależnie od Was. Snuli się bez celu po wieczornych imprezach.

Bo żeby tu przyjechać, trzeba mieć plan. Można się spotkać z np. prezesem Microsoftu, ale to trzeba umówić dużo wcześniej. Inaczej to strata czasu. Tu się spotkania planuje z trzymiesięcznym wyprzedzeniem.

Pewnie te naprawdę najważniejsze rzeczy dzieją się w Davos za kulisami?

Tak. Forum organizuje się w ten sposób, że jest się częścią "sektorowych" dyskusji. Można podejrzeć konkurencję, znaleźć klientów, partnerów. Ja sam przeprowadziłem około 50 spotkań z klientami, m.in. z szefami globalnych funduszy private equity, prezesami globalnych firm technologicznych oraz inwestorami zainteresowanych regionem.

Z tymi, którzy jakoś mniej chętnie od dwóch lat w Polsce inwestują, co pokazują statystki.

Niestety, tak. Dlatego próbujemy zmienić niekorzystną narrację, jeśli chodzi o sytuację polityczną w Polsce. Niestety, inwestorzy często patrzą na te rzeczy powierzchownie, czytając zaledwie nagłówki w mediach, a te nie zawsze są pozytywne. Chcemy, żeby zrozumieli, że Polska nie jest jakoś wyjątkowa – w wielu krajach dostrzegamy aktywną debatę polityczną, w każdej demokracji trwa jakiś spór. Że nie ma tu niepewności, co do zainwestowanego kapitału.

Robicie tu w Davos "branding" Polsce?

Tak można powiedzieć. Chcemy markę Polska trochę uatrakcyjnić, pokazując, że trwa u nas transformacja z gospodarki opartej na taniej sile roboczej w stronę gospodarki opartej na wiedzy. Wiadomo, że mamy wyjątkowo szybki wzrost PKB, ok. 5 proc., ale na znajomości tego wskaźnika inwestorzy nie mogą poprzestać. Muszą dostrzegać i coraz częściej dostrzegają np. potencjał Polski w zakresie cyfrowej gospodarki, w tym m.in. potencjał polskiego kapitału ludzkiego w zawodach przyszłości.

Co to znaczy?

Coraz więcej firm zatrudnia w Polsce np. zaawansowanych analityków danych, matematyków, czy statystyków. To właśnie zawody przyszłości. Inwestorzy wiedzą, że w tym zakresie Polacy, Rosjanie czy Ukraińcy są bezkonkurencyjni. Nawiasem mówiąc, ta pula talentów jest wykorzystywana niedostatecznie w kontekście korzyści dla stricte polskich firm. Zagraniczne firmy, chociaż zatrudniają u nas swoich inżynierów i specjalistów, czyli de facto rozwijają swoją stronę technologiczną w Polsce, to przecież mają siedziby np. w Londynie. Ktoś inny zatem spija wytworzoną w Polsce śmietankę.

Możemy spodziewać się, że w niedalekiej przyszłości kapitał znów szerszym strumieniem popłynie nad Wisłę? Można by pomyśleć, zwłaszcza w kontekście słabego wzrostu eurolandu, że inwestorzy zaczną traktować nas jako bezpieczną przystań, a jednak dotąd to się nie dzieje...

Dzisiaj inwestorzy i przedsiębiorcy patrzą na sytuację makroekonomiczną, która się pogarsza, czy w strefie euro, czy w Chinach, ale też na słabsze nastroje w przemyśle w Polsce, i często stwierdzają, że na inwestycje jest już po prostu za późno. Nie chcą inwestować, gdy przewidują dekoniunkturę. Gdy zaś w przeszłości chcieli inwestować, bo koniunktura była lepsza, to z kolei nie mogli znaleźć rąk do pracy. Te problemy rozwiązuje napływ Ukraińców do Polski, ale nie do końca. Bądźmy jednak szczerzy, każdy kraj boryka się dzisiaj z deficytem pracowników, czy to specjalistów, czy robotników niewykwalifikowanych. Nie jesteśmy tu wyjątkiem. Niestety, oznacza to, że kończą się zasoby, które dotąd napędzały wzrost.

Zakładacie, że w ciągu najbliższych 3-4 lat ponownie gdzieś na świecie wybuchnie kryzys? Upływa już dekada od ostatniego. Okres spokoju trwa ponadprzeciętnie długo.

Cóż, spodziewamy się, że ten rok będzie jeszcze w porządku, ale w kolejnym roku ryzyko głębszego spowolnienia w kluczowych gospodarkach może wzrastać.

I przygotowujecie się na potencjalne kłopoty? Jak?

Próbujemy oszacować np., jakie produkty będą kluczowe za kilka lat, jaki jest np. potencjał pożyczek gotówkowych w razie spowolnienia gospodarczego i jak dalej rozwijać nasz portfel kredytowy aby pozostawał on odporny na ewentualne spowolnienie. Mówiąc o możliwym kryzysie, nie bałbym się jednak aż tak wielkiego szoku, jak dekadę temu wywołanym upadkiem banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Właściwie, to nie obawiam się kryzysu sensu stricte. To będzie raczej spowolnienie wzrostu niż jakaś długotrwała recesja. Nie widzę na świecie żadnych nierównowag, które by to mogły zwiastować. Natomiast istnieje zagrożenie, że gospodarki wschodzące zostaną wzięte pod lupę przez inwestorów i któraś z nich zostanie wytypowana na słabe ogniowo, straci finansowanie, wpadnie w kłopoty i pociągnie za sobą resztę. Niemniej byłbym wielce zaskoczony, gdyby w ciągu najbliższych kilku lat Polska wpadła w recesję.

Załóżmy jednak scenariusz, w którym w recesję wpadają wszyscy dokoła Polski. W trakcie ostatniego kryzysu finansowego, mówiło się, że zagraniczne banki – te pochodzące z krajów, w których wybuchł kryzys – ograniczyły polskim firmom akcje kredytową i stąd m.in. wynikał postulat repolonizacji bankowości. Czy dzisiaj już zrepolonizowane Pekao SA w razie ziszczenia się takiego scenariusza, byłoby w stanie zwiększyć odpowiednio kredytowanie dla rodzimych przedsiębiorstw?

Mamy w Polsce dzisiaj lepszą sytuację, jeśli chodzi o strukturę rynku bankowego niż przed 2008 r. Ci gracze, którzy zostali w Polsce po ostatnim kryzysie, są po prostu solidniejsi. To są silne i dobrze zarządzane banki o wysokiej stabilności kapitałów i bilansu. Tymczasem przed 2008 r. mieliśmy kilka banków, które w dużej mierze z własnej winy powpadały w kłopoty we własnych krajach i potem w efekcie ograniczały swoją aktywność na zewnątrz. Dzisiaj więc scenariusz, w którym trzeba by zwiększać akcje kredytową w bankach krajowych, żeby kompensować wycofanie się z niej banków zagranicznych, jest znacznie mniej prawdopodobny. Właściwie na polskim systemie bankowym poza wciąż nierozwiązanym problemem frankowiczów, nie ma żadnych niepokojących rys.

Proszę też pamiętać, że globalnie rzecz biorąc, w systemie bankowym nastąpiło bardzo duże delewarowanie. Goldman Sachs miał kiedyś lewar finansowy 30-krotny, dzisiaj to już tylko 3-4 krotności inwestycji. Zmniejszył się w bankowości apetyt na ryzyko a jednocześnie globalnie sektor znacząco podniósł poziom kapitałów i płynności, co czyni go bardziej odpornym i po prostu bezpiecznym.

Banki po kryzysie poszły po rozum do głowy?

Tak, ale to dzięki w dużej mierze aktywności urzędów regulacyjnych, które bardzo mocno zwiększyły wymagane poziomy kapitału i płynności w bankach komercyjnych. Generalnie naprawdę uważam, że nie będziemy mieli kryzysu bankowego.

Czy na pewno? Czy brexit nie jest przynajmniej potencjalnym punktem zapalnym takiego kryzysu? Londyn stanowi wciąż europejskie centrum finansowe. Kłopot w Londynie to kłopot całej Europy.

Londyn już teraz traci swój status. Banki przeprowadzają się do Paryża, do Dublina, do Frankfurtu, a część również Warszawy. Moi znajomi z bankowości sprzedają swoje londyńskie mieszkania. To zjawisko masowe. W Wielkiej Brytanii zostaną fundusze prywatne, menedżerowie zarządzający, ale banki ograniczą swoje centra na Europę tutaj. Następuje dostosowanie, które zajmie kilka lat, jednak Londyn nadal pozostanie jednym z kluczowych centrów finansowych w Europie.

Polska gospodarka nie odczuwa tych wszystkich ruchów wokół-brexitowych?

Odczuwa. Brexit spowolnił wzrost brytyjskiego PKB, co z kolei ograniczyło nasz handel wzajemny, a więc w efekcie także spowolniło nasz wzrost. Kolejna rzecz, to niepewność co do statusu Polaków mieszkających w Anglii, zwłaszcza tych, którzy robią interesy w obydwu krajach, którą brexit wytwarza. Nie wiadomo, czy nadal i na jakich zasadach będą mogli je robić. Taka niepewność też uderza w dynamikę wzrostu PKB, bo każe firmom wstrzymać się np. z decyzjami inwestycyjnymi do czasu wyjaśnienia się sytuacji. Do tego dochodzi nastrój kwestionowania mocy sprawczej polityków chcących wprowadzać prowzrostowe reformy. Europejscy wyborcy widzą, że politycy "nawet brexitu nie potrafią dobrze przeprowadzić" i kwestionują sens reform we własnym kraju. W Polsce może tego tak nie widać, ale we Włoszech widać to świetnie. Brexit to więc nie tylko sam brexit, lecz także źródło różnego typu nowych i nawarstwiających się problemów.

Mówi się, że polskim firmom, zwłaszcza tych z branży nowych technologii, brak dostępu do rynku kapitałowego. Sytuację miało poprawić stworzenie unii kapitałowej. Brexit tej unii nie sparaliżuje?

Trudno mi powiedzieć. Nie mam tu zdecydowanej opinii. Myślę natomiast, że tworzeniu w Polsce warunków do rozwoju rynku kapitałowego sprzyja fakt, że jesteśmy poza strefą euro. Gdybyśmy byli, byłoby nam trudniej.

Dlaczego?

Bo w jednolitej unii walutowej największe centra finansowe wysysają kapitał od słabszych graczy. Polska po wejściu do euro byłaby wciąż takim słabszym graczem. Trzeba jeszcze zbudować u nas rynek samemu, wzmocnić się, a na to potrzeba czasu.

Zatem jak na razie euro "niet"?

Zgadza się. Sądzę, że to, o czym przed chwilą powiedziałem, jest mocnym argumentem przeciw wchodzeniu do strefy euro.

>>> Czytaj też: Przejęcia zaniedbanych obiektów i inwestycje wokół CPK. Tak państwo chce zarabiać na hotelach