Najważniejsze rzeczy często zajmują niewidoczne miejsce w przestrzeni publicznej, szczególnie w epoce Donalda Trumpa. Było tak i tym razem, gdy szefowie amerykańskich agencji wywiadowczych odwiedzili Kapitol, aby przedstawić swoją ocenę sytuacji i światowych zagrożeń.

Wydarzenie to było szeroko relacjonowane w mediach głównie z jednego powodu – otóż wygłoszone przez Dana Coatsa, dyrektora Wywiadu Narodowego oraz Ginę Haspel, szefową CIA analizy szły w poprzek prowadzonej przez Donalda Trumpa polityki wobec Korei Północnej oraz Iranu. Z wypowiedzi Coatsa i Haspel wynika, że Kim Dzong Un nie miał zamiaru rezygnować z broni atomowej, a Iran, pomimo, że chciałby taką broń posiadać, to aktualnie jej nie buduje. Reakcja Trumpa na ustalenia amerykańskiego wywiadu była łatwa do przewidzenia. Otóż amerykański prezydent na Twitterze polecił pracownikom wywiadu „powrót do szkoły”.

W całej tej kontrowersji zniknęły jednak najważniejsze aspekty oceny wywiadu. Oto trzy trendy, które mogą w poważny sposób zmienić światowy porządek na gorsze.

1. Coraz bliższa współpraca Chin i Rosji

Pierwszy z niepokojących trendów to coraz bliższe stosunki Chin i Rosji. Przez wiele lat relacje Ameryki zarówno z Chinami jak i Rosją pogarszały się. Rosja co prawda słabnie, ale jest agresywnym aktorem, który prawdopodobnie będzie mieszał się w wybory i prowadził wojnę informacyjną przeciw USA oraz innym demokracjom. Chiny z kolei nie są po prostu państwem rewizjonistycznym, ale mają „długoterminową strategię osiągnięcia globalnego przywództwa”. Amerykańskie służby wywiadowcze stwierdzają, że „Chiny i Rosja bliżej siebie niż były kiedykolwiek w historii od lat 50. XX wieku”. Państwa te prawdopodobnie jeszcze bardziej się do siebie zbliżą, ponieważ oba kraje odrzucają wartości demokratyczne i amerykańskie przywództwo na świecie.

Pekin i Moskwa już dziś współpracują w obszarze ćwiczeń wojskowych i zakupów broni, surowców energetycznych i handlu, osłabiania międzynarodowych norm w zakresie praw człowieka oraz na wielu innych polach. Współpraca ta pozwala każdemu państwu z osobna lepiej rywalizować z USA. Na przykład Chiny ulepszyły swoje wojskowe systemy antydostępowe (anti-access/area denial) poprzez zakup (i częściowo kopiowanie) rosyjskich technologii. Nawet w tych obszarach, w których Chiny i Rosja nie współpracują bezpośrednio – np. we wspieraniu reżimów autorytarnych i podważaniu tych demokratycznych – ich działania mają wzajemnie wzmacniające się efekty.

Oczywiście, wcześniejsza oś Moskwa-Pekin złamała się w latach 60. XX wieku i obecnie również, szczególnie w długim terminie, istnieją granice tego, jak dobrze będzie działał taki sojusz. Jeśli Chiny rzeczywiście sięgną po globalne przywództwo, Rosja będzie musiała zmierzyć się z agresywnym behemotem u swoich granic. Mimo wszystko w średnim terminie to USA będą musiały skonfrontować się z quasi-sojuszem dwóch głównych konkurentów.

2. Niepewność amerykańskich sojuszników wobec działań USA

Drugi niepokojący dla USA trend dotyczy sojuszy. Na pierwszej stronie przygotowanego przez Dana Coatsa dokumentu widnieje ostrzeżenie: „Niektórzy sojusznicy USA szukają większej niezależności od Waszyngtonu w efekcie zmiany postrzegania amerykańskich polityk w zakresie bezpieczeństwa i handlu. Amerykańscy sojusznicy stają się bardziej otwarci na nowe bilateralne i multilateralne partnerstwa”. To krótkie zdanie odzwierciedla szereg lęków, które testują koalicje geopolityczne Ameryki.

Lęki te były obecne jeszcze przed kadencją Donalda Trumpa, choć to on doprowadził do ich zaostrzenia. Przez wiele lat amerykańscy sojusznicy w Europie oraz w regionie Azji i Pacyfiku obawiali się, czy Ameryka chce i może bronić ustanowionego przez siebie porządku, jeśli ten zacznie się załamywać. Takie incydenty, jak fiasko polityki czerwonej linii w Syrii w 2013 roku czy sukces Chin w powiększaniu kontroli nad Morzem Południowochińskim karmiły obawy jeśli chodzi o intencje Waszyngtonu. Zmieniająca się wojskowa równowaga sił w Europie Wschodniej oraz na Zachodnim Pacyfiku wzmogły obawy o słabnące możliwości USA.

Zaostrzenie przez Trumpa antysojuszniczej retoryki, jego upodobanie do prowadzenia wojen handlowych nawet wobec najbliższych sojuszników oraz jego generalnie niekonsekwentne zachowanie sprawiły, że część amerykańskich partnerów i sojuszników zaczęła rozważać, czy jednak nie potrzebuje geopolitycznego planu B – i to pomimo, że USA zwiększyły wydatki wojskowe i wzmocniły wysiłki mające na celu powstrzymanie Rosji w Europie Wschodniej.

To co politolodzy nazywają „hedgingiem”, staje się coraz bardziej powszechne. Otóż różne kraje, od Australii i Japonii po Francję i Niemcy, próbują rozwijać nowe partnerstwa, które zminimalizowałyby potencjalny kryzys - gdyby okazało się, że na Waszyngton jednak nie można liczyć. Rozmowy o europejskiej armii, japońskie wysiłki, aby zacieśnić więzi z Australią i Indiami oraz przesunięcie Filipin w kierunku Chin są tego wyrazem. Tendencje te nasilą się, jeśli Donald Trump lub inny sceptyk amerykańskiego globalizmu wygra wybory prezydenckie w 2020 roku.

3. Rola zaawansowanych technologii

Istnieje wreszcie trend odnoszący się do roli zaawansowanych i nowych technologii. Amerykański wywiad przewiduje w tym zakresie kilka zagrożeń. Chiny już dziś mają zdolność do przeprowadzenia cyberataków, mogących uszkodzić amerykańską infrastrukturę krytyczną na kilka dni lub nawet tygodni. Rosja pokazuje możliwości w zakresie cyberataków, które mogłyby poważnie zakłócić funkcjonowanie amerykańskiego społeczeństwa pogrążonego w kryzysie. Co więcej, nawet stosunkowo mniej wyrafinowani aktorzy będą mogli stosować cyberataki wobec USA w nadchodzących latach.

Międzynarodowa gospodarka i globalna polityka będą w głęboki sposób kształtowane przez nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, informatyka kwantowa czy syntetyczna biologia. Każdy naród, który osiągnie wysoki poziom w którymś z tych obszarów, będzie miał olbrzymią przewagę nad konkurentami. Władimir Putin i Xi Jinping mówią to od lat, amerykański wywiad też przyznaje to już publicznie.

Wcale nie jest pewne, czy USA cały czas będą na czele tej rywalizacji. Amerykańskie przewagi w zakresie nauki i technologii uległy erozji. W 1996 roku naukowcy z USA odpowiadali za ponad 50 proc. cytowań w tych obszarach. Dziś wskaźnik ten wynosi zaledwie 35 proc. Z kolei udział Chin wzrósł od zera do ponad 20 proc. Pekin może także objąć prowadzenie jeśli chodzi o sztuczną inteligencję oraz inne kluczowe technologie, zaś dostęp do danych zebranych od 1,4 mld ludzi może dawać Państwu Środka kolejne przewagi. Przez dekady Amerykanie uważali dominację w obszarze technologii za geopolitycznego asa w rękawie. Dziś jednak technologiczne przełomy grożą dalszą erozją siły USA oraz skierowaniem losów świata na ciemniejsze tory.

Oczywiście szpiegom i wywiadom płaci się za to, aby przejmowali się przerażającymi scenariuszami. Politycy zaś powinni pokazać, że USA potrafią sobie z tymi zagrożeniami poradzić. Niemniej ostatnie oceny społeczności wywiadowczej przypominają nam, że kiedy uwaga opinii publicznej skupia się na Donaldzie Trumpie i jego wybrykach, to na świecie zachodzą znacznie poważniejsze zmiany.

>>> Czytaj też: Putin: Rosja odpowie na amerykańskie pociski w Europie