Lewestam: Po co nam publiczni intelektualiści? Wolą prawdę od wierszówek

Ten tekst przeczytasz w 1 minutę
2 marca 2019, 18:01
Posągi Sokratesa i Apolla, Ateny, Grecja, fot. Brigida Soriano
Posągi Sokratesa i Apolla, Ateny, Grecja, fot. Brigida Soriano/ShutterStock
Zastanawia mnie ostatnio wiele śmierci; a wśród nich śmierć publicznego intelektualisty. A kto to, ten publiczny intelektualista? Ryzykując tautologię: to intelektualista, który udziela się publicznie, komentuje, mówi, pisze o polityce, życiu społecznym, stosunkach międzynarodowych. Ktoś, kto mógłby się głęboko, sensownie i w sposób uprawniony wypowiedzieć, na przykład o naszym konflikcie z Izraelem.

Nie każdy może zostać intelektualistą publicznym. Trzeba być zasłużonym i uznanym akademikiem; pisarzem wielkim, a przynajmniej naprawdę bardzo dużym; poetą, redaktorem pisma na uchodźstwie etc. Potrzebny jest mocny list uwierzytelniający, który potwierdza format (stanowisko profesorskie, Nagroda Nobla, zachwyt świata) i charakter – charyzma, pasja, magnetyzm, szczerość, powaga, poczucie odpowiedzialności – które pozwalają takiemu docierać z ważnymi kwestiami do „ludu”.

Tacy mogą być sławni i wpływowi za życia, jak Bertrand Russell czy Jean-Paul Sartre; mogą zyskać większą moc dopiero po śmierci, jak Sokrates, który co prawda akademikiem nie był, ale, jeśli wierzyć przekazom, wrażenie intelektualne robił dość piorunujące.

Po co oni? Po pierwsze, żeby wydajnie rozmawiać. Każda demokratyczna wspólnota potrzebuje debaty publicznej. Ona ustawia wspólnocie kierunek moralny i tożsamość; generuje, za pomocą starć, granice akceptowalnego dyskursu, wydeliberuje, co należy zrobić w przypadku X, a co w przypadku Y (np. „Idziemy na wojnę, by szerzyć demokrację”, „Zajmijmy się najpierw swoimi tramwajami, a potem będziemy się martwić Izraelem”).

Po drugie, żeby nie było kakofonii. Odkąd (z głupoty) opuściliśmy zbieracko-łowieckie grupy liczące poniżej 150 osób, debata nie może się toczyć z udziałem wszystkich, bo wrzaski będą nie do zniesienia. Tak jak polityczne decyzje muszą nam podejmować reprezentanci, tak też do pewnego stopnia debatę muszą nam prowadzić awatary, przedstawiciele opinii. Taka karma dużych wspólnot, niestety.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj