W przeszłości to właśnie większe niż w krajach Europy Zachodniej wydatki na żywność sprawiały, że w niemal wszystkich innych kategoriach wydawaliśmy mniej niż obywatele państw strefy euro. Mowa oczywiście o strukturze wydatków, nie o kwotach nominalnych, które były niższe z racji mniejszych zarobków i niższych cen.

Na żywność wciąż przeznaczamy nieco więcej, niż wynosi średnia unijna (w ub.r. 14,5 proc.), jednak różnica nie przekracza już 2 pkt proc. (w 2000 r. udział żywności w wydatkach Polaków był dwa razy wyższy). Minimalnie większa jest nawet w przypadku alkoholu, na który przypada u nas niecałe 4 proc. wydatków.

Zmniejszenie udziału żywności pozwoliło na wzrost innych kategorii wydatków i upodobnienie koszyka konsumpcyjnego Polaków do ogółu mieszkańców UE.

Obecnie największa różnica na naszą niekorzyść – tzn. że wydajemy więcej, niż wynosi średnia w UE – dotyczy wydatków na remonty. To jednak odbicie powszechności posiadania mieszkań na własność. Bo z kolei w opłatach za wynajem lokali notujemy największą różnicę na naszą korzyść. Gdyby do tych dwóch kategorii dołożyć jeszcze nośniki energii, okazałoby się, że w strukturze wydatków Polaków mieszkanie ma minimalnie większy udział, niż wynosi średnia w UE. Można to tłumaczyć m.in. różnicami w klimacie, bo na południu kontynentu zimą nie trzeba ich ogrzewać.

Chociaż usługi gastronomiczne notują w ostatnich latach duży awans w strukturze naszych wydatków, to wciąż jesteśmy pod tym względem poniżej średniej unijnej. Dużo chętniej niż inni obywatele UE konsumujemy natomiast… leki. W ostatnich latach ich udział u nas to niemal 4 proc. ogólnej kwoty wydatków. Ponad 2,5 razy więcej niż wynosi średnia unijna. ©℗