Brzmi jak kolejny wynalazek. Pamiętam, jak po raz pierwszy, na początku lat 90. XX w., pojechałem do Stanów Zjednoczonych i w aplikacjach o pracę, w rubryce „płeć” – obok kobiety i mężczyzny – zobaczyłem: „Trudno powiedzieć”. Bardzo mnie to wtedy zdziwiło. W Polsce wciąż może dziwić, choć to przykład sprzed ćwierć wieku. Pokazuje, że w innych rejonach świata stosunek do płci może być odmienny od naszych kulturowych przyzwyczajeń.
Trzy rzeczy. Po pierwsze, że dążymy do upraszczania języka. Po drugie – ważniejsze – że chcemy formuły, w której komfortowo mogliby się poczuć wszyscy, niezależnie od tego, jakie są między nami różnice. Próba wprowadzenia jednolitej kategorii ponadpłciowej jest w gruncie rzeczy przyznaniem nam wszystkim prawa do czucia się ludźmi w najgłębszym wymiarze tego pojęcia. Fakt, że jesteśmy kobietami i mężczyznami ma oczywiście znaczenie, ale w kontekście najważniejszych procesów poznawczych, właściwych dla naszego gatunku, to cecha drugorzędna. Bo przede wszystkim jesteśmy ludźmi. W tym sensie szwedzkie „hen” jest próbą zaakcentowania wspólnoty pierwotnej, organicznej, która nas jako gatunek kreuje i konstytuuje.
Szukamy ucieczki.
>>> CAŁY WYWIAD W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP
