Oznacza to, że zyski korporacji powinny rosnąć mniej więcej w tempie całej gospodarki. Jeśli chodzi o ceny akcji, to mogą one zwiększać swoją wartość szybciej niż zarabiają firmy, jeśli rośnie apetyt inwestorów na ryzyko albo spadają stopy procentowe.

Sceptycy nowoczesnego kapitalizmu mają jednak swoją alternatywną narrację. Zbyt wiele firm, jak mówią, czerpie wartość z gospodarki, nie tworząc własnej wartości dodanej. Wykorzystując monopolistyczną władzę lub uprzywilejowane traktowanie ze strony skonfliktowanych albo przyjaznych im ideologicznie regulatorów, wielkie korporacje podnoszą ceny, obniżają płace i wywierają nacisk na dostawców z korzyścią dla swoich akcjonariuszy. Ekonomiści nazywają ten rodzaj korzyści rentą ekonomiczną.

Obie strony toczą pomiędzy sobą ważną i aktualną debatę, ponieważ zyski przedsiębiorstw zaczęły stanowić przez ostatnie 15 lat historycznie największą część PKB amerykańskiej gospodarki (zyski firm po opodatkowaniu jako udział PKB – w ostatnich latach wynosił ok. 10 proc. i od 2000 roku wzrósł około dwukrotnie – przyp. red.).

W ostatnich latach wycena giełdowych spółek rosła szybciej niż zyski firm i gospodarka:

Jak duża część wzrostu wartości rynkowej firm (widocznego na powyższym wykresie – przyp. red.) jest wynikiem zwiększenia się renty ekonomicznej albo oczekiwanym wzrostem renty tego rodzaju? Ekonomiści Daniel Greenwald, Martin Lettau i Sydney Ludvigson uważają, że znają odpowiedź: większość. W niedawno opublikowanym artykule zbudowali oni model gospodarki, w której wartość wytworzona przez firmy mogłaby zostać arbitralnie przenoszona pomiędzy udziałowcami i pracownikami. Odkryli, że jej redystrybucja od pracowników do akcjonariuszy odpowiadała za 54 proc. wzrostu wartości akcji. Spadające stopy procentowe, rosnący apetyt inwestorów na ryzyko i wzrost gospodarczy stanowiły pozostałe 46 proc.

Wyniki uzyskane przez Greenwalda i jego współpracowników powinny być odbierane z przymrużeniem oka, ponieważ zależą w dużej mierze od założeń bardzo specyficznego modelu. Jednak są zgodne z dowodami uzyskanymi przez ekonomistów Lukasa Karabarbounisa i Brenta Neimana, którzy pokazali, że udział siły roboczej w dochodach spadł na całym świecie. Są również spójne z pracą ekonomisty Simchy Barkai’ego, który odkrył, że zyski firm rosły znacznie szybciej od wartości posiadanego przez nie kapitału. Gdy wszystkie różniące się od siebie modele dają ten sam wynik, sugeruje to, że wnioski z nich płynące nie są całkowicie iluzoryczne.

Pozostaje jednak pytanie: w jaki sposób akcjonariusze zdołali zwiększyć rentę ekonomiczną? W zdrowej gospodarce rynkowa konkurencja powinna pozbyć się tego typu rent, ponieważ nowe firmy wchodząc na rynek i rywalizując o udział w nim, oferują niższe ceny i wyższe płace do czasu, aż dodatkowe zyski firm (renty – przyp. red.) zanikną. W niektórych gałęziach przemysłu, jak produkcja półprzewodników, nadal tak się dzieje.

Jednak w większości branż, jak uważają ekonomiści German Gurierrez i Thomas Philippon, proces ten załamał się. W swoim nowym artykule podjęli się próby zmierzenia, w jakim stopniu rozpoczynające działalność firmy korzystają z rynkowych możliwości. Gutierrez i Philippon zastosowali wskaźnik q Tobina, który jest stosunkiem wartości giełdowej firmy w stosunku do księgowej wartości aktywów firmy. Gdy „q” jest wysokie, powinno to oznaczać, że otwiera się szansa dla nowych firm na wejście i uzyskanie części udziałów i zysków w rynku, co ograniczy renty ekonomiczne dużych firm, obniżając wartość wskaźnika „q”. Autorzy stwierdzili, że było to powszechne aż do późnych lat 90. Jednak po 2000 roku – w tym samym czasie, w którym zyski (firm o silnej pozycji na rynku – przyp. red.) zaczęły rosnąć do niespotykanego wcześniej poziomu – korelacja ta zanikła. Wysoka wartość wskaźnika „q” nie przyciąga już na rynek nowych graczy.

Do takiej sytuacji może dojść, gdy rosną zyski firm uzyskiwane z efektu skali – na przykład tak jak w przypadku internetowych firm takich jak Facebook i Amazon, które wykorzystują efekty sieciowe do utrzymywania dystansu do mniejszych rynkowych konkurentów. Jednak Gutierrez i Philippon oszacowali, że rosnące zyski czerpane z efektu skali nie są skorelowane z załamaniem związku pomiędzy wartością wskaźnika „q” a wchodzeniem na rynek nowych podmiotów, co budzi wątpliwości co efektu skali jako wyjaśnienia zjawiska ograniczonego dostępu do rynku nowych firm. Zamiast tego autorzy wskazali palcem na inne możliwe wyjaśnienie, czyli przeregulowanie rynku. Odkryli, że im większy stopień uregulowania danej branży – mierzony za pomocą analizy dokumentów Code of Federal Regulation ˗ tym wzrost wskaźnika „q” w mniejszym stopniu wpływa na liczbę debiutów. Odkryli także, że wartość wydatków lobbingowych w danej branży jest skorelowana ze wzrostem liczby regulacji, wzrostem zysków i spadkiem liczby nowych firm w branży. Nic dziwnego, że uznali lobbing i regulacje rynkowe za czynniki, które trzymają małe firmy z dala od zysków czerpanych przez duże. Wnioski uzyskane przez Gutierreza i Philippona pokrywają się z odkryciami profesora Jamesa Bessena z 2016 roku (chociaż są sprzeczne z wynikami uzyskanymi przez ekonomistów Nathana Goldschlaga i Alexa Tabarroka z 2018 roku).

Jest więc możliwe, że duże firmy zwiększają swoją rynkową przewagę, wykorzystując lobbing do zdobywania przychylności polityków i regulatorów. Jeśli jest to prawdą, to są to bardzo złe wieści dla wolnego rynku i kapitalizmu. Potwierdziłoby to twierdzenia senatora Berniego Sandersa, socjalistycznego kandydata na prezydenta, który za nieszczęścia amerykańskich robotników obwinia korporacyjne interesy. W jaki sposób wielkie firmy i ich lobbyści zwiększyli swoje sukcesy w naginaniu regulacji do własnych potrzeb jest wciąż tajemnicą, która zasługuje na uwagę i wyjaśnienie. Stawką może być przyszłość kapitalizmu.

>>> Czytaj również: Roubini: wojna handlowa i wzrost cen ropy wywołają w 2020 roku globalną recesję