Na portalu Gra.pl pojawiła się niedawno lista 15 najlepszych rodzimych gier komputerowych – pracował pan nad siedmioma z nich. I pomyśleć, że zaczynał pan – zresztą podobnie jak założyciele CD Projektu (CDP) – od handlowania pirackimi wersjami gier.

Tamte czasy były naprawdę dziwaczne. Gdy milicja, a później policja, wchodziły na giełdę komputerową, to nie interesowało ich to, czy ktoś ma licencję na sprzedaż gier. Sprawdzali tylko, czy ma zarejestrowaną działalność i płaci podatki.

Dziś nasza branża odnosi sukcesy nieporównywalnie większe od tych sprzed trzech dekad. Na GPW królują spółki tworzące gry, zaś podczas czerwcowych branżowych targów E3 w Los Angeles najlepsze tytuły, oprócz Japończyków, zaprezentowaliśmy właśnie my.

Od lat jesteśmy w światowej czołówce. Zadziwiające jest, że rodzime media to ignorują. Nie mogę pojąć, dlaczego bardziej interesuje je to, że jakiś polski film zamykał podium na jakimś festiwalu odbywającym się w jakimś włoskim miasteczku: w gazetach pojawiają się wtedy zachwyty, recenzje, wywiady. Tymczasem nasze gry szturmem zdobywają świat, przynoszą miliardowe dochody, a traktuje się je jako ciekawostkę. I CDP, stojący za sukcesem cyklu „Wiedźmin”, nie jest jedyną firmą z tak wielkimi osiągnięciami. Bo np. wrocławski Techland tworzy gry na światowym poziomie, a nic się o tym studiu nie słyszy. Ogólnie Polacy są ostatni w kolejce do celebrowania rodzimych sukcesów branży.

Co ma pan na myśli?

To, że o tym, dlaczego gry robione w Polsce są tak dobre, rozmawiał ze mną już kilka lat temu amerykański magazyn „Game Informer” – to gazeta, która wciąż ma nakład przekraczający 5 mln egzemplarzy! I oni część jednego z numerów poświęcili naszym grom. Szybciej dostrzegli, że Polska trafiła do pierwszej ligi twórców. Moim zdaniem nasze studia deklasują w zasadzie prawie całą Europę. Co najwyżej możemy jeszcze pozazdrościć rozmachu Francuzom i Brytyjczykom.

Ale inwestorzy wiedzą, na czym mogą zarobić, więc łożą mnóstwo pieniędzy na spółki notowane na GPW oraz NewConnect.

Tak, panuje moda na inwestowanie w spółki growe. Ale ja trzymam się z dala od giełdy. Gdyby moje studio miało kłopoty finansowe, prędzej skorzystałbym z internetowej zbiórki. Wejście na giełdę oznacza biurokrację, trzeba też dbać o spełnianie mnóstwa wymogów prawnych – to wszystko odciąga od tworzenia gier.

Przecież skądś trzeba na nie brać pieniądze.

Ale jeśli prosi się o kasę inwestorów, trzeba iść na kompromisy. Dlatego jedną z przyjemniejszych dróg finansowania gier jest zbiórka, crowdfunding. Wymaga on jednak pokazania graczom nie tylko koncepcji tytułu, lecz także fragmentów rozgrywki. Czyli już na wstępie trzeba zainwestować własne środki. Inną opcją jest robienie gry po godzinach, pomieszkując u rodziców. Niskobud żetowy twór z ciekawym pomysłem może być świetną trampoliną do podjęcia następnego, większego projektu. Można się śmiać, ale przykładów takich sukcesów jest mnóstwo. Zdarzali się programiści, którzy pracowali nad grą, siedząc na wsi w stodole, bo tylko akurat tam działał im internet. A później zarabiali na swoim tytule miliony dolarów.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP 

Adrian Chmielarz - jeden z najbardziej znanych i doświadczonych polskich projektantów i producentów gier komputerowych. Pierwszy tytuł, „Tajemnicę Statuetki”, wydał w 1993 r. Współzałożyciel studiów: Metropolis Software, People Can Fly oraz The Astronauts. Obecnie w tej ostatniej firmie pełni funkcję dyrektora kreatywnego.