Polskie gry komputerowe szturmem zdobywają świat. To zadziwiające, że nasze media to ignorują. [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
14 lipca 2019, 08:10
Gracz komputerowy
Gracz komputerowy/ShutterStock
Będę brutalnie szczery: przy tak zdolnym zespole i moim nazwisku moglibyśmy wjechać na giełdę, zebrać mnóstwo pieniędzy, stać się bogatymi. Może kiedyś, ale na razie fajnie jest być małym i niezależnym - mówi w wywiadzie jeden z najbardziej znanych i doświadczonych polskich projektantów i producentów gier komputerowych.

Tamte czasy były naprawdę dziwaczne. Gdy milicja, a później policja, wchodziły na giełdę komputerową, to nie interesowało ich to, czy ktoś ma licencję na sprzedaż gier. Sprawdzali tylko, czy ma zarejestrowaną działalność i płaci podatki.

Od lat jesteśmy w światowej czołówce. Zadziwiające jest, że rodzime media to ignorują. Nie mogę pojąć, dlaczego bardziej interesuje je to, że jakiś polski film zamykał podium na jakimś festiwalu odbywającym się w jakimś włoskim miasteczku: w gazetach pojawiają się wtedy zachwyty, recenzje, wywiady. Tymczasem nasze gry szturmem zdobywają świat, przynoszą miliardowe dochody, a traktuje się je jako ciekawostkę. I CDP, stojący za sukcesem cyklu „Wiedźmin”, nie jest jedyną firmą z tak wielkimi osiągnięciami. Bo np. wrocławski Techland tworzy gry na światowym poziomie, a nic się o tym studiu nie słyszy. Ogólnie Polacy są ostatni w kolejce do celebrowania rodzimych sukcesów branży.

To, że o tym, dlaczego gry robione w Polsce są tak dobre, rozmawiał ze mną już kilka lat temu amerykański magazyn „Game Informer” – to gazeta, która wciąż ma nakład przekraczający 5 mln egzemplarzy! I oni część jednego z numerów poświęcili naszym grom. Szybciej dostrzegli, że Polska trafiła do pierwszej ligi twórców. Moim zdaniem nasze studia deklasują w zasadzie prawie całą Europę. Co najwyżej możemy jeszcze pozazdrościć rozmachu Francuzom i Brytyjczykom.

Tak, panuje moda na inwestowanie w spółki growe. Ale ja trzymam się z dala od giełdy. Gdyby moje studio miało kłopoty finansowe, prędzej skorzystałbym z internetowej zbiórki. Wejście na giełdę oznacza biurokrację, trzeba też dbać o spełnianie mnóstwa wymogów prawnych – to wszystko odciąga od tworzenia gier.

Ale jeśli prosi się o kasę inwestorów, trzeba iść na kompromisy. Dlatego jedną z przyjemniejszych dróg finansowania gier jest zbiórka, crowdfunding. Wymaga on jednak pokazania graczom nie tylko koncepcji tytułu, lecz także fragmentów rozgrywki. Czyli już na wstępie trzeba zainwestować własne środki. Inną opcją jest robienie gry po godzinach, pomieszkując u rodziców. Niskobud żetowy twór z ciekawym pomysłem może być świetną trampoliną do podjęcia następnego, większego projektu. Można się śmiać, ale przykładów takich sukcesów jest mnóstwo. Zdarzali się programiści, którzy pracowali nad grą, siedząc na wsi w stodole, bo tylko akurat tam działał im internet. A później zarabiali na swoim tytule miliony dolarów.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP 

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj